nasza Mama - Anna Jakowlewna Zetiłow
Karin Hansen
dom rodzinny w Rżewie
Nasza Babcia Taisja i Dziadek Jakub mieszkali w Rosji w mieście Rżew, niedaleko Moskwy. Dziadek był kupcem hurtowym pierwszej gildii.
Mieli własny drewniany, duży, wygodny dom, w którym mieścił się kantor, gdzie dziadek załatwiał interesantów. Były też zabudowania gospodarcze, składy na towar, były konie i duży ogród.
Mieli 3 córki i 2 synów: najstarszej imienia nie pamiętam, następnie Nadia, i najmłodsza Anna - to moja Matka, a bracia to Kościa i Misza. Anna była ulubioną córką, pomagała swemu Ojcu wieczorem liczyć zarobione pieniądze. W tym celu układano złote monety w słupki. Towar przywożono barkami po Wołdze, a dalej końmi. Często worki przy wyładunku pękały i wysypywała się z nich zawartość. Jeżeli to były rodzynki, robotnicy garściami jedli podnosząc je z ziemi. Mama dziwiła się, że można jeść takie brudne. Bardzo lubiła przysłuchiwać się rozmowom i plotkom robotnic, które pracowały w ogrodzie. Ale robiła to po kryjomu, bo Matka zabraniała. Uważała to za nieprzyzwoite. Kupowano też chleb od żebraków, by karmić konie.
Był zwyczaj składania wizyt na Wielkanoc. Dziadkowie nie lubili tego, ale wymagały tego panujące stosunki i była to raczej konieczność. Zaprzęgano wówczas wyczyszczone do połysku konie w świąteczną uprząż i kuczer wiózł wystrojonych Dziadków. Pewnego razu kuczer zameldował, że konie mają kopyta pomalowane na złoto. Zrobił to któryś z braci Mamy dla grandy. Awantura była nielicha.
najstarsza siostra
Najstarsza siostra wyszła za mąż i miała dużo dzieci - chyba ośmioro. Opiekowała się nimi niańka imieniem Grusza. Dziadkowie pomagali finansowo, bo zięć okazał się mało zaradny.
Nadzia
Nadzia w czasie rewolucji bała się bolszewików i chowając się do piwnicy spadła ze schodów. Od tego czasu zachorowała psychicznie i próbowała popełnić samobójstwo. Leczono ją, ale nie upilnowano i pewnej zimowej nocy utopiła się w Wołdze. Ślady na śniegu pokazywały, którędy biegła. Wiosną dziadek z ludźmi przeczesywał sieciami duży odcinek rzeki, ale ciała nie znaleziono. W czasie rewolucji zmuszano wnuków do szukania pieniędzy u swoich dziadków. Było to bardzo smutne (Opowiadał o tym Misza, który w czasie II wojny był u nas.).
Misza
Misza skończył medycynę i był lekarzem - w czasie II wojny generałem w armii radzieckiej.
Kostia
Kostia skończył politechnikę i był inżynierem, a w związku z opozycyjną postawą przez całe życie był niskim urzędnikiem administracyjnym. Ożenił się z Wierą. Urodziła im się jedyna córka, którą podczas chrztu w zimnej cerkwi i zimną wodą przeziębili. Umarła. Mieszkali w małym domku żony na przedmieściu Moskwy. Po wojnie odwiedził go Bolesław. Kostia był wystraszony, czy aby nikt go na pewno nie widział. Mieszkał sam, żona umarła, uprawiał mały ogródek, a w nim „aninczinyje głazki”, niezapominajki koloru błękitnego - takiego jak oczy mojej Mamy. Był już starszym, schorowanym człowiekiem.
pierwsze małżeństwo Anny Pagankiny
Moją Mamę wydano za mąż bardzo wcześnie, nie miała nawet 15 lat. Trzeba było podfałszować nawet metrykę. Swego przyszłego męża widziała zaledwie kilkanaście razy. Przychodził czasem na ślizgawkę, aby odprowadzić ją do domu. Był dużo od niej starszy - miał chyba 30 lat. Pagankin - bo takie miał nazwisko, był z bardzo bogatej rodziny. Było ich kilku braci. Zajmowali się w Rżewie na dużą skalę kupnem i sprzedażą lasów i dacz.
Ślub odbył się z wielką pompą. Mama miała futro z białych lisów, a podczas picia wina kropla zabrudziła Mamie suknię - to był nieszczęśliwy znak. Meble jako posag kupili rodzice Mamy. Dom kupili bracia pana młodego, ale to potem. Na początku wszyscy mieszkali w jednym olbrzymim domu. Najstarszy z braci był żonaty i miał dużo dzieci. Żona miała swoje pieniądze i z nią się liczono. Mama zaprzyjaźniła się tylko z nią i jej dziećmi. Starsze były prawie w wieku Mamy. Następny brat miał żonę wiecznie chorą na migrenę. Nie mieli własnych dzieci - adoptowali dziewczynkę, której, o zgrozo, nie chciały rosnąć włosy.
Mąż Mamy najmniej się liczył w interesach, a jeszcze do tego, jak się później Mama domyśliła, nie stronił od kieliszka. Gdy wracał w takim stanie, lokaj go obsługiwał w jego pokojach, a Mamie przekazywał od małżonka pudło czekoladek czy coś w tym rodzaju. Mama go w takim stanie nigdy nie widziała. Kupiono jej dla rozrywki kanarka i foksteriera. Mieszkała z nimi ich matka. Siedziała całymi dniami w oknie, na parterze i wszystkimi rządziła. Do tego stopnia, że gdy Mama chciała pójść do swoich rodziców w odwiedziny, musiała ją pytać o pozwolenie. Takie to były czasy. Wkrótce młodzi Pagankinowie wyprowadzili się do własnego domu, dużego i pięknego.
Ale Mamie było coraz smutniej. Tam chociaż było dużo dzieci i ruchu, latem wyjeżdżali wszyscy na daczę, smażyli konfitury na powietrzu, a wieczorami chodzili do cygańskiego taboru słuchać śpiewu i grania. Cyganie tańczyli i Mama zapominała o nieudanym małżeństwie, chociaż, jak mówiła, myślała, że tak być musi.
Jeździła kilkakrotnie ze swoją matką do Moskwy na badania ginekologiczne do profesora - dwa razy w 1912 r., a następnie w 1913 i 1914 r. Po którejś z kolei wizycie profesor wziął moją Babkę na stronę i radził, aby nie męczyć córki, tylko wysłać ją bez męża na wakacje na Krym, a tam postarać się o towarzystwo. Babka przeżegnała się, że to nie wchodzi w rachubę i ciężko zdenerwowana wróciła do domu.
Mamie było coraz smutniej. Po naradzie z mężem postanowiła prosić swoją siostrę, aby oddała jej jednego syna na wychowanie. Siostrze mimo pomocy rodziców żyło się dużo gorzej finansowo. Mąż do jakiego by interesu się nie wziął, wszystko zaprzepaszczał, a dzieci była „kupa”. Mama pojechała do sklepu, kupiła zabawki, ubrania, słodycze i zajechała po Borysa. Mały z początku się ociągał, ale zobaczył powóz, konie, więc chętnie z ciocią pojechał. Bardzo mu się podobał dom, prezenty i to, że służbę można wzywać przez rurę, która prowadziła z piętra na parter. Taki domowy telefon. Ale kiedy trzeba było się wykąpać i iść spać, zaczęła się awantura, płacz. Nie pomogły obiecanki i prośby. Zabrawszy wszystko, co dla niego było przeznaczone, trzeba było zaprzęgać konie i odwieźć malca do jego prawdziwego domu, gdzie na niego czekała matka, rodzeństwo i niańka, Grusza. Było tam miło i wesoło. Mama była tam częstym gościem, przynosząc dzieciom słodycze i upominki.
Anna Pagankina i Karol Herman Hansen
Siostra część domu wynajęło lekarzowi z rodziną: córkami Irmą, Norą i synem Edgarem. Mama zaczęła chodzić do szpitala pomagać społecznie przy rannych - taka była wtedy moda. Tam pracował lokator siostry nasz Ojciec. Tak zaczęła się ich miłość.
Anna Pagankina i Karol Herman Hansen spotykali się potajemnie w mieszkaniu wynajętym na ten cel przez Ojca. Tak doszło do popełnienia przez Mamę, według jej poczucia, wielkiego grzechu - zdrady małżeńskiej. Mama była ortodoksyjną starowierką i do końca życia była przekonana, gdy spotkało ją jakieś niepowodzenie, że była to kara za tę zdradę. Kucharka Pagankinów doniosła mężowi, że Mama wymyka się wieczorami okrywając się dużym szalem. Doszło do wyrzutów i oskarżeń. Myślał, że Mama będzie się usprawiedliwiać i zaprzeczać. Stało się inaczej. Powzięła decyzję o natychmiastowym odejściu. Czasowo, na krótko, zatrzymała się w Moskwie u swego ukochanego brata Konstantego. Była już w ciąży. Pagankin, dowiedziawszy się od bratowej, próbował nakłonić Mamę do powrotu mówiąc, że jeżeli Ojciec kocha ją naprawdę, to pozwoli Mamie wrócić, bo przecież ma już swoje dzieci. Wysłany przez Ojca adwokat w sprawie rozwodu został zrzucony ze schodów. Jak opowiadał, leciał po czerwonym dywanie przymocowanym złotymi prętami. Kościa i Mama spotkali Ojca na dworcu. Jakie było ich zdziwienie, kiedy wysiadł z pociągu w czasie mroźnej zimy bez czapki i palta. Okazało się, że w pociągu został okradziony.
Był to okres w carskiej Rosji coraz większych, szybko narastających niepokojów społecznych, a także ogólnego rozprężenia przy słabości organów władzy. Narastało wrzenie rewolucyjne podsycane przez bolszewików. Konieczność opuszczenia, w tym okresie, Rosji wynikała oczywiście z sytuacji związku uczuciowego między Ojcem i Matką oraz braku innego wyjścia, a także z charakteru haseł i celów przewrotu, co stwarzało ryzyko niebezpieczeństwa życiu I zdrowiu każdej osoby zamożnej, ą taką był nasz Ojciec.
Na szczęście walizka z pieniędzmi ostała się. Złodziej ją przegapił. Pierwszą rzeczą, którą uczynili, było wstąpienie do sklepu z ciepłą odzieżą.
Zdając sobie sprawę z nielegalności sytuacji i zagrożenia interwencją Pagankinów, musieli opuścić Rosję.
Finlandia
Ojciec proponował Mamie wyjazd do Szwajcarii, ale Mama wybrała Finlandię, bo bliżej rodziców. Czy zrobiła dobry wybór, nie wiadomo. Drugi ślub Mamy odbył się skromnie w domu pastora, było to 31 października 1917 r. Mama miała wtedy 28 lat, Ojciec 41. Spowiednika dla Mamy Ojciec przywoził z Moskwy płacąc dużą sumę zwierzchnikom cerkwi, którzy wyznaczali popa. Przyjeżdżał spowiednik, najczęściej stary, biedny i wystraszony. Jadł, pił, przyjmowany był bardzo gościnnie, po królewsku. Spowiadał Mamę i odwożono go z powrotem. Kiedy zbliżał się czas porodu Ojciec zawiózł Mamę do prywatnej kliniki Boyle’a w Helsinkach. Tam przyszedł na świat Arwid, pierworodny syn. Patrzyła w niego jak w tęczę do końca swoich dni, chociaż w życiu nie szczędził jej kłopotów i cierpień.
pierwszy wspólny dom - „Syvaranta”
Dom, który kupił Ojciec za pieniądze z nie ukradzionej walizki, położony w pobliżu Helsinek, nad jeziorem, był duży i wygodny. Nazywał się „Syvaranta”. Przedtem, o ile wiem, był to rodzaj pensjonatu, a przebywali w nim artyści tej miary, co Szalapin. Posiadłość Sibeliusa znajdowała się w pobliżu.
Hansenowie zamieszkali całą, już liczną rodziną. Irma była już sporą dziewczynką. Miała długie, piękne warkocze. Ojciec kładł ją na stole i szczotkował spuszczone włosy, aby były zdrowe i lśniące.
Edgar był mały. Miał niańkę, dawną mamkę. Arvidowi Ojciec też najął mamkę Finkę, aby figura Mamy karmiącej nie zmieniła się, no i żeby dla niego miała więcej czasu i wypoczywała (w opinii Ojca) wędkując z pomostu nad jeziorem.
Była w Finlandii instytucja trudniąca się dostarczaniem mamek. Gwarantowała młode, zdrowe dziewczyny do karmienia niemowląt za dużą opłatą. Trzeba je było wyposażyć w 6 sztuk wszelkiego ubioru. Suknie były koloru niebieskiego. Mamka Arwida była wysoką, strojną Finką, ale charakterek miała wojowniczy. Bardzo dobrze opiekowała się dzieckiem i była bardzo czysta. Mleka miała w bród. W późniejszych czasach Mama starała się usprawiedliwiać Arwida, że jego niestosowne zachowanie wyssał z mlekiem mamki.
Mama bardzo kochała Ojca, mimo to tęskniła za domem rodzinnym, matką, ojcem i rodzeństwem. Ojciec Mamy długo nie mógł jej wybaczyć i nie chciał aby ich odwiedzała. Natomiast po urodzeniu przez Mamę Arwida (28.07.1917) przyjechał brat Kościa z podarunkami (wysłany przez rodziców).
Ojciec lubił ogród i pracę w nim. Miał nawet szklarnie - hodował truskawki. Zawsze pilnował, aby pierwsze zjadała Mama. Nie zawsze się to udawało, bo Irmie też truskawki smakowały. Irma miała świnki morskie. Któregoś dnia Ojciec przyszedł zmartwiony, że jedna padła. Rodzice zastanawiali się, jak przyjmie to Irma, gdy zobaczy karmiąc, że jednej brak. Czekali kilka dni i okazało się, że wcale do świnek nie zagląda.
Edgar był bardzo silnym chłopcem. Do zabawy miał drewniany wózek i dużo specjalnie napiłowanych okrąglaków. Całymi dniami je ładował i woził z jednego miejsca w drugie.
Ojciec, gdy wracał z miasta, potrafił Mamie przywieźć kilka kapeluszy na raz, bo może się jej któryś spodoba. Najczęściej pasowały „kak karowie siedło”. Robił to samo z butami. Pewnego razu Mama wybrała się na spacer do lasu po poziomki i zabłądziła. Szukała ją cała okolica. Znaleźli ją późnym wieczorem całkowicie wyczerpaną. Bała się usiąść i zasnąć, by „nie zjadły” ją komary i mrówki.
Rewolucja rosyjska dała znać o sobie w spokojnej „Syvarancie”. Któregoś dnia ogrodnik i mamka Arwida oznajmili, że idą walczyć i poszli. Długo to nie trwało. Którejś nocy wrócili po kryjomu z powrotem. Resztę rewolucjonistów spędzono na most i wysadzono. Do Ojca też przychodzili szukając komunistów.
Był okres głodu. Sąsiadka zabiła konia, aby się wyżywić. Podzieliła się. Misza z Moskwy dostarczał jedzenie dla dzieci. W niedługim czasie wszystko wróciło do normy.
Na świat przyszedł Erik, w tej samej klinice. Między Erikiem a Oskarem było poronienie. Mama chciała wyrwać jakieś warzywo, czy korzeń z ogrodu.
Stosunki z sąsiadami układały się bardzo dobrze. Ojciec czasem leczył sąsiadów, jak Mama mówiła, zaglądając do książek.
wyjazd do Wilna
Wyjazd z Finlandii do Polski nastąpił z konieczności. Zagrozili Ojcu, że gdy właściciel nie obejmie majątku (Nowicze) - przejdzie on na skarb państwa. Na granicy dużo rzeczy zabrano. Dla rodziców cło do zapłacenia było zbyt duże. Po przyjeździe do Wilna zatrzymali się u znajomych czy krewnych na krótko. Ojciec wynajął i wyremontował parter murowanego domu przy ul. Moniuszki 19 - 10 pokoi. Sam dostał pracę w administracji województwa jako lekarz sanitarny z pensją na początek 800 zł. Mówił, że z głodu nie umrą, na chleb wystarczy (były to wtedy duże pieniądze).
Urodził się Runar, w domu. Niestety już wkrótce dała o sobie znać choroba Ojca. Kiedy po dwóch latach Mama urodziła mnie i Ojciec zbudził pokojówkę, ta podobno powiedziała: po co im tyle dzieci. Natychmiast została zwolniona. A była to bardzo dobra pracownica. Wstawała bardzo wcześnie i nim rodzice wstali cały dom był odkurzony. Moim przyjściem na świat rodzice nie byli chyba zachwyceni. Woleliby chłopaka, zawsze to mniejszy kłopot. Ojciec wszystkie swoje dzieci sam szczepił przeciwko ospie. Zaszczepił i mnie, ale musiał już być chory i zrobił to za głęboko. Mam duże blizny.
Nowicze po I-szej wojnie światowej
Po przyjeździe do Polski w 1924r., w której po 123 - letnim okresie nie istnienia państwa rozpoczął się burzliwy okres odrodzenia państwowego, rodzina znalazła się w szczególnej sytuacji - inna rzeczywistość, nowy język polski itd.
Już wkrótce Ojciec z Mamą wybrali się do Nowicz. Ojciec chciał pokazać Mamie swój majątek. Nie mógł go poznać. Lasy spłonęły. Pozostały ruiny po domu i oranżeriach. Majątkiem opiekował się Kozłowski i Litwin Antoni. Na ogromnym zbiorze ojcowskich książek bolszewicy gotowali strawę. Uchowało się to, co było zakopane w ziemi.
W Wilnie, aż do śmierci mieszkała z nami niańka Ojca - Annuszka. Pochowana została obok niego i jego matki na cmentarzu ewangelickim na Pohulance.