Wilno
nasza wileńska rodzina
W 1924r. moja rodzina przeniosła się z Finlandii do Polski - do Wilna.
Wyjazd do Polski wyniknął z następującego faktu: Ojciec nasz, dysponując dużą ilością pieniędzy, pochodzących ze spadku po moim dziadku, kupił w 1900 r. położony wówczas na terenie Rosji, 60 km od Wilna, majątek Nowicze (ok. 3000 ha) przeznaczony do polowań. Były to zalesione, piaszczyste tereny. Przyjazd ojca do Polski był warunkiem utrzymania tej posiadłości.
Zamieszkanie w Wilnie wiązało się z koniecznością kontaktów zawodowych Ojca - lekarza i szkołami dla nas - dzieci.
Rodzina nasza składała się wówczas z naszych rodziców - Anny i Hermana, siostry Irmy, brata Edgara Borysa, którego nazywaliśmy Bubą lub Bubikiem (były to dzieci Ojca z pierwszego małżeństwa), z braci: Arvida - Yrio (Arviszki), Erika Hermana (Erki, Wałodźki, Andźki, a później Sękacza), Oskara Nikolai (zwanego Ośką, Cinajem, bo miałem dużą głowę i odstające uszy jak nasz znajomy chłopak Cinajcis, o którym napiszę dalej, wreszcie Kolką, bo Mikołaj). W składzie rodziny zabrakło Nory. Myślę, że musiała być u swojej matki, która mieszkała wtedy w Polsce, jak wspominała nam nasza Mama. W tymże roku urodził się już w Wilnie Runar Roman, (później zwany Gruby i Piskun), a w dwa lata później nasza najmłodsza siostra Karin Kira. Do rodziny należała również Annuszka - opiekunka naszego Ojca w czasach jego dzieciństwa, oraz pomoce domowe Zosia i Mańka (Maria Jakubcewicz ze wsi Powiewiórka koło Podbrodzia.)
nasze pierwsze mieszkanie - ul. Moniuszki 19
Zamieszkaliśmy na Zwierzyńcu, w domu przy ul. Moniuszki 19. Była to jednopiętrowa kamienica z białej cegły, z czarnymi wklęsło - wypukłymi spoinami, które z upodobaniem wydłubywaliśmy.
Najpierw zajmowaliśmy cały parter (było tam około 10 pokoi, dwie kuchnie i dwie łazienki), później połowę tego mieszkania. Ojciec, który nie pracował zarobkowo, a utrzymywał tak wielką rodzinę w Wilnie i niedochodowy majątek na wsi, musiał zacząć oszczędzać.
Do domu wchodziło się z dwóch stron: od frontu - goście, od tyłu - domownicy.
Wchodząc od ul. Moniuszki przechodziło się najpierw przez furtkę ogólną, na osi budynku, potem przez drugą prowadzącą na nasz teren. Szło się wokół budynku, następnie zewnętrznymi schodami (bez poręczy) na dość dużą wysokość do obszernej sieni, wspólnej dla parteru i pierwszego piętra. Sień, a przede wszystkim schody stawały się prawdziwą przyźbą dla naszej rodziny i przyjaciół, nie wyłączając suki Koery, która siedząc na szczycie schodów opalała swój pysk w zachodzącym słońcu, a wyglądając równocześnie zza węgła, kontrolowała sytuację na podwórzu. To przestrzenne środowisko schodów w bezpośredniej relacji z naszym mieszkaniem można by określić jako przestrzeń relacji społecznej w mikro skali.
Wchodząc do kuchni, z prawej strony tuż przy ścianie stało krzesło, na którym siadywała żebraczka, a od której, jak pamiętam, „zalatywało” moczem. Dalej było posłanie Koery i obok, na masywnym taborecie, balia z tarą do prania. Następnie drzwi do łazienki, a za nimi duża płyta kuchenna, z pod której, zdarzało się, kura wyprowadzała pisklęta; dalej drzwi do korytarza, a obok krzesło przy dużym, mocnym stole; nad stołem zapełnione półki i dalej w rogu półokrągły zlew i wreszcie okno, za którym widziało się daszek nad wejściem do piwnicy. Obok okna stała ciężka szafka. Na środku kuchni codziennie wieczorem odbywało się ogólne mycie. Miska do twarzy, miska do nóg, na płycie kuchennej grzana woda, którą Mańka nalewała każdemu, pomagając tym najmłodszym.
Sobota była dniem kąpieli. Wtedy w łazience nagrzewało się duży kolumnowy piec i cała rodzina korzystała z dobrodziejstw wanny. Pamiętam jak Mańka po umyciu (dotyczyło to nas najmłodszych) wycierała mnie frotowym ręcznikiem, czyściła uszy zapałką owiniętą w watę (czego bardzo nie lubiłem bo to mnie łaskotało, a czasem trochę bolało), potem zawiniętego w ręcznik niosła do sypialni, do łóżka i otulała świeżą chłodną pościelą.
Z korytarza wchodziło się do ustępu, który miał wysoką olejną ciemno brązową lamperię (tak jak piec w łazience), spłuczkę z łańcuszkiem i drewnianą rączką. Z korytarza również wchodziło się do pokoju Annuszki. Po jej śmierci był to pokój Zosi i Mańki, potem już tylko Mańki (po śmierci Ojca Mama zaczęła liczyć się z wydatkami). W tym pokoju była duża szafa na ubrania, maszyna do szycia, nieduży stół i naturalnie łóżka.
Dalej korytarz prowadził do pokoju jadalnego: na środku duży przykryty serwetą rozkładany stół z zaokrąglonymi narożnikami, który po zdjęciu przykrycia służył nam jako stół pingpongowy. Poszczególne części rozsuwanego blatu zrobione były z różnego materiału, dlatego trzeba było być przygotowanym w czasie gry na różne figle piłeczki. Nad stołem wisiała lampa z białym ciężarkiem do regulowania jej wysokości.
Pokój miał dwa okna. Na parapecie prawego stały dwa akwaria, którymi opiekowała się Mama. Jedno, nieco mniejsze, było całe ze szkła i pływały w nim złote rybki. Drugie, znacznie większe, miało betonowe narożniki, bogato rzeźbione, które kojarząc mi się z koralowymi rafami, tworzyły ramę pierwszego planu akwarium i podkreślały nastrój podwodnego świata. W tym akwarium było dużo wodnych roślin, po ściankach wolno przesuwały się brunatno - czerwone ślimaki niosące na plecach swe spiralne domki, pływały srebrne rybki o różnym kształcie i „fakturze” oraz sporej, jak na akwarium, wielkości lin, który jadł pokarm z ręki i reagował na zbliżanie się Mamy, a także podążał za naszymi palcami przesuwanymi po szybie akwarium.
Pod tym oknem stały dwa stoliki. Prawy należał najpierw do Buby, który zamykał szuflady na kłódki, bo zawierały przedmioty, które nie powinny być oglądane przez młodsze rodzeństwo, a także przez Mamę. Były tam pieniądze, karty do gry i inne zakazane „skarby” (później stolik ten należał do Romka). Drugi stół należał do Erika, w jego lewej szufladzie trzymał wydawane przez siebie gazetki, w prawej szkicowniki i zeszyty. Drugie okno wychodziło na drewniane ogrodzenie boiska do siatkówki, za którym widać było taras budynku nadleśnictwa.
Na szczycie płotu był karmnik dla ptaków. Pamiętam jak Arwid, chcąc złapać sikorkę czy wróbla, położył na karmniku patyk posmarowany klejem czy maścią. Na patyku usiadła wrona i odleciała z nim. Interwencja Mamy przerwała dalsze polowania. Pod tym oknem stały również dwa stoliki: prawy należał początkowo do Arwida. Pamiętam, że w lewej szufladzie były czasopisma sportowe: „Raz, Dwa, Trzy” i inne. Później ten stolik należał do Karusi.
Drugi stolik należał do mnie. Nie bardzo pamiętam, co tam trzymałem poza „świętym” dokumentem podpisanym przez Mamę, a dotyczącym pozwolenia na hodowanie gołębi, jeżeli przejdę do następnej (nie pamiętam już której) klasy. Myślę, że dotyczyło to klasy czwartej, ponieważ w trzeciej usiadłem z ośmioma dwójami. Przy jednym ze stolików stało krzesło naszej korepetytorki - pani Lidii Okulewicz, a jego usytuowanie wskazywało, który z nas jest najbardziej zagrożony.
Na ścianie, między oknami, wisiały portrety Mamy i Ojca w owalnych ciemno wiśniowych ramach. Za mną na ścianie akwarelowe pejzaże Finlandii, pod nimi niski stolik z radiem i gramofonem. Za stolikiem etażerka z klatką, a w niej pięknie śpiewający kanarek Karuś, kupiony u karaimów, na rogu Fabrycznej i Dzikiej. Za etażerką drzwi do sypialni, a obok nich duży, kaflowy piec, grzejący również sypialnię. Następnie drzwi do holu „paradnego” i obok nich rzeźba (brązowy odlew) siedzącego Piotra Wielkiego z napisem „zdzieś budiet Pietrograd”. Dalej szafa, a na niej dwa popiersia z brązu - Voltera i Szekspira. Pomiędzy nimi klatka z drugim kanarkiem - towarzyszem Karusia. Obok szafy rzeźba w brązie „Zima”, a dalej podwójne drzwi do salonu i drzwi do korytarza (którymi weszliśmy).
Po lewej stronie od tych drzwi stał samowar, początkowo duży, pękaty, mosiężny walec, później mniejszy, posrebrzany i niesłychanie dekoracyjny. Za samowarem potężny kredens. Ten sufitu sięgający mebel (miał chyba ponad 3 metry wysokości) z ciemno wiśniowego drewna był cały zarzeźbiony: drzwi i czoła szuflad pokryte bogatym, wyraźnym reliefem, na różnych wysokościach biegnące dookoła gzymsy i gzymsiki, naroża zwieńczone kulami z lekkim ornamentem, środkowa część zakończona trójkątną formą, niby tympanonem, najbardziej i najswobodniej rozrzeźbiona.
Świeży wygląd meble zawdzięczały Daniłce, wysokiemu, chudemu, zgarbionemu i kaszlącemu stolarzowi, popijającemu, jak mówiono, politurę. Mieszkał, o ile pamiętam, na Mickiewicza, tuż przy moście Zwierzynieckim). Za tympanonem kredensu stała spora rzeźba w brązie przedstawiająca jakąś alegoryczną grupę postaci; dalej, za plecami Buby czy też Romka nożna maszyna Singera, którą Ojciec kupił na wystawie w Wiedniu.
Pokój sypialny miał dwa okna, przez które zaglądały potężne klony w ich zmieniających się sezonowych szatach. Z lewej strony, w rogu przy oknie, nad łóżkiem Mamy wisiała oszklona gablota z ikonami (było ich 9) i przed nimi wiecznie paląca się „łampatka”. Nad łóżkiem Mamy portret Ojca w mundurze rosyjskiego oficera. Z prawej strony okna stała przy ścianie toaletka Mamy, a na niej obok typowych przyborów pamiętam perfumy Coti. Był też tu mały obraz olejny - „Chusta św. Weroniki” i mała rzeźba chłopca (w białym marmurze). Przed toaletką fotelik z niebieską tapicerką. W rogu, z prawej strony drugiego okna (przez którego lufcik próbował nas okraść znany wileński złodziej Rogacz), stała ukośnie szafa z ogromnym lustrem. W tej szafie Mama przechowywała pieniądze, ważne dokumenty, a głównie bieliznę.
Obok szafy stało moje łóżko. Ponieważ było takie samo jak Mamy, myślę, że odziedziczyłem je po Ojcu. Były to żelazne (żeliwne) dziewiętnastowieczne łoża z zagłówkami w kolorze ciepłej zieleni o powściągliwym ornamencie. Słupki zagłówka zaopatrzone w kółka były zwieńczone chromowaną nasadką. Również chromowana była dekoracyjna wstawka z pręcików i kulek w centrum zagłówka. Kiedy byłem chory leżąc w łóżku odkręcałem i przykręcałem te kulki. Grube sprężynowe materace pokryte były gładkim materiałem w czerwono - zielone pasy. Mama i ja mieliśmy także takie same lekkie, beżowe, wzorzyste koce z wielbłądziej wełny. Reszta rodziny, o ile pamiętam, spała pod kołdrami. Jak z tego wynika i koc odziedziczyłem po Ojcu. To uprzywilejowanie mnie mogło wynikać stąd, że chorowałem na reumatyzm.
Obok mojego było łóżko Erika, a później Romka. Na ścianie nad naszymi łóżkami wisiały dwa obrazki - Matka Boska z Dzieciątkiem i biała klęcząca postać. W szczycie naszych łóżek stało łóżeczko najpierw Romka, później Karinki. Za łóżkiem Erika, wzdłuż ściany stała duża szafa na ubrania, a obok, tam gdzie stało kiedyś łóżeczko Karinki, pozostała na ścianie makatka z krasnoludkami wyhaftowana przez matkę pani Lidy - Anastazję Fiodoronowną. Obok drzwi wejściowych do sypialni, w rogu, stała umywalka używana szczególnie przez Mamę.
Z jadalni, przez podwójne drzwi, wchodziło się do tzw. salonu. Zagospodarowanie tego pokoju zmieniało się zgodnie z procesami zachodzącymi w naszej rodzinie. To właśnie w tym pokoju były drzwi prowadzące niegdyś do drugiej połowy mieszkania, a pod którymi nawiązywałem kontakt z Basią - córką państwa Bukowskich, teraz naszych sąsiadów.
To w tym pokoju stał na środku duży, mocny stół, w którego szufladach, zamkniętych na kłódki, Bubik przechowywał swoją chłopięcą bibliotekę (głównie Karola Maja. Cena jednej książki 95gr). Buba wypożyczał książki za opłatą i w ten sposób powiększał swoją wypożyczalnię. Pieniądze były mu także potrzebne do gry w karty, którą uprawiał z zapamiętaniem. Kiedyś musiałem zanieść mu ubranie nad Wilię, gdzie siedział tylko w majtkach, bo przegrał wszystko, łącznie ze spodniami. Ten północny pokój miał dwa okna wychodzące na podwórze, ogrodzone tu wysokim murem z cegły, zwykle nasłonecznionym, po którym spacerowało stado gołębi. Póżniej z tych okien widoczna była moja „buda” z gołębiami.
W tym pokoju, pod prawym oknem leżał od pewnego czasu chory Buba na gipsowym odlewie. Z prawej strony miał radio, kubek z kumysem (miał przecież gruźlicę kości); z lewej duże, ciężkie biurko Ojca, a na nim książki, zeszyty i jako stałe wyposażenie koszyczek z wełną i zaczętymi rękawiczkami czy swetrem - wszystko w misterne fińskie wzory. Obok stał głęboki fotel, a na ścianie wisiał dużych rozmiarów pionowy, zimowy pejzaż Klewiera. Przy ścianie była kanapka, przed nią niski, lśniący ciemnowiśniowy stolik i solidne, ciężkie krzesło obite skórą; dalej drzwi do sąsiadów. W szafie w niebieskiej oprawie - tomy Dickensa, w czerwonej - Tołstoja i inne, a także coś w słoju z formaliną. Była to narośl, którą usunięto Ojcu i którą zostawił sobie na pamiątkę (tak mówiła Mama). Leżała tam również „finka” z rączką zakończoną główką konia. Obok, na drugiej ścianie, wisiał mały ciemny obraz Ajwazowskiego w głębokiej czarnej ramie. Pod drugim oknem stał wspominany już fortepan Bechstein z nogami na szklanych podstawkach (był początkowo w domu w Nowiczach, ojciec po rewolucji znalazł wryty w ziemię na polu swego majątku). Na fortepianie stały dwie nieduże rzeźby: drewniany niedźwiedź i pies gończy z brązu. Przed fortepianem dwa obrotowe stołki - jeden pleciony z czerwonego drewna, drugi czarny z lekko ryflowanym siedziskiem. Na ścianie nad fortepianem wisiało ogromne lustro w rzeźbionej ramie.
Wszystkie przedmioty, które wspominam - rzeźby, samowary, naczynia, nakrycia stołowe itp. przetrwały wojnę w ziemi w Nowiczach. Mama opowiadała mi że Ojciec, ze swoim zaufanym Antukiem, przy pomocy stalowego pręta, przeszukiwali miejsca ukrycia skrzyń, ale części z nich nie znaleźli.
Z pokoju jadalnego przechodziło się do następnego przez „paradny” hol z wyjściem na klatkę schodową. Drzwi wejściowe były ocieplone, obite skórą, uzbrojone w solidną zasuwę i łańcuch. Nad nimi błyszczała kopułka dzwonka elektrycznego. W holu przy ścianie, obok drzwi do salonu, stała duża szafa na czapki i kapelusze, a pod nią niebieski, grający kufer z okuciami, przykryty pasiastym kilimem. Obok wejście do drugiej sypialni. (Pamiętam jak w tym pokoju obłożnie chory Ojciec karał Bubę „furmańskim” batem). Po śmierci Ojca pokój ten zajmowali moi starsi bracia. Pokój miał okno wychodzące na nasz teren zabaw. Latem przy tym otwartym oknie odbywały się spotkania z kolegami. Później, kiedy interesowałem się boksem, utkwiło mi w pamięci spotkanie Arvida z Lendzinem, potem reprezentantem Polski w wadze muszej, który przegrał niestety w meczu z Włochami, z Nardecią. (Ten to Lendzin w czasie okupacji współpracował z Niemcami i wyrokiem sądu podziemnego został rozstrzelany w jednym z oddziałów partyzanckich).
Po obu stronach okna stały łóżka - z lewej Buby (później Erika), z prawej Arvida. Buba „prześladował” Arvida między innymi za to, że miał śmierdzące siki (siusiało się do nocników, żeby się nie przeziębić). W rogu pokoju stał biały kaflowy piec.
Przed „paradnym” wejściem od Moniuszki leżał szeroki kamienny stopień. Na tym stopniu często siadywały i bawiły się dzieci, z tego stopnia odświętnie ubrana Mama witała i żegnała gości.
Po minięciu frontowych drzwi pokonywało się dwa stopnie i po paru krokach z lewej strony wchodziło się do naszego mieszkania. Z prawej strony były drzwi do naszych sąsiadów, a schody prowadziły do dwóch mieszkań na pierwszym piętrze i na strych.
Nasi sąsiedzi na parterze to dwaj bracia Bukowscy i córka jednego z nich, wspomniana już Basia. W ich mieszkaniu frapował mnie pokój, którego ściany i okna były zabudowane klatkami z egzotycznymi ptakami, wypełniony ich głosami. Było to królestwo otyłego Bolesława, jednego z braci, którego hobby wspierano, aby łagodzić skutki jego lekko zachwianej równowagi psychicznej. Znacznie póżniej mieszkanie po Borowskich zajęli państwo Tomaka. On ze śladami ospy na twarzy, sympatyczny mężczyzna zajmujący wysokie stanowisko w dyrekcji lasów państwowych, piękna żona Danuta, synek Zbyszek i służąca. Nad nami mieszkała właścicielka kamienicy Olga Michałowna ze swym psem Czujką, niby-wilkiem, niby-hieną. Czujka był interesującą zdobyczą dla hycli, ponieważ był natychmiast wykupywany przez kochającą go właścicielkę. W drugim mieszkaniu na piętrze mieszkali najpierw Siemaszkowie. O ile pamiętam, było tam kilku braci i siostry. Losy jednego z braci, Wićki, splotą się póżniej z naszym losem - Erika i moim. Po Siemaszkach mieszkanie to wynajęła rodzina Koszmidrów - ojciec profesor germanistyki Uniwersytetu im. Stefana Batorego (w 1939 roku okazał się szpiegiem na rzecz Niemiec) i jego dwie córki: dwie schludne dziewczynki, Berbel i Kajtel. Kontaktów z nimi nie było prawie wcale, nie było chęci zbliżenia ze strony Koszmidrów.
Teren domu od ul. Moniuszki ogrodzony był siatką o dużych oczkach, co pozwalało nam wspinać się na nią, ale była zbyt wiotka, żeby przez nią przełazić. Wzdłuż tego ogrodzenia biegał Czujka i odszczekiwał zewnętrzne wezwania przechodzących psów, szczególnie otyłego dobermana z pobliskiego sąsiedztwa. Przed domem, wzdłuż chodnika od ul.Gedyminowskiej aż do nadleśnictwa rosły rzędem potężne klony. Jeden z nich był nam szczególnie bliski, z jego niską, poziomo rosnącą gałęzią, która służyła nam jako drążek gimnastyczny. Myślę, że i ten naturalny drążek przyczynił się do naszej sprawności fizycznej i w ogóle do rodzinnego zainteresowania sportem. Obok naszego domu, na rogu ul.Gedyminowskiej był parterowy drewniany budynek. Mieszkał w nim chudy szewc Matejko, z którego jednym z synów przyjaźnił się nasz Buba, a z którym najczęściej łowili ryby z łódki na Wilii. Na rogu tego domu królowała w spożywczym sklepie gruba, energiczna Baśka Barenbaum, której pomagał mało widoczny mąż. Mieli dwoje dzieci: Baśkę i małego Gapkę. Dalej przy Gedyminowskiej, jeszcze na naszej parceli w murowanym małym domu mieścił się sklep mięsny młodego żydowskiego małżeństwa Szymańskich. Był tam jeszcze warsztat szewski, a dalej wielka drewniana brama i furtka - to wjazd na naszą parcelę. Za furtką z prawej strony był murowany parterowy budynek, w którym mieściło się zaplecze mieszkańców: składziki na opał i niepotrzebne graty, ustępy, dom dozorcy, pralnia i nasze duże pomieszczenie gospodarcze. Przed ciągiem zaplecza, a obok naszej kamienicy była wielka studnia - pompa z dwoma ogromnymi kołami do pompowania, obudowana, z dużym namiotowym dachem, zamkniętym od dołu stropem z desek. To poddasze, przez wszystkich zapomniane (studnia była mało używana, bo w domu była instalacja wodociągowa) służyło mi do ukrywania moich ukochanych gołębi w okresach nieprzychylności i dla nich i dla mnie.
Było jeszcze jedno ważne dla naszej chłopięcej społeczności miejsce - betonowy, przykryty żelazną klapą krąg na rogu Moniuszki i Gedyminowskiej. Pamiętam ten nierówny wyrzeźbiony naszymi tyłkami beton, udeptaną przez nas wokół niego ziemię i wystające kamienie krawężnika. Był to jeden z progów, które w życiu przekraczałem: pierwszym były kuchenne schody, jeszcze pod czujnym okiem Mamy, drugi właśnie ten betonowy krąg, miejsce spotkań ferajny z naszej dzielnicy, mój pierwszy krok na ulicę, która odtąd w dużym stopniu mnie wychowywała (może ten betonowy krąg na rogu Moniuszki i Gedyminowskiej był przodkiem plenerowego teatru Formy Otwartej na osiedlu Słowackiego w Lublinie?).
Przed sklepem Baśki, ale od strony Gedyminowskiej, była żelazna pompa z dużym ramieniem zakończonym gałką. Pamiętam ten specyficzny „żelazny” zapach i smak wody, kiedy spragniony przytykałem usta do strumienia między dłonią a wylotem rury, który często trafiał do nosa, bo kumpel celowo zbyt szybko pompował.
Po drugiej stronie ul. Moniuszki, na rogu, był sklep spożywczy Polki, jednej z sióstr Baśki Barenbaum. W tym sklepie zaopatrywała się nasza rodzina. Relacje nasze w tym sklepie były bardzo sympatyczne, tym bardziej że z Polką przyjaźniła się nasza Mańka, pomoc domowa Mamy. Sklep sprawiał przygnębiające wrażenie: ciasnota wywołana natłokiem worków, bardzo wysoki kontuar, za którym w przyćmionym świetle krzątała się Polka, zapach „niedosprzątania”, snujące się krewne Polki: trzy stare kobiety i niezbyt rozgarnięty i niesprawny ruchowo chłopak - syn właścicielki – Gapka. Pamiętam go, jak niezdarnie biegał trzymając oburącz patyk, który traktował jako kierownicę i udając samochód burczał brrrrrrr. W jego zachowaniu czuło się nadopiekuńczość starych kobiet, co utrudniało mu kontakt z nami, chłopakami z podwórka. Dom, w którym mieścił się sklep, był drewniany, piętrowy, malowany na czerwono z balkonami wychodzącymi na Moniuszki i na Gedyminowską. W tym domu mieszkała też krawcowa z białym niby szpicem, oraz rodzina Mirskich. Ich starsza córka to popularna potem pieśniarka, a jej młodsza siostra darzyła sympatią (nie pamiętam czy odwzajemnioną) mego młodszego brata Romka.
Naprzeciwko naszego domu, za szczelnym płotem z desek mieszkała rodzina Jakobich: rodzice i dwóch synów, których czasem spotykałem u pastora na religii. Była to rodzina prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego, bo, jak dowiedziałem się w czasie okupacji współpracowała z Niemcami. Dalej za Jakobimi mieszkali Kamińscy, z których synem mieliśmy raczej luźny kontakt, natomiast jeszcze dalej był drewniany dom z mansardowym dachem Ryśka Hryniewskiego, bliskiego kolegi moich starszych braci. W tym samym domu mieszkał również Staśka Anforowicz (Lopek, a złośliwie ślimak) nasz najbliższy przyjaciel z lat dziecinnych. Mieszkał z rodzicami, ojcem aptekarzem, zapalonym wędkarzem, specjalistą od kiełbi, matką, siostrą Reginą i komicznym białym pieskiem Filusiem ( wypisz - wymaluj, jak u Lengrena ). Atrakcją odwiedzin u Lopka było zasiąść za kierownicą prawdziwego, od lat nieczynnego samochodu.
Za domem Lopka na małej nieogrodzonej parceli z wysokimi sosnami, z niskim długim, zniszczonym domem mieszkała rodzina Krzywców, przybyła ze wsi z krowami, kurami itp. Jeszcze dalej, znów za wysokim szczelnym płotem, porośnięta lasem, znajdowała się parcela z przedszkolem do którego uczęszczałem (wtedy chyba nazywało się to ochronka) i dom, gdzie mieszkał słynny w naszej dzielnicy wioślarz - olimpijczyk Zawadzki - imponująca góra mięśni, a przy tym powolność i bezradność szczególnie w próbach na ringu bokserskim, nie mówiąc o nieporadności w spotkaniach z takimi typami jak Glinia (inaczej Ryży), który w porachunkach karcianych potrafił użyć noża; (takie wieści krążyły w naszej dzielnicy.)
Tyle o geografii przeciwległej strony ul. Moniuszki. Perspektywę Moniuszki, w kierunku Zakrętu zamykała mała cerkiewka.
Obok naszego domu, za zmurszałym drewnianym płotem był teren nadleśnictwa. W murowanym domu z mansardowym dachem oprócz biur nadleśnictwa mieszkali na parterze Leszek, Zbyszek i Irena Karpińscy z mamą i tatą nadleśniczym, a na górze nasz kolega Borys (Borka), z bardzo licznym i coraz liczniejszym rodzeństwem. Ich bardzo surowy ojciec (Rosjanin) był szoferem w nadleśnictwie. Za terenem nadleśnictwa, za czerwonym, znów bardzo szczelnym płotem, mieszkała rodzina dziewczyny, która mi się podobała i chociaż nie pamiętam jaj imienia, to twarz pamiętam bardzo dobrze. Dalej był dom, z którego mieszkańców pamiętam tylko towarzysza poszczekiwań Czujki, ciemnego dobermana, następnie był piętrowy drewniany, cofnięty bardziej niż inne od ulicy dom, z którego nikogo nie znałem, i wreszcie drewniany parterowy dom Kota i Janka Hattowskich - przyjaciół moich starszych braci. Potem mieszkał w nim Miszka Woronin, również nasz kolega.
Tak wyglądało najbliższe i nieco dalsze otoczenie naszego domu, które było głównym tłem naszej najwcześniejszej młodości.
dzieciństwo - czas przedszkola
Z tego okresu dzieciństwa pozostały mi wyrywkowe wspomnienia, oderwane epizody.
Pamiętam jak w przedszkolu na Moniuszki robiłem dla Mamy na choinkę kapcie z rafii. Plotło się najpierw warkoczyki z tasiemek rafii umocowanych do poręczy krzesła, potem zszywało zaczynając od środka na drewnianym kopycie. Jak już wspominałem, wydaje mi się, że pamiętam Ojca (gdy umarł miałem niespełna sześć lat). Zaprowadził mnie do swego znajomego, miłośnika gołębi, na obszerne jasne poddasze wypełnione tajemniczym gruchaniem. Pamiętam ten miły powiew białych skrzydeł. Znajomy ojca karmił je grochem czerpanym szuflą ze skrzyni, a one spacerowały po naszych stopach. Zachwyciły mnie ich różne kształty, szczególnie te, których drgające, wygięte do tyłu szyje stykały się niemal z rozpostartymi ogonami, a skrzydła jak długie suknie sięgały żwiru na podłodze. Teraz wiem, że były to tzw. białe pawiki (niemal od tego zdarzenia stałem się zapalonym gołębiarzem). Byłem oczarowany.
Inny epizod: nie pamiętam, jak się tam znalazłem, ale w sporej odległości od domu, we wnęce czyjegoś ogrodzenia, na ul. Moniuszki przy Witoldowej. Siedzącego na sankach, podobno uśmiechniętego znalazła mnie Mańka - bez butów. Ten ktoś, kto zdejmował mi buty, musiał być dla mnie miły, bo nie płakałem, a to, że byłem bez butów, nie wydawało mi się przykre, tym bardziej że wytłumaczyła mi potem Mama, że te buty musiały być komuś bardzo potrzebne.
Nowicze - nasz majątek
Na moje przedszkolne lata przypadały również wakacje w Nowiczach koło stacji Podbrodzie. Były to laski (a właściwie potężne lasy), piaski, jeziora i Żejmiana, piękna, głęboka i pełna ryb. Przepływała prawie przez środek majątku. Na wzniesieniu stał nasz letni drewniany dom, w pobliżu, z prawej strony wielki stalowy wiatrak zaopatrujący nas w elektryczność, budynek gospodarczy, gdzie między innymi nasza Rózia zarzynała kurczaki (to było straszne). Z prawej strony domu, w dalekiej perspektywie były zabudowania Antuka (chałupa, stodoła na słomę i siano oraz obora na ok. 10 krów). Tam dorwałem się kiedyś do siekiery i rozciąłem sobie duży palec u nogi - bliznę mam do dzisiaj.
Nasz dom stał nad skarpą, pod którą na prośbę Mamy zbierałem dziki szczypiorek. Za wiatrakiem był sad, gdzie często widziałem Ojca. Tam też były wtedy już ruiny oranżerii, w której Ojciec niegdyś hodował krokodyle. Na temat pasji hodowlanej mego Ojca pamiętam opowieść p. Kozłowskiego - zarządcy naszego majątku. Ojciec miał hodowanego (od małego) niedźwiedzia , bardzo z nim zaprzyjaźnionego. Kiedyś, po długiej nieobecności, na spotkanie powracającego Ojca niedźwiedź wybiegł nieoczekiwanie i byłby Ojca z radości udusił, gdyby nie celny strzał p. Kozłowskiego, znającego niedźwiedzie obyczaje.
Często chodziłem z dorosłymi na spacery do lasu. Pewnego dnia, myślę, że zręcznie podprowadzony, pod kłodą starego pnia znalazłem czekoladę w srebrnym opakowaniu. Innym razem pokazano mi na ścieżce wśród gęstych krzewów maszerujące gęsiego ptaki, były to, jak myślę dzikie kaczki. Nie bały się nas, długo spokojnie maszerowały (chyba mój Tato b. rzadko polował). Pamiętam, że jadaliśmy na werandzie. Podczas jednego ze śniadań Buba wrócił z porannego wędkowania z dużym pstrągiem. Był to widomy sukces naszego Ojca, który zarybiał strumień wpadający do Żejmiany. Innym razem syn Antuka, kompan moich starszych braci, przyniósł długą i grubą, czarną gadzinę, która podobno zaatakowała krowę.
Tuż obok domu, za budynkiem gospodarczym, była duża sadzawka zarośnięta białymi grążelami. Tu z pomostu moi bracia końcem elastycznej witki wabili żaby, udając wpadającego do wody owada. Wkrótce między liśćmi grążeli pojawiały się żabie głowy. Te najbliższe były wyławiane siatką, zabijane, wkładane do buczy, gdzie służyły jako przynęta na raki. Wędkarstwo było w naszej rodzinie nie tylko tolerowane, ale wręcz zalecane. Opowiadała mi Mama, która była często w ciąży (w ciągu 10 lat pożycia z Tatą urodziła przecież sześcioro dzieci), opowiadała, że w Finlandii Ojciec nalegał, żeby jak najwięcej spędzała czasu wędkując z pomostu jeziora w pobliżu domu. W Nowiczach było podobnie.
Myślę, że ten ojcowski pierwotny stosunek do przyrody, uzewnętrzniający się w zaleceniach wędkowania, a szerzej - obcowania z naturą, którą i my odziedziczyliśmy, może był jeszcze echem norweskich fiordów, dziedziczony genetycznie, a który u naszych dzieci stopniowo wygasa.
Chodziłem z Mamą nad Żejmianę. Leżałem na brzuchu, tuż nad stromym brzegiem rzeki i przypatrywałem się, jak stada ryb często omijają maminą przynętę. Zdarzyło się też, że złapaliśmy dużego okonia, kolczastego „garbusa”, ale tego Mama nie była w stanie odczepić. Do domu wracałem dumnie z zahaczoną na wędce rybą, a Mama szła za mną.
Różne były sposoby łowienia ryb. Nie mieliśmy świadomości, że mogły być niedopuszczalne. Nie wiem czy w tym okresie istniały już przepisy wędkarskie. Pamiętam, jak Wincuk, starszy syn Antuka, z Bubą i Arwidem robili „ości” - ościenie. W ich wydaniu był to podłużny kawałek blachy z wyciętymi, ostrymi, gęstymi zębami osadzony na długim kiju. Byłem zbyt mały, żeby uczestniczyć w połowach przy pomocy ościenia, bywałem natomiast obserwatorem połowów (o zgrozo!) przy pomocy widelca. Wybieraliśmy się czasem nad wpadający do Żejmiany strumyk , w pobliże zawalonego mostku. W krystalicznie czystej wodzie widać było przepływające ryby i te, które kryły się pod zatopione bale czy kamienie. Te kryjące się to miętusy, tak śliskie. że o złapaniu ich ręką nie było mowy. W płytkiej po kolana wodzie któryś z moich braci brodził ostrożnie, żeby jej nie zmącić i wypatrywał kryjówki miętusa. Zaczajony, błyskawicznym ruchem kierował widelec w upatrzone miejsce…i zdarzało się, że wyciągał nawet sporą rybę.
Z „rybich” wspomnień z Nowicz pamiętam dwa potężne szczupaki (jeden był większy ode mnie), leżące na wozie obok worków z drobnicą. Przyjechali po nie Żydzi, którym Ojciec odsprzedał prawo odłowu.
Do Nowicz Mama zapraszała na wakacje naszych kolegów. Ja pamiętam Kazika Daukszę, syna szewca z Sołtaniszek, który radził nam skrapiać bicepsy wodą, i tak długo i szybko je napinać, aż krople wyschną. Była to wg. niego metoda na wyrobienie takich wspaniałych mięśni jakie on miał.
W Nowiczach bywali również wileńscy studenci z USB, o czym pisze w którejś ze swoich książek Wańkowicz, robiąc z naszej Mamy – z uwagi na nazwisko – Szwedkę.
Kończył się okres naszego wczesnego i jakże szczęśliwego dzieciństwa. W 1928 r, po ciężkiej chorobie i kilku operacjach (operował dr. Michejda) zmarł na raka nasz Ojciec. W chwili śmierci najmłodsza nasza siostra Karin miała niecałe 2 lata, najmłodszy brat Roman Runar 4. Mama została z siedmiorgiem dzieci - dwojgiem z pierwszego małżeństwa Ojca: najstarszą siostrą Irmą i bratem Edgarem (Bubą) i pięciorgiem własnych (jedno z jej dzieci umarło tuż po porodzie). Opiekunem naszej rodziny, zgodnie z wolą Ojca, został p. Lutce, jednoręki starszy człowiek, pracujący w sądzie - notariusz, a interesy rodziny Ojciec powierzył p. Gąsiorowskiej, chyba prawniczce. Spraw było wiele. To co dotarło do mojej świadomości, dotyczyło jakichś długów, kamienic i sprzedaży Nowicz. Po śmierci Ojca opuściła nasz dom głęboko religijna nasza kucharka Zosia. Był to zwiastun pogorszającej się sytuacji materialnej naszej rodziny.
Którejś srogiej zimy zmarła Annuszka, niania naszego Ojca. Została pochowana na cmentarzu ewangielickim na Pohulance, w pobliżu grobu Ojca.
Teraz, miejsce spoczynku naszych bliskich znajduje się pod nawierzchnią nowowybudowanej ulicy.
Irma
Wkrótce też opuściła dom Irma, wychodząc zamąż za znacznie od niej starszego dr.Józefa Kucharskiego. Jej nagła, tuż pomaturalna decyzja zaskoczyła i zasmuciła Mamę, która pamiętała swoje zbyt wczesne, nieudane pierwsze małżeństwo. Bała się, że Irmę może spotkać podobny jak jej los.
I tak została z nami tylko wierna rodzinie Maria Jakubcewicz (Mańka).
Obawy Mamy, niestety, wkrótce się sprawdziły. Irma trafiła do rodziny składającej się z trzech osob: męża Józefa – wybitnego chirurga, oddanego swojej pracy zawodowej, jego brata Jana, studiującego ichtiologię i siostry Janiny – niepodzielnie panującej w domu. Józef Kucharski – do niedawna stary kawaler, utrzymujący dom, przyzwyczajony do opieki oddanej mu siostry, nie potrafił w domu przeorganizować istniejącej po ożenieniu się z Irmą hierarchii. Na tym tle rodziły się nieporozumienia, które szczególnie nabrzmiały po urodzeniu się Januszka. Irma wyobrażała sobie własny dom takim, jak jej dom rodzinny – gdzie panią domu była żona, a zastała zupełnie coś innego.
Współżycie małżeńskie też odbiegało od wyobrażeń Irmy – dużo starszy, przepracowany mąż i młodziutka, piękna, pełna temperamentu żona.
Innym powodem braku zbliżenia była odmienność zainteresowań. On pogrążony w pracy, utrzymujący sporą rodzinę, nie tylko nie potrafił znależć czasu i chęci, żeby zainteresować się studiami (etnograficznymi) Irmy, których profil był biegunowo różny od profilu chirurgii, ale wprost je lekceważył.
Sytuacja w domu spowodowała, że milszą od niego stała się dla niej atmosfera uczelni, gdzie znajdowała przyjaciół i zrozumienie dla swoich zainteresowań. ( Wśród nich pamiętam p. Kojdeckiego, który odwiedzał nas w Werkach.)
Po ślubie z Józefem Kucharskim Irma nie brała już udziału w naszym codziennym życiu, ale była zawsze obecna wtedy, kiedy jej potrzebowaliśmy. Zawsze pomocna Mamie, Bubie, a nam szczególnie w czasie okupacji. Przewijają się wciąż wspomnienia o Niej w tej kronice.
pierwsza szkoła „Dziecko Polskie” p. świdowej
Mieściła się ta szkoła przy ul. Mickiewicza na pierwszym piętrze budynku, na którego parterze było kino „LUX”. Do szkoły chodziłem w granatowej rogatywce ze znaczkiem szkoły, uzbrojony w tornister i przewieszony przez ramię cylindryczny pojemnik na śniadania. Przeżycia szkolne nie były dla mnie tak ważne, jak powroty ze szkoły: każdego dnia dostawałem od Mamy chyba 20 groszy na autobus, ale po drodze do domu było tyle pokus - cukiernia Turka (nie wiem dlaczego, bo właściciele byli Finami) na Mickiewicza przy Sierakowskiego, gdzie można było kupić trójkątne wafle z czekoladowymi brzegami, natomiast po prawej stronie ulicy, między Ciasną a Tartakami, mały sklepik, a właściwie kiosk wspaniale zaopatrzony w czekoladki „Anglas”, których opakowania zawierały obrazki o różnych seriach. Panował wtedy zupełny szał zbierania tych obrazków, bo za uzbieranie chyba stu, dostawało się piękny album do wklejania uzbieranych serii (ja zbierałem serię - rasy ludzkie), i wreszcie sklep spożywczy na Zwierzyńcu, pomiędzy Starą a Moniuszki, gdzie kupowało się chałwę, tak rozkosznie zaklejającą podniebienie.
Z wrażeń szkolnych pozostało mi wspomnienie inscenizacji obozu harcerskiego, z ogniskiem i śpiewami i z wartą, a jednym z wartowników byłem dumny ja.
W tym też okresie zobaczyłem mój pierwszy film „Rango” w kinie Hollywood na Mickiewicza. Byliśmy z p. Lidą, naszą domową nauczycielką. Film pamiętam doskonale: ojciec z synem w dzikim lesie zbudowali dom, mały drewniany bunkier. W nocy chciała dostać się do nich puma. Osaczeni mieli tylko starą strzelbę, ale bez naboi, więc nasypali do lufy prochu, ojciec odczepił dewizkę od zegarka, wrzucił do lufy, a kiedy puma pojawiła się w oknie, nacisnął cyngiel, rozległ się huk, kłęby dymu napełniły chatę, a puma niestety nie padła, tylko uciekła do dżungli.
W budunku kina mieścił się też hotel. Któregoś dnia wracając ze szkoły zauważyłem tłum ludzi przed hotelem i stojące na jezdni pogotowie. Z hotelu na noszach wynoszono dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, czegoś smutnego i niewiadomego.
czyżby proroczy sen?
Piszę o nim dlatego, ze przyśnił mi się nieoczekiwanie “ni z gruszki ni z pietruszki”, kiedy byłem dzieckiem, a sprawdził sie po latach.
Przyśniłem białe, kubistyczne (w mojej dzisiejszej ocenie), silnie nasłonecznione domy … I nic poza tym.
Powinienem o nim zapomnieć. Miałem wtedy około 10 lat. Dzieciństwo, młodosc, wiek dojrzały nie oszczędziły mi ani zainteresowań, ani wrazeń, ani przeżyć, ani snów, które po obudzeniu się zapominałem. Ten sen, o którym piszę, ciągle tkwi w mej pamięci.
Nie jestem mistykiem, ale przecież osiedle J. Słowackiego w Lublinie, którym zachwycał się Julian Przyboś, jest również mego autorstwa.
gołębie, ptaki, rybki
Gołębie oczarowały mnie po raz drugi, kiedy Arwid zaprowadził mnie do swego kolegi na Witoldową, u wylotu Starej. Było tam podwórze ocienione wysoką ceglaną ścianą, na której krawędzi, wyeksponowane jak na cokole widziałem siadające i spacerujące gołębie, prześwietlone słońcem na tle błękitnego nieba. Pod ścianą stała buda, skąd dochodziły mnie znane już dźwięki gołębiej rozmowy. Siedzieliśmy na ziemi pod ścianą przeciwległego domu, zapatrzeni i zasłuchani.
Miałem jeszcze jedno, ale jak odmienne „ptasie” przeżycie. Zrobiłem sobie pracowicie, naśladując innych chłopców, „rogatkę” - procę. Załadowałem odpowiedni kamyk i spacerowałem, rozmyślając, w co by tu strzelić, nie trafiając w szybę ani w przechodnia. Byłem okropnie podniecony, bo nigdy nie strzelałem. W pewnym momencie zobaczyłem przelatującego nade mną wróbla. Odruchowo naciągnąłem gumkę, bez celowania wystrzeliłem w górę - i trafiłem. Wróbel spadł na trawę i leżał z drgającymi skrzydłami. Byłem zrozpaczony. Nie wiedziałem, co mam robić i z wróblem i z sobą. Wziąłem ptaka do rąk. Ruszał lekko głową. Przeniosłem go na drugą stronę ulicy, gdzie za płotem rósł sad. Wróbel chwilę siedział nieruchomo, a potem pofrunął na najbliższe drzewo. Było to straszne przeżycie dla mnie, który tak pokochałem gołębie i który z Mamą wiosną wypuszczałem zimujące w domu ptaszki! Połamałem moją piękną rogatkę.
Dlatego też, kiedy przechodząc pewnego dnia Sosnową zobaczyłem w zaroślach klatki z dzikimi ptakami (to mój późniejszy mistrz-gołębiarz Staśka Nikipirka łowił szczygły, czyżyki i inne drobne śpiewające ptaszki), bez namysłu przelazłem przez płot i porwałem klatki. Mama miała dylemat - ptaki nie powinny być w niewoli, ale z kolei klatki były cudzą własnością. Poleciła więc Mańce odnieść klatki i przeprosić za zajście. Staśka miał precyzyjnie opracowany system tych łowów. Stawiał w zaroślach dużą klatkę z różnymi drobnymi ptaszkami, na niej mniejszą, podzieloną na trzy celki. W zamkniętej środkowej umieszczał ptaka z gatunku, który chciał złowić – tzw wabika. Dwie boczne miały otwarte klapy z prostym mechanizmem zapadkowym. ćwiergot więżnia zwabiał przelatujących kuzynów. Odpowiednie ziarno, osty, owoce jarzębiny były dostateczną pokusą. Ptak siadał na patyczku w drzwiczkach bocznej celi, które się zatrzaskiwały i Staśka stawał się właścicielem ptaka.
Oprócz ptaków - zimujących, a wypuszczanych wiosną lokatorów i domowników kanarków Mama hodowała rybki, jak już wspominałem w dwóch akwariach. Karmione były suchą karmą, ale przepadały za małymi czerwonymi robaczkami, które zbieraliśmy w strumyku wpadającym do Wilii i wypłukiwaliśmy z błota przy pomocy drucianej siateczki w źródełku w pobliżu plaży. Tam też udawało się nam złapać trytona czy też plamistą salamandrę.
Gimnazjum Czackiego, a właściwie znów gołębie
Następnym, wyższym stopniem mojej edukacji było prywatne gimnazjum im. Tadeusza Czackiego na Pohulance. Dyrektorem był p. świętorzecki (o ile dobrze pamiętam), a wychowawczynią p. Kolpy, nauczycielka przyrody, jednego z niewielu przedmiotów, które naprawdę lubiłem. W ogóle szkołą nie bardzo się interesowałem, stąd w mojej pamięci z tego okresu pozostały zupełnie innego typu zdarzenia.
Jak to zwykle bywa w szkołach (myślę ,że podobnie jak wśród zwierząt żyjących stadnie) i w mojej klasie w chwili mojego tam przybycia był jeden najsilniejszy, król klasowy Andrzej Gawecki (wśród zwierząt przewodnik sfory, czy stada). Teraz przybyło jeszcze dwóch silnych - Zyga - Zygmunt Songin i ja, a ponieważ społeczność klasowa nie znosi sytuacji niejednoznacznych (jak u zwierząt), a może raczej szuka okazji do draki wobec szarzyzny lekcyjnej, uznano, że musi nastąpić rozstrzygnięcie.
I tak, któregoś dnia , po lekcjach, niedaleko szkoły stanęliśmy naprzeciwko siebie - Andrzej i ja, w bokserskich rękawicach. Los chciał , że podczas walki Andrzejowi poszła krew z nosa. Zostałem uznany za lepszego. W tej sytuacji o prymat w klasie miałem walczyć z Zygą. Ale Zyga był moim dobrym kumplem. Codziennie ze szkoły wracałem na ramie roweru Zygi. Mój tyłek do dziś pamięta bruk spadającej w dół ul. Sierakowskiego. Zyga mieszkał na Sołtaniszkach i jadąc przez Zwierzyniec wysadzał mnie na rogu Moniuszki. O ile pamiętam, Zyga powtarzał klasę, był małomówny, siedział na ostatniej ławce. Czułem, że zależy mu na kontakcie ze mną. Istniały również relacje między naszymi matkami: moja Mama korzystała z usług krawieckich jego mamy. Tak więc, mimo klasowych intryg i presji nie daliśmy się sprowokować i odtąd w klasie było uznanych dwóch silnych. Myślę, że gdyby doszło do spotkania, Zyga by mnie „zlał”. Był starszy i silniejszy. W tej sytuacji chętnie zachowałem twarz jednego z dwóch silnych. Tak więc kiedy któregoś dnia na przerwie drobny, szczupły rudzielec Jurek Kopczyński nie ustąpił mi drogi schodząc po schodach, w szamotaninie dostał ode mnie w szczękę. Zbiłem mu okulary, była wielka awantura z wezwaniem Mamy do szkoły (Jurek potem był bardzo dobrym kolegą naszego Erika, a w czasie okupacji dzielnym partyzantem VI-tej Brygady Konara).
W mojej klasie była również Wanda Falkowska, szczupła, blada, z piegami na twarzy - bardzo dobra uczennica, która siedziała z okrągłolicą Wandą Weleżyńską (ta została zastrzelona w czasie okupacji za współpracę z Gestapo). Pamiętam też, że w starszej klasie uczyła się Hanna Skarżanka, a w nieco młodszej - jej siostra, która, jak wiem, była w czasie okupacji łączniczką w AK. Ich młodszy brat uczył się również w naszej szkole. Jako ewangelik nie chodziłem na lekcje religii w mojej szkole - chodziliśmy z kolegami do gimnazjum Zygmunta Augusta. Tak więc w czasie religii graliśmy w kosza na podwórku szkolnym. Pod tym koszem spotykał się klasowy „high life” ze mną, wychowankiem ulicy. Okazało się, czego sobie nie uświadamiałem, że w czasie gry tak „bluzgam”, że moim dobrze wychowanym partnerom więdną uszy. Dowiedziałem się o tym dopiero wtedy, kiedy poskarżyli się Erikowi (on był wtedy u Zygmunta Augusta i spotykaliśmy się na lekcji religii). Było mi oczywiście głupio, ale w duszy nie wiem dlaczego, czułem się dumny, może dlatego, że nie zdradzałem swego środowiska, a może gardziłem tymi pięknoduchami. Bo najmilsze dla mnie towarzystwo w tym czasie to gołębiarze, chociaż wtedy jeszcze żyłem w gołębiarskim podziemiu. Mama nie akceptowała mojej pasji.
Wtedy też miałem bardzo znamienne przeżycie. W czasie lekcji religii starałem się odpowiadać zawsze jako ostatni, licząc na zmęczenie słuchającego. Więc kiedy zostałem już sam z pastorem Loppe, stojąc przed jego obliczem plecami do ławek i relacjonowałem cud w Kanie Galilejskiej, zauważyłem na twarzy pastora pewne odprężenie. Pewnie jest zadowolony z mojej odpowiedzi, myślałem i śmielej kontynuowałem moją opowieść. Po chwili jednak zauważyłem, że przestał mnie słuchać, a wzrok jego sięgał czegoś z moimi plecami. Zerknąłem w tył i zobaczyłem na mojej ławce zasłuchanego w mojej opowieści czarnego jak sadza gołębia z czerwonymi, grubymi otokami wokół oczu. Gdy skończyłem opowiadanie, pastor zadał mi następną lekcję i wyszedł nic nie mówiąc na temat gołębia. Gdy wracałem do swojej ławki, gołębia już nie było, tylko powiew świeżego powietrza wpadał przez okno, które pastor otwierał zawsze po przyjściu do klasy. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że był to mój gołąb, którego przed godziną kupiłem u p. Józefa na Koziej, a który zwiał z mojej teczki zostawionej pod pulpitem. Pastor widział, skąd ukazał się ten czarny stwór, ale jego dusza prawdziwego pedagoga i pasterza wskazała mu najwłaściwsze w tej sytuacji zachowanie. Nie było żadnych konsekwencji.
Pan Józef na Koziej zajmuje ważne miejsce w moim gołębiarskim życiu. Odwiedziny na Koziej były kuszącym owocem z tego zakazanego drzewa. Nie miałem wciąż jeszcze zgody Mamy na hodowanie gołębi w domu. Robiłem to w różnych miejscach. Wystarczyło uzbierać 50 gr. wracając np. pieszo do domu lub na ramie Zygi, żeby przeżyć wizytę u p.Józefa. Był to emerytowany kolejarz, obsługujący jeszcze kolej carską. Wychodził do klientów zawsze w mundurowej czapce i granatowym płaszczu upstrzonym gołębim pierzem. Poruszał się wolno. Miał niedowład jednej ręki. Co tydzień jeździł koleją do Lidy, gdzie kupował gołębie. Miał własną, osobistą „trajbę”, którą trzymał w dużej budzie stojącej bezpośrednio na ziemi. Jej obite blachą ściany i drzwi, a także potężna kłódka świadczyły o złodziejskim charakterze dzielnicy Nowego Miasta. Obok budy stała wielka, wykonana z oflisów szopa, coś w rodzaju stodoły, w której były, wydawało się, setki różnego gatunku gołębi. Kiedy stało się we wnętrzu, widać było rzędy gołębi siedzących wysoko na poziomych elementach konstrukcji. światło wpadało przez pionowe szczeliny między deskami. Po sprawdzeniu, czy drzwi są dobrze zamknięte, pan Józef sięgał do kieszeni po garść grochu czy pszenicy i rozsypywał szeroko po ubitej ziemi. Gołębie sfruwały w dół i wtedy można było upatrzyć sobie tego, którego chciało się mieć.
Po krótkim targu ustalało się cenę (zwykle około 50-ciu „kupiejek”). Po uregulowaniu należności trzeba było samemu złapać upatrzonego ptaka. Służyła do tego siatka na długim kiju, znacznie większa niż na motyle. Kupowanie gołębi u Józefa było znacznie korzystniejsze niż np. w znanym sklepie u Berczyka na Szpitalnej. Tam, w małym, dusznym wnętrzu gołębie były stłoczone w ciasnych wolierach. Smutne zamęczone ptaki. U p. Józefa gołębie były świeżo „oblatane”, bo pochodziły z co tygodniowych zakupów od aktywnych „gałubiatników”, trzymane w tak obszernej szopie mogły swobodnie fruwać, a przy tym wybór był ogromny. U Berczyka ceny były wysokie, a właściciel, beznogi Żyd na inwalidzkim wózku, lekceważył takich klientów jak ja. Na Koziej ceny były przystępne, a ponadto gołębie pochodziły z daleka i zwiększało to szanse na przywiązanie mądrego gołębia do nowego miejsca. Wiadomo przecież, że gołąb zawsze chce wrócić do swojej „chaty”, czego skrajnym przykładem są gołębie pocztowe. Mądry gołąb, którego osiedlono w nowym miejscu, wypuszczony szuka swego starego domu, lata jako t. zw. „cudzy” i jeżeli nie znajdzie, zmęczony i głodny, wróci do swego nowego domu, nie dając się złapać innym gołębiarzom.
Kozia przyciągała mnie jednak głównie atmosferą miejsca, fachowością, zaangażowaniem i prawdziwym umiłowaniem gołębi jej właściciela, z czego wynikał serdeczny stosunek do takich pasjonatów jak on, a w tym i do takiego „gówniarza” jakim byłem ja.
Mama jednak wciąż nie pozwalała mi na hodowanie gołębi, a i cały dom był temu przeciwny, realizowałem więc swoje marzenia potajemnie. Ukrywałem moje gołębie na poddaszu starej studni na naszym podwórzu. Wchodziłem do nich wspinając się po wahliwych żelaznych obręczach kół pompy i po wyparciu głową włazu, karmiłem je i syciłem wzrok ich widokiem. Tylko ich gruchanie napawało mnie strachem przed dekonspiracją. Żeby wynagrodzić sobie te ograniczenia, chodziłem na wagary do Nikipirków, na Sosnową. Mieszkał tam mój znajomy, najmłodszy z Nikipirków, Staś (któremu kiedyś porwałem klatki z ptakami), jego starszy brat Heńka (zginął w czasie wojny) i najstarsza siostra. Ich ojciec był zdunem, a co najważniejsze, była tam trajba dobrze latających gołębi. Moje pobyty u Nikipirków stały się szkołą wtajemniczenia w arkana sztuki gołębiarskiej. Jednak, kiedy wpatrywałem się we wlatujące i wylatujące z szopy gołębie, czułem na sobie karcący wzrok siostry Stasia, który mówił: ”nie dobrze chłopcze opuszczać lekcje, oj nie dobrze”. Dołączyła się ta dezaprobata do moich skrupułów wobec Mamy, tak że wkrótce zaprzestałem wizyt na Sosnowej, zacząłem natomiast wspólną hodowlę z Leszkiem Karpińskim, synem nadleśniczego, na jego podwórku.
Dołączył do nas ze swym „ryżym”- orlikiem, (w żargonie wileńskim -„nocnym”, bo może fruwać w obłokach przez całą noc,) Lopek Anforowicz. Mieliśmy już pokaźną, znaną w tej dzielnicy Wilna trajbę. Mieliśmy w tym czasie wiele gołębiarskich przygód, stawaliśmy się “zawodowcami”.
Zauważyliśmy, że gołąb jest najbardziej bezbronny w momencie, gdy sfruwa i znajduje się tuż nad ziemią. Moment wytracania szybkości przy lądowaniu wymaga od gołębia intensywnego hamowania przez trzepotanie „wsteczne”, co z kolei uniemożliwia mu nagłe poderwanie się i ucieczkę. Ten moment zatrzymania w powietrzu wykorzystują drapieżniki do nagłego ataku: koty nad ziemią, a jastrzębie nad kominami czy kalenicami dachów. Jastrzębie przed aktem schwytania gołębia stosują taktykę rozbijania zwartości trajby w locie, a potem gonią samotną ofiarę. W takich momentach musieliśmy być najbardziej czujni, a więc przede wszystkim obecni.
A oto jedno z wielu zdarzeń świadczących, moim zdaniem o gołębiej mądrości, a może to tylko był przypadek? Otóż pewnego dnia, jak zwykle po powrocie ze szkoły, wypuściliśmy nasze gołębie, żeby rozpostarły skrzydła w obłokach. Niebo było lekko zachmurzone, ale w powietrzu czuło się nadchodzącą burzę. Nasza trajba wzbiła się niemal pod chmury. W takich chwilach identyfikowałem się z nimi -jakbym był wśród nich. Zaczął padać deszcz. Gołębie zaczęły obniżać lot, kiedy z dużej wysokości dołączył do nich „cudzy”. Deszcz zamienił się w ulewę. Gołębie niemal z lotu zaczęły sfruwać wprost do budy. „Cudzy” usiadł na dachu, po czym sfrunął na ziemię i bez zabiegów z naszej strony sam wszedł do budy. Potraktowaliśmy go więc jako wyjątkowego głupka, bo sprowadzenie „cudzego” z dachu do budy wymaga nie lada zachodu. Tak więc nazajutrz, kiedy pewni braku inteligencji naszej zdobyczy, ciekawi, jak wygląda „na sucho”, uchyliliśmy ostrożnie drzwi, poczuliśmy powiew gołębich skrzydeł i nasz obcy był już poza budą. Chcieliśmy zobaczyć, w którą stronę ucieka, niestety niebo było puste.
Gołąb uciekający z nieznanego mu miejsca, zanim zdecyduje się na kierunek lotu, wzbija się wysoko, krąży nad tym miejscem szukając swego domu. Nasz cudzy znał bardzo dobrze drogę do domu. Dlaczego więc znając tak dobrze tę drogę nie przeczekał deszczu na kominie, jak to robią przeciętnie inteligentne gołębie, które nawet z podwiązanymi skrzydłami, na piechotę wracają do domu? Dlaczego zachował się jak swój, wchodząc do budy? Czy będąc jeszcze w chmurach i decydując się na przymusowy przystanek wyobraził sobie cały scenariusz przygody?
Tę gołębiarską sielankę przerwała na pewien czas Mama, kiedy ganiając nieposłuszne gołębie zbiłem kamieniem szybę. Dostałem wtedy lanie „nahajką” - paskiem ze świńskiej skóry, która wisiała na ścianie w zawsze widocznym miejscu (jeszcze za czasów Ojca), a która była b. rzadko używana. Dlatego to jej użycie pamiętam do dziś.
ptaszki - domowi lokatorzy
Nie pozwalając na hodowanie gołębi, Mama godziła się na trzymanie przez zimę w domu małych dzikich ptaszków, które wiosną na wyraźne życzenie Mamy wypuszczaliśmy na wolność, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę z trudności ich ponownej adaptacji do życia w warunkach naturalnych. Niewolę uważaliśmy za gorsze rozwiązanie.
Te ptaki pochodziły najczęściej z targowiska na rynku łukiskim. Każdej soboty pod kościołem św. Jakuba odbywał się targ gołębi, królików, świnek morskich i innych drobnych zwierząt, a także dzikich ptaków. Rytm mojego czasu odmierzały nie niedziele, ale te po lekcyjne, sobotnie, popołudniowe targi. Tak więc jednego roku czeczotka i szczygieł pobielały meble naszego jadalnego pokoju, po którym swobodnie fruwały, innego roku krzyżodziób „załatwiał” nasze firanki, wspinając się po nich.
Kiedyś wracając do domu zobaczyłem czyżyka, który fruwając bardzo nisko zarył się w kupę śniegu. Przyniosłem go w kieszeni do domu. Był przemarznięty, w kieszeni rozgrzał się nieco i po chwili zaczął fruwać. Stał się ulubieńcem nas wszystkich. Oswoił się całkowicie, skakał nam po głowach, po książkach, kiedy odrabialiśmy lekcje. Gdy przyszła wiosna, trzeba było go wypuścić. Otworzyliśmy okna, ale nasz kompan nie chciał wyfrunąć. Zdecydowaliśmy z Mamą, że wypuszczę go w lesie.Ale i wtedy nie chciał uciekać. Związany „wiosenną” umową z Mamą, musiałem znaleźć jakieś wyjście. Wszedłem w gęsty, leszczynowy zagajnik i po znalezieniu małego prześwitu w listowiu wyrzuciłem ptaszka w górę przez ten otwór. Zatrzepotał chwilę, jakby chciał do mnie wrócić, ale nie mogąc w gąszczu liści znaleźć mnie, odfrunął. Nie wiem, czy nie przyzwyczajony do samodzielnego zdobywania pokarmu poradził sobie na wolności, czy odzyskał instynkt życia w naturze.
nieudane sprawdziany męskości
A to, co przeżyłem w tym samym mniej więcej czasie, to instynkt czy jego brak? Pewnego dnia poszedłem po Romka do przedszkola. Przed wejściem stał syn dozorczyni ze znanym mi z widzenia dzielnicowym nożownikiem „Chamem”. Kiedy przechodziłem obok, nagle „Cham” dał mi w twarz. Zaskoczony, po chwili chciałem mu oddać. „Cham” wyciągnął nóż a ja stchórzyłem, uciekłem. Pamiętam do dzisiaj ten niesmak porażki.
To zdarzenie nakłada mi się w pamięci z innym: również nie wykazałem odwagi, która powinna być charakterystyczna dla mnie - kilkunastoletniego mężczyzny. Któregoś dnia, jak co dzień, jechałem autobusem do gimnazjum. W pewnym momencie zobaczyłem twarz dziewczyny. Zatkało mnie, wydała mi się oszałamiająco piękna, doznałem uczucia strachu, odwróciłem się, żeby na mnie nie spojrzała, ale kątem oka spoglądałem na nią. Od tej chwili nie mogłem rozstać się z tym uduchowionym wizerunkiem. Tak napotkałem swoją pierwszą miłość, tak wkraczałem w świat dorosłych.
moje wychowanie uliczne
Oprócz tych platonicznych wzruszeń, w świat wprowadzała mnie, jak mówiłem, ulica, a właściwie nasz betonowy krąg, na którym zbierała się nasza ferajna. Zmęczeni grą w dwa ognie czy podciąganiem się na gałęzi klonu siadaliśmy na naszym kręgu i gadaliśmy. Powtarzaliśmy usłyszane dowcipy, często dość „brodate”, robiliśmy sobie nawzajem kawały, komentowaliśmy nasze wyczyny sportowe, planowaliśmy dzień jutrzejszy, zbliżające się wakacje, mówiliśmy o gołębiach i dzieliliśmy się obserwacjami na temat przechodniów, a szczególnie dziewcząt. Kiedyś, gdy właśnie mówiliśmy o dziewczynach, przysiadł się do nas, starszy od nas Stefan Kapusta. Mieszkał ze staruszką matką, w rozwalającej się chałupie (na Sokolej w pobliżu Dzielnej). No i wtedy usłyszeliśmy na temat dziewczyn taki komentarz, że mieliśmy go dość. Zaczęliśmy się rozchodzić, a on puszczał za nami niekończące się wiązanki wyzwisk. Ale taka lekcja nie przechodzi bez echa. My też puszczaliśmy „wiązanki”, może nie tak plugawe, ale licytowaliśmy się kto zna ich najwięcej i potrafi je wypowiadać „potokowo”.
To wstrząsowe szkolenie ulicy łagodziło wychowanie domowe. Była z nami nasza stała opiekunka p. Lida, była nauczycielka francuskiego p. Stankiewicz, byli także zmieniający się i ratujący nas z poszczególnych „zapaści”, korepetytorzy.
Domową monotonię przerywały miłe lub niemiłe zdarzenia.
o nas
nasz najstarszy brat - Buba
Najbardziej urozmaicał nam tę monotonię nasz najstarszy brat Buba. Starszy ode mnie o sześć lat, wysoki, silnie zbudowany był w stosunku do młodszego rodzeństwa opiekuńczy, ale wymagający od nas szacunku dla swego „starszeństwa”.
Jak już wspominałem, Buba lubił grać w karty, a grę tę traktował głównie jako możliwość zdobycia pieniędzy na swoje różnorodne potrzeby, między innymi na książki. Pewnego dnia grał na trawie pod płotem przedszkola ze znanym w naszej dzielnicy nożownikiem „Glinią”. Buba przegrał wszystkie pieniądze, a chcąc się odegrać postawił własne spodnie i wróciłby bez nich do domu, gdyby nie zauważył, że Glinia oszukuje. Buba „zlał” go strasznie, odebrał pieniądze i spodnie.
Buba był za trudnym dzieckiem dla naszej drobnej, łagodnej Mamy. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że nie podoła jego wychowaniu. Postanowiła oddać go do internatu. Pamiętam jak przed wyjazdem Mama płacząc pomagała Bubie pakować się, a on znając internatowy rygor, wmontowywał w obcasy butów monety otrzymane od Mamy. Pamiętam, jak Mama przeżywała to rozstanie. Żałowała syna, że musi opuścić dom, ale zdawała sobie sprawę, że nie potrafi go poprowadzić. To przeżycie było dla niej tym boleśniejsze, że Buba nie był jej rodzonym dzieckiem. Internat nie wytrzymał z Bubą długo.
Następnym jego etapem był korpus kadetów we Lwowie, gdzie przyjęto go dzięki wstawiennictwu majora Kulikowskiego, którego żona, p. Lida była matką chrzestną Edgara (Buby), a jej ojciec notariusz - prawnym opiekunem spraw majątkowych Mamy, po śmierci ojca, oraz dzięki wstawiennictwu pastora Loppe. Pamiętam, z jakim utęsknieniem oczekiwany był Buba przez Mamę i przez nas (najmniej przez Arvida, który tracił wtedy swój prymat). Przyjeżdżał na krótko, bo zwykle jego podróż do i z domu trwała bardzo długo, i wiodła bardzo okrężną drogą. Odwiedzał swoje znajome rozsiane po Polsce.
Buba podczas pobytów w domu miał specyficzny sposób bawienia się ze mną: przewracał mnie na podłogę, i łaskotał tak, że dostawałem spazmów ze śmiechu. Bardzo lubiłem tę braterską przemoc. Mama nazywała te harce „bieszutsia z żyru”. Pewnego razu w takim właśnie momencie przyszła znajoma Buby, który zostawił mnie na podłodze, a sam zasiadł przy stole, nakrytym dużą narzutą i zaczął rozmawiać z dziewczyną, na której jak wiedziałem, bardzo mu zależało. Rozgrzany zabawą i pałając chęcią „zemsty”, dostrzegłem wyjątkową szansę rewanżu. Nie zauważony wlazłem pod stół i wsłuchując się w przebieg rozmowy, co jakiś czas próbowałem rozpinać mu rozporek. Buba bronił się jakimiś maskowanymi ruchami, starającymi się nie ujawnić przyczyny. Moja akcja spowodowała jednak odpowiedni efekt, wnioskując z rozmowy, która była przerywana śmiechem dziewczyny i pytaniami „Co ci jest? O co chodzi?” No, ale po wyjściu gościa, Buba tak mnie wyłaskotał, że myślałem, że umrę ze śmiechu.
teraz o Arwidzie z tego okresu
Erik, Runar i ja trzymaliśmy się zwykle razem, Arwid był samotnikiem. Podobnie jak później ja , miał kłopoty w szkole, w gimnazjum Adama Mickiewicza. Ratowali go z opałów Zygmunt Fajks, polecony Mamie przez szkolnych pedagogów, a także, poprzednio wspomniana madame Stankiewicz, która zajmowała się potem całą naszą gromadą. Była to szczupła, przygarbiona siwa pani w binoklach. Paliła papierosy i bardzo kaszlała. Spędziła wraz ze swym bratem wiele lat w Chabarowsku, opowiadała nam przygody z tygrysami, a także "prawdziwe" zdarzenia z duchem "damawoj", włochatym stworem, stojącym za drzwiami, dobrym i opiekuńczym.
Arwid od najmłodszych lat uchodził za niedościgłego narciarza, w opinii nie tylko rodziny. Pamiętam, gdy Erik otrzymał w prezencie aparat fotograficzny, pierwsze zdjęcie, które zrobił, to był „fiński krok” prezentowany przez Arwida. Arwid był zawsze bardzo nerwowy. Mama tłumaczyła to jej przeżyciami. Będąc już w ciąży z naszym ojcem porzuciła swego pierwszego męża i rodzinę, co w świetle jej starowierskiego wyznania było niewybaczalnym grzechem. Potem dalszy przebieg ciąży w Finlandii to okres rewolucji i wreszcie mamka Arvida, Finka, jak się okazało zaangażowana rewolucjonistka. Wszystko to powodowało nadmierną wyrozumiałość Mamy dla jej pierworodnego.
Miało to potem wpływ na zachowanie się Arwida w okresie jego młodości w stosunku do najbliższego otoczenia, a szczególnie do samej Mamy. Za to po wojnie dom Arwida był dla nas wszystkich prawdziwym domem rodzinnym, on przejął rolę ojca rodziny.
Erik
Zaczytany chłopiec, ukryty z książką pod stołem, ciągnący palcami swój coraz dłuższy nos, to Erik z tamtych lat. Wśród naszej „chewry” był najlepszy: najlepszy w dwa ognie, na rękę, w rysowaniu, pisaniu wypracowań, w ogóle najlepszy. Był niekoronowanym królem naszej „kamandy”.
teraz ja, Oskar
Moja sytuacja w rodzinie była raczej wygodna, chociaż czasem przykra. Byłem ten gorszy. O ile Erika, jako ukochanego syna Ojca, rodzinnego wybrańca obciążała wiara otoczenia, że spełni pokładane w nim nadzieje (co w przyszłości mogło mieć pośredni wpływ na jego tragiczne losy), ja nie lubiący czytać, „biełabrysyj durak”, jak w gniewie nazywała mnie Mama, nie miałem takich obciążeń. Np. kiedyś rywalizowałem z Romkiem rysując podobiznę konia. Na sędziego powołaliśmy Mańkę, która była dla nas autorytetem, bo pochodziła ze wsi i dobrze wg. nas wiedziała jak koń wygląda. Mańka ogłosiła zwycięzcą Romka. Chociaż nie byłem przekonany o słuszności tej oceny, była dla mnie wygodna w moim samopoczuciu „gorszego”. Wewnętrznie, byłem pewny swego, na moich szkolnych świadectwach obok wielu dost. i ndost. z rysunków zawsze miałem bdb.(To, szczególnie po latach nabierze rumeńców.)
W naszych relacjach częste były okazje do obrzucania się przezwiskami, które oczywiście dotyczyły naszych rzeczywistych czy urojonych fizycznych usterek. Na mnie przy takich okazjach sypały się takie: „punza jeta gaławaścik”, ponieważ jako dziecko miałem nieproporcjonalnie dużą głowę, przypominałem wyzywaczom rybę głowacza; „Cinaj” (Cinajcis, sąsiad wspomnianego Stefana Kapusty, miał dużą głowę i jak ja odstające uszy); „Mikołaj nie hulaj, weźmij kij, krowa bij”(moje drugie imię Nikolai). A propos, wszyscy mieliśmy dwa imiona, pierwsze skandynawskie, zawsze z literą „r”, dla skontrastowania z naszym dość miękko brzmiącym nazwiskiem, drugie słowiańskie, a właściwie rosyjskie.
Mańka
Z Mańką wiążę wiele miłych wspomnień. Była bardzo opiekuńcza, chociaż umiała wyegzekwować od nas wszystko co chciała, skuteczniej niż Mama. Kiedy nie chciało się nam rano wstawać, mówiąc, że przyszedł „Sosnowski” (nie wiem, skąd to nazwisko) wsadzała zimną rękę pod koc i łaskotała tak długo, aż wyskakiwaliśmy z łóżek.
Romek
Romek siedzący na nocniku i głaskany przez Mamę to najdawniejszy portret mego młodszego brata, który utrwalił mi się w pamięci. Od dziecka przylgnęło do niego przezwisko „Gruby”, a potem „Piskun” - mały piszczący ptaszek.
Karin
Najmłodsza i dziewczynka - w tym wczesnym okresie nie uczestniczyła w naszym chłopięcym życiu, mimo że chciała. Jak mogliśmy, unikaliśmy jej współudziału, bo zobowiązywało nas to raczej do opieki, zwłaszcza pod czujnym okiem Mamy czy Mańki. Potem, gdy zaczęły nas interesować jej koleżanki, sytuacja nieco się zmieniła. Ale zawsze była raczej w kobiecym obozie naszego domu. Była najlepszą przyjaciółką Mamy.
nasze święta
Imieniny nasze były obchodzone bardzo uroczyście. Prezenty dobierała Mama zgodnie z naszymi upodobaniami. Solenizant otrzymywał prezenty, ale każdy w tym dniu dostawał worek ze słodyczami.
Jednak szczególnie uroczyste były święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Mieliśmy kosz wielkości dużego kufra pełen zabawek na choinkę, które uzupełnialiśmy własną produkcją i dokupowanymi świecidełkami. W Wigilię wieczorem ochoczo dawaliśmy się zamykać w pokoju Mańki lub w kuchni, gdzie w napięciu czekaliśmy na sygnał, że możemy już wchodzić. Po wejściu do jadalni albo do salonu, gdzie na zmianę ustawiana była choinka, oślepiały nas ruchome światła zimnych ogni i kolorowych lampek. Wokół choinki piętrzyły się prezenty. W pewnym oddaleniu siedziała Mama, najczęściej w towarzystwie p. Lidy i jej matki, bywała też madame Stankiewicz. Na krzesłach i pod nimi piętrzyły się prezenty , na poręczach wisiały worki z łakociami. Każdy z nas nieomylnie trafiał do swojej fantastycznej „sterty”, co wywoływało uśmiech na twarzy Mamy. W czasie świąt, kiedy worki wyraźnie opróżniały się, zaczynały niepostrzeżenie znikać słodycze z choinki: najpierw nisko wiszące borowiki - pierniki oblane czekoladą i białym lukrem, potem te wiszące wyżej. Mama chciała, żeby choinka dotrwała do jej prawosławnych świąt, więc to znikanie odbywało się w ten sposób, że każdy z nas „ograbiał” choinkę tak, żeby identyfikacja sprawcy nie była jednoznaczna i przesunięta w czasie. Np. zamiast cukierków, po pewnym czasie, wisiały ich opakowania wypełnione czymkolwiek.
Święta spędzaliśmy najpierw lepiąc bałwany i jeżdżąc na sankach, potem na nartach na Karolinkach. Tam kręciliśmy „telemarki” i podglądaliśmy przywiezione z Zakopanego „christianie” (nie wiedziałem wówczas, że ten łyżwowy skręt, pochodzi z Oslo - dawnej Christianii). Co odważniejsi skakali ze zbudowanej przez Arvida i jego przyjaciół skoczni. Zdarzało się, że podczas naszej narciarskiej zabawy w pobliżu ”Pupu”, jak nazywaliśmy łagodny wzgórek dostępny dla naszych narciarskich umiejętności, śmigał obok nas narciarz zjeżdżający ze ”Strzałki”, bardzo stromego stoku, dostępnego dla odważnych i dobrze jeżdżących, a był to najczęściej Arvid z kolegami, wracający do domu po treningowych biegach wokół Karolinek.
A na Wielkanoc przede wszystkim malowaliśmy pisanki. Wyskrobywaliśmy na barwionych na brązowo w cebulowych łuskach wizerunki Matki Boskiej Ostrobramskiej, ptaszki, kwiatki, gwiazdki, co kto umiał. Oprócz innych prezentów tradycyjnie dostawaliśmy małe stoliczki z marcepanową święconką. Kulminacyjnym momentem było toczenie pisanek z pochyło ustawionej dachówki. Należało tak toczyć „katunem”, aby stuknął w cudzą pisankę, którą w ten sposób się zdobywało. Należało mieć „katuny” różnego kształtu: symetryczne, różnie asymetryczne, aby przez odpowiednie dobranie nadać im przy toczeniu pożądany kierunek.
Ważnym dla nas świętem był także Kaziuk - dzień św. Kazimierza, podczas którego na placu Łukiskim przy ul. Mickiewicza odbywał się olbrzymi odpust. Zjeżdżały kopiaste wozy smorgońskich obwarzanków, piętrowe wozy bednarskich wyrobów, ustawiano stragany ze słodyczami: piernikowymi sercami z wylukrowanymi imionami, cukierkami, cukrową watą, z przeróżnymi gadżetami, ustawiano sterty beczek, kubłów i innych naczyń z drewna itp. Wśród tego kręcili się karciani oszuści i grający w kości. Nas, a szczególnie Erika najbardziej interesowały ruchome zabawki: akrobata, który przy odpowiednim manipulowaniu uchwytami i naciąganiu sznureczków wykonywał różne ewolucje - niebywałe figury, kury dziobiące ziarno itp. Ja z moimi maksymalistycznymi upodobaniami, kupiłem kiedyś słonia - skarbonkę, gipsowego olbrzyma. Byłem taki szczęśliwy, że niosąc go do domu nie czułem wcale jego ciężaru. Rodzina, z wyjątkiem Mamy, nie mogła zrozumieć mego szczęścia.
Werki
Po śmierci Ojca i sprzedaniu Nowicz wakacje spędzaliśmy w Werkach pod Wilnem, dokąd płynęło się statkiem w górę Wilii.
Przed jednym z takich wyjazdów prosiliśmy Mamę, żeby kupiła nam psa. Mama zaproponowała, żeby wykupić psa od rakarza. Ta propozycja bardzo nam odpowiadała, ponieważ współczuliśmy psom łapanym na pętlę i wrzucanym do budy, a potem prawdopodobnie zabijanym. Zwykle kiedy pojawiał się koń z budą, a po obu stronach ulicy szli dwaj oprawcy - hycle, staraliśmy się alarmować właścicieli psów, a także przepędzać do pobliskich bram te, które bezpańskie biegały po ulicy. Mama poprosiła zaprzyjaźnionego z nami Aleksandra Pawłowicza, żeby poszedł z nami. Aleksandrpałycz, jak nazywała go Mama, był naszym częstym gościem. Odwiedzał mnie, kiedy byłem chory i przynosił serie pocztówek ze zwierzętami. Mama częstowała go herbatą i konfiturami. Przysiadałem się i ja, ponieważ przepadałem za wiśniowymi konfiturami. Kiedy zbytnio pozwalałem sobie przy ich nabieraniu, Mama powstrzymywała moje łakomstwo szczypiąc mnie dyskretnie pod stołem, co robiła zawsze, ilekroć zachowaliśmy się nieodpowiednio. Ale kiedy w jadalni nie było nikogo, przystawiałem krzesło, otwierałem drzwi kredensu i po nabraniu kopiastej łyżki konfitur z błogością wkładałem ją do ust i długo nie poruszając szczękami ani językiem, pozwalałem wolno spływać nektarowi, żeby przyjemność trwała jak najdłużej.
Wracając do psiej sprawy: w bazie rakarza znaleźliśmy się w otoczeniu klatek z psami różnych maści. Zgodnie z sugestią Mamy szukaliśmy ostrowłosego foksteriera. Mamę z tą rasą wiązały prawdopodobnie miłe wspomnienia z dzieciństwa czy młodości. Foksteriera nie znaleźliśmy, ale coś co wydawało nam się podobne. Wielkość, kolor biały w czarne łaty (czy odwrotnie), podpalany pysk, ostra sierść, krótki ogon - to jak trzeba, ale całość nie taka, jak trzeba. Miał nogi za grube, tułów zbyt walcowaty i przysadzistą budowę. Był to pies o bardzo sympatycznym pysku, ale już dość stary, o czym przekonaliśmy się wkrótce. Nazwaliśmy go „Boksik”. Jeszcze przed wakacjami, kiedy wyprowadzaliśmy go na smyczy na spacer, dawał znać, szczerząc zęby, że nie znosi przemocy. W Werkach pies był wolny. Kiedy chciał, biegał z nami, kiedy nie - biegał sam. Pewnego dnia znaleźliśmy go w głębokiej koleinie na drodze z przestrzeloną łapą. Leczony przez Mamę i p. Lidę wyzdrowiał, ale już nie oddalał się od domu.
Byłem na tyle dużym chłopcem, że potrafiłem docenić uroki wakacji w Werkach. Wynajmowaliśmy duży, biały, murowany dom tuż nad jeziorem i o kilkaset metrów od Wilii. Schodziło się do rzeki łagodnym stokiem po otwartej polanie. Chodziliśmy tu kąpać się i oczywiście łapać ryby. Buba i Erik byli namiętnymi wędkarzami i tę namiętność przejąłem od nich i ja. Wędkowanie poprzedzone było długimi przygotowaniami. Jeszcze w Wilnie Buba targał z końskich ogonów włosie, najlepiej z rudych, które potem plótł i wiązał, a już w Werkach wycinaliśmy leszczynowe kije, wieszaliśmy je obciążone kamieniami, żeby schnąc nie wypaczyły się. Moi bracia uprawiali najchętniej najtrudniejszy sposób wędkowania - na muchę bez spławika. Branie ryby sygnalizuje nagłe wyprostowanie się linki. Wtedy musi nastąpić lekkie popuszczenie linki i gwałtowne zacięcie. Tym sposobem łapało się głównie w miejscu wypływu do Wilii wody spod tartacznego koła, uruchamianego wodą z wyżej położonego stawu. Kiedyś ze złości na Erika płoszyłem mu ryby rzucając w wodę kamieniami. Erik odłożył wędkę i popędził za mną. Do dziś pamiętam moją długą ucieczkę i słyszę za plecami coraz bliższy oddech mego brata. Dopadł mnie, powalił, zbeształ i ...zostawił. Ależ było mi głupio. Wolałbym, żeby mnie zbił, a nie potraktował jak słabego smarkacza.
Buba stosował także inny system łapania ryb, tzw. sznury poprzeczne: dwie cegły na końcach długiej linki, na której co 70cm. wiąże się na przyponach haczyki z przynętą. Najczęściej jako przynęta służyły „grauże” - jak pamiętam, coś w rodzaju maleńkich węgorzy. Zastawianie sznura polegało na tym, że jeden koniec sznura obciążony cegłą zostawiało się na brzegu, drugi wyrzucało się w nurt rzeki, lekko pod prąd. Ta metoda jest dziś, jak wiele innych wtedy stosowanych, niedozwolona, ale przed wojną nie pamiętam, czy były jakieś prawne bariery w tej dziedzinie.
Arwid był specjalistą od łapania szczupaków w jeziorze „na żywca”, z brzegu, a ponieważ woda przy brzegu zablokowana była grążelami, wyciągał zdobycz (myślę niezbyt wielką), wyrzucając ją za siebie „balonem”. £apał również płotki w Wilii budując przy brzegu poprzeczne zastawki, za którymi tworzyły się zaciszne zakola. Zastawki budował z kołków przeplatanych wikliną. Arvid, zapalony sportowiec, rzucał dyskiem i nam czasem pozwalał porzucać. Chętnych zwykle było wielu, bo do Werek Mama często zapraszała naszych kolegów.
Erik, Romek i ja oraz zaprzyjaźniony z nami Mieczka Piórko, syn miejscowego stolarza, łapaliśmy ryby zaganiając je nogami do saka, czy też szerokiego kosza. Ja próbowałem również łapać małe szczupaki, palczaki, stojące tuż pod powierzchnią wody, na pętlę i nawet je wyciągałem, ale tuż nad powierzchnią wody spadały z powrotem. Próbowałem też łapać małe okonki stosując jako przynętę robaka uwiązanego na nitce. W ten sposób udawało mi się łapać koluszki - cierniki w stawie koło Młynka przed Karolinkami w Wilnie.
Kiedyś obserwowałem na Wilii ciekawy sposób łowienia: dwaj rybacy w dwóch dłubankach spływając z prądem prowadzili między sobą niedużych rozmiarów sieć z zamocowanymi na jej końcach drążkami. Trzymane przez rybaków drążki przekazywały drgania, kiedy w sieć wpadła ryba. Wtedy poziomowali siatkę ruchem drążków do przodu, zbliżali łodzie i z sieci wyjmowali zdobycz. Tyle o rybach.
Niedzielny ranek w Werkach był tym milszy, że przychodziła wtedy do nas stara Żydówka z dwoma wielkimi koszami pełnymi świeżych bułek, bułeczek, rogalików posypanych cukrem, bajgiełków i różnych słodyczy. Zasadnicze zakupy robiła Mama, a my za otrzymane od niej pieniądze zaspakajaliśmy własne "pożądania". Kiedyś mała Karinka, bojąc się zgubić otrzymany pieniążek, włożyła go do ust i połknęła. Pamiętam to zamieszanie - nagła podróż Mamy do Wilna do doktora, a po powrocie wmuszenie w małą odpowiedniej ilości kaszy, i wyczekiwanie na rezultat w nocniku.
W niedzielę również odwiedzała nas rodzina i znajomi: przyjeżdżała Irma ze swym małym synkiem Januszkiem (mąż Irmy bywał rzadko, bo jako wzięty chirurg miał mało wolnego czasu), przyjeżdżał pan Jan, brat doktora Kucharskiego, kolega Irmy p. Kojdecki, również jak ona etnograf, przyjeżdżał także p. Wala art. malarz, kolega p. Lidy z wydziału malarstwa wileńskiej ASP. Pani Lida i Irma często opalały się „topless”, my w miarę możliwości podglądaliśmy je. Pewnego dnia Erik i Roman natknęli się w lesie na scenę, która była przełomowa w naszym spojrzeniu na świat - pan Wala leżał na pani Lidzie. Zaskoczeni chłopcy uciekli. Zwierzyli się tylko mnie. Od tego czasu patrzyliśmy na p, Lidę bardziej jak na kobietę niż na naszą opiekunkę - nauczycielkę. Tak więc kiedy w podbrzusze Erika wbił się kiedyś kleszcz, a Mama do pomocy chciała wezwać p. Lidę, Erik stanowczo zaprotestował.
Do codziennego rytmu należał przemarsz koło naszego domu stada krów.
Prowadziła je bodąca, o długich rogach krowa przewodniczka, którą omijaliśmy z daleka.
Bardzo lubiliśmy ciepłe mleko „prosto od krowy” i to nastrajało mnie tak poetycko,
że wymyśliłem (jeszcze nie umiałem pisać) obrazowy wierszyk:
Wyszedł Szurek na podwórek
i zobaczył krówki dwie,
położył się między nie
i wypił caaaałe mleczko.
Po powrocie do Wilna Boksik zniknął. Mama uznała, że wrócił do swego dawnego domu.
młoda Koera
Dr. Kucharski za jedną z pomyślnie przeprowadzonych operacji jako dowód wdzięczności dostał w prezencie szczeniaka - bokserkę. Nie mając warunków u siebie, Irma przyniosła ją do nas. Była to mała beżowa kulka, rozkraczająca się niezdarnie na śliskiej posadzce. Piszczała i sikała w miejscach najbardziej nieodpowiednich, a my domownicy, a szczególnie Mania mieliśmy dodatkową robotę biegając za nią ze ścierką. Mama i Irma zdecydowały nazwać ją Koera, po fińsku po prostu pies. Dorastająca Kśra była przemiłym towarzyszem naszych zabaw. W miarę jej dorastania poznawaliśmy prawdziwy charakter naszego psa. Wśród całej rodziny szanowała przede wszystkim Mańkę, potem Mamę, a dopiero potem nas. Nie znosiła przemocy ani podniesionego głosu, Była jednak bardzo posłuszna. Kiedy ktoś do nas przyszedł, a przerażały go wystające kły Koery, wystarczyło poprosić, ale łagodnym głosem, żeby poszła do Mani i Kśra wychodziła, chociaż zdawała się pytać, dlaczego. Kiedy nawet w żartach popychaliśmy się nawzajem, Koera rozdzielała nas tym razem już szczerząc zęby. Czasem, jak to bywa u bokserów, po ziewnięciu nie mogła zamknąć pyska, wtedy Mańka coś jej w pysku naciskała i było po kłopocie. Kiedy Mama, pijąc poobiednią kawę “na prikusku” chciała porozmawiać z Manią, zwracała się do Koery, ta szła do kuchni, dawała Mani znać łapą, wracała do Mamy, za co dostawała ulubiony kawałek cukru. Kiedy Koera opuszczała nagle pokój, wiadomo było, że zepsuła powietrze. Był to rezultat „szkoły” Mamy, która na takie zachowanie mówiła „Fu, fu Koera, kak ty możesz”. Kśra kochała słońce. Po południu jej ulubionym miejscem był narożnik kuchennych schodów.
Oprócz opalania się, z tego miejsca mogła obserwować również co się dzieje na podwórzu. Interesowały ją szczególnie koty, które przebiegały przez nasze podwórze na sąsiednie. Goniła je, ale zawsze bez powodzenia. Było to w okresie, kiedy miałem już własną „furynę”, którą trzymałem w budzie na podwórzu. Mały Gapka Barenbaum rzucał kamieniami w moje chodzące po ziemi gołębie. Obserwująca podwórze Kśra, pobiegła za uciekającym chłopcem, przewróciła go i stała nad nim dopóki, nie uwolniła Gapki Mańka. Legowisko Kśry było w kuchni, a Mania pod piecem kuchennym hodowała kurczęta (był to wyraz jej tęsknoty za wsią). Spod pieca wychodziła kwoka, a za nią stado piszczących kurcząt. Wtedy Mańka groziła palcem Kśrze, powtarzając donośnym głosem: „to nasze, to nasze”. Pamiętam tę rozpaczliwą scenę, kiedy kura z kurczętami idąc do drzwi wyjściowych przekraczała pościel Kśry, a ta siedząc tuż obok, skowyczała odwracając głowę do ściany, bo nie ufała sobie, kiedy widziała taką profanację.
Pewnego razu słysząc dzwonek, otworzyłem drwi. Był to listonosz, za nim Kśra, która przemknęła do mieszkania. Po chwili w jadalni dał się słyszeć łomot przewracanych krzeseł. Dwie Kśry gryzły się przetaczając się od jednego końca pokoju do drugiego. Ze strachu wskoczyliśmy na stół. Ktoś z nas próbował polewać walczące psy wodą z karafki. Na szczęście Mańka wypadła z kuchni, rozpoznała w tym kłębowisku prawdziwą Kśrę, przytrzymała ją, a sobowtór zwiał przez wciąż otwarte drzwi.
Mańka czasem nieoczekiwanie musiała wyskoczyć do Polki po brakujące artykuły, zostawiając otwarte drzwi. Kśra najczęściej spała na swoim posłaniu. Kiedyś po powrocie ze sklepu Mańka zastała siedzącego nieruchomo na krześle, bladego listonosza. Pies wpuścił go, pozwolił położyć listy na stole, ale nie pozwolił wyjść. Zima była dla Kśry trudnym okresem. Wychodząc na dwór przeziębiała uszy i łapy, które w następstwie ropiały. Tylko Mańce pozwalała dokonywać zalecanego przez lekarza, bolesnego dla niej zabiegu smarowania chorych miejsc. Leżała wtedy spokojnie i tylko cicho popiskiwała.
czasy gimnazjum Zygmunta Augusta
Z gimnazjum Czackiego trafiłem do drugiej klasy u Zygmunta Augusta. Usiadłem w środkowym rzędzie, mniej więcej w środku klasy wiedząc, że to miejsce jest stosunkowo mało obserwowane przez pedagogów. Ich uwaga ze zrozumiałych względów kierowana była głównie na tylne ławki, no bo pierwsze zawsze i tak wiedziały wszystko bardzo dobrze, a rzadko zdarzał się taki „pokerzysta”, który liczył na zainteresowanie nauczyciela wyłącznie „ariergardą”. Ja głowę miałem zaprzątniętą różnymi sprawami, tylko nie nauką. Moim sąsiadem był bardzo dobry uczeń, Andrzej Gąsiewicz. Zasób wiedzy z Czackiego, trochę szczęścia i sprytu w odpowiedziach, „ściąganie” klasówek od sąsiada w czasie pierwszego tu roku szkolnego, nie pozwoliły zdemaskować mojej ignorancji i jako dobry uczeń przeszedłem do kl. III-ciej. Ten sukces upewnił mnie, że taka metoda traktowania szkolnych spraw jest skuteczna. Zacząłem więc stosować ją w kl.III-ciej, ale zasób wiedzy z Czackiego przestał być wystarczający. Brakowało mi podstaw - nie mogłem połapać się w nowym materiale. Szczęście coraz bardziej zaczynało mnie opuszczać. Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Na wywiadówce pedagodzy mówili p. Lidzie, że nie rozumieją, co się ze mną stało. A mnie poza brakami w nauce, coraz bardziej nie dawała spokoju myśl o tej cudownej twarzy, którą zobaczyłem kiedyś w autobusie. Wiedziałem już, że jest to Ela Nowicka, że mieszka na Sołtaniszkach i że jest mnóstwo takich zachwyconych nią jak ja, a na dobitkę pewien dość przygodnie poznany chłopak powiedział mi, że jest narzeczonym Nory (tak ją nazywał).
Pamiętam tę moją bezradność w czasie lekcji, to kłopotliwe pełne napięcia oczekiwanie na dzwonek, żeby po dziesięciu minutach przerwy znów „drżeć”. Pamiętam na przykład przenikliwy, groźny wzrok matematyka prof. Domaradzkiego w czasie klasówek. Stojąc na podeście w szerokim rozkroku, kiwając się na boki z założonymi z tyłu rękami, wypatrywał uważnie potencjalnych „przestępców”. Kiedy próbowałem zapuścić żurawia do zeszytu sąsiada, byłem pewny, że usłyszę :Hansen, nie zaglądaj! Byłem niezły, a nawet b. dobry z takich przedmiotów, jak gimnastyka, prace ręczne, rysunek, a nawet biologia, ponieważ te pierwsze były mi wrodzone, nie musiałem się ich uczyć, a biologię po prostu bardzo lubiłem.
W tym czasie największym dla mnie problemem była łacina. Prof. Kiprian, nasz łacinnik, miał moim zdaniem fatalną metodę nauczania. Pytał nas niesłychanie rzadko w ciągu roku lub wcale. Dlatego dla takich jak ja, niechętnych nauce, było to, jak się okazało, zabójcze. Pod koniec roku profesor wezwał mnie do katedry i prosił, żebym tłumaczył. Otworzyłem książkę, w której miałem „bryk” i zacząłem „tłumaczyć”. Niestety, fragment z „bryku” nie odpowiadał fragmentowi z książki. Profesor poprosił mnie o książkę i kazał wrócić na miejsce. Tak zostałem na drugi rok w trzeciej klasie z ośmioma dwójami. Nie było ważne, że nie zasłużyłem na połowę (dodano je w celach dydaktycznych), natomiast istotne jest to, że zdałem sobie sprawę, że mój dotychczasowy system nauki nie stwarza mi żadnych perspektyw (ciekawe, że najlepiej zachowałem w pamięci profesorów i kolegów właśnie z tego powtarzanego roku).
Przyszła mi z pomocą oczywiście Mama, która po pierwsze - podpisała ze mną cyrograf dotyczący warunku hodowania gołębi i królików (o czym poniżej), a po drugie - zaangażowała pomoc w dwóch moich najsłabszych punktach: w łacinie i matematyce. Zwróciła się o pomoc do łacinnika, prof. Nowowiejskiego z gimnazjum Adama Mickiewicza (brata Feliksa Nowowiejskiego). Był to niski, szczupły, miły pan ze szpiczastą bródką. Miał opinię znakomitości w swojej dziedzinie. Nie wiem, ile to Mamę kosztowało, ale efekty były. Nawet polubiłem łacinę. Miał w tym swój udział również mój nowy łacinnik w szkole, prof. Burczyk, który stosował krańcowo inną niż Kiprian metodę. Pytał nieomal codziennie. Za jedną odpowiedź można było dostać aż cztery oceny: za czytanie (c), za słówka (s), za tłumaczenie (t) i za gramatykę (g). Rozpoczynając naukę z prof. Nowowiejskim od podstaw (bo rzeczywiście nie umiałem nic), największe trudności miałem z gramatyką. Słówek, czytania i tłumaczenia udawało mi się nauczyć. Miałem frajdę z uczenia się, bo wiedziałem, że nie uczę się na darmo - Burczyk pytał mnie na każdej lekcji, a zdarzało się, że i dwa razy. Z satysfakcją notowałem postęp: jednego dnia -4c, 3t, 2g, drugiego -5c, 4s, 4t, 3g. Nabierałem pewności, że wybrnę, tym bardziej że Burczyk kiedy zorientował się, że mam największe problemy z gramatyką, często darowywał mi to g. Był fantastycznym pedagogiem i mimo że ostry i wymagający, był przez wszystkich lubiany. Poza wymaganiami w nauce, pilnował on z całą ostrością, często stojąc przy wejściu do szkoły, noszenia krawatów wyłącznie mundurowych, oraz przyszytych na ramieniu tarcz z numerem naszego gimnazjum, jak również potrafił wpaść do ustępu sprawdzić czy ktoś z nas nie pali.
Trzeba nadmienić, że stropy tych pomieszczeń były często „manifestacyjnie” upstrzone petami. „Specjalista” rozgryzał ustnik, zginał do kąta prostego i „pstrykiem” przyklejał na stropie. Bywało i tak: profesor pełniąc dyżur w czasie przerwy w jednym końcu korytarza dostrzegłszy ”przestępcę” - np. bez krawata na drugim końcu korytarza, potrafił rzucić się w pościg. Czasem dopadł biedaka bez krawata, a najczęściej z krawatem, bo uciekinier zdążył go założyć w czasie ucieczki. Niektórzy robili to dla „draki”.
Moją Achillesową piętę matematyczną osłaniał Borys Odlewski, białoruski student matematyki (przygotowywał do matury z tego przedmiotu również Bubę). Pamiętam tę okrągłą twarz, okrągłe okulary w drucianej oprawce zsuwające się wiecznie z nosa, które bez przerwy cofał wskazującym palcem. Myślę, że bardzo zależało mu na tych lekcjach. Wskazywała na to jego wielka gorliwość i punktualność, a także przesadnie staranna polszczyzna. „Wkurzało” mnie to początkowo. Z czasem przyzwyczaiłem się i nawet go polubiłem, tak jak to zwykle najpierw szokuje nas to, co dziwne i obce, a potem gdy się przyzwyczaimy, z czasem nam tego brak (tak początkowo szokował mnie, a potem było mi brak śmiechu w paryskim metrze czy zawodzenia kobiet na ulicach Izmiru czy Istambułu i wydawało mi się, że ten brak był odczuwany tym silniej, im większy był pierwotny, ujemny stres).
Prof. Odlewski odwiedził mnie po wojnie w mieszkaniu na Sędziowskiej w Warszawie. Przyjechał z Mińska na zjazd matematyków w Krakowie. Fizycznie prawie nie zmienił się, natomiast wyrazowo zmieniły go okulary w czarnej, grubej oprawie. Przywiózł dla Zosi „duchi”. Tym razem wiało od niego smutkiem.
Zapomniałem napisać, że prof. Domaradzkiego z matematyki zastąpił w nowej klasie prof. Sokołowski, którego osobowość nie wryła mi się w pamięć.
Innym pedagogiem, którego pamiętam, był polonista, ksiądz Marcinkowski -„Czarny”. Pamiętam go głównie z racji wyraźnego dysonansu między jego duchownym powołaniem a jego wyjątkową powierzchownością. Twarz o ciemnej karnacji, kruczych włosach, ciemnych przymrużonych oczach, szczególny ubiór i ruchy, wszystko to sprawiało, że był postacią niezwykle wyrazistą na tle pedagogicznej szarzyzny. Czerń sutanny podkreślała śnieżna biel mankietów i koloratki ukazującej się z lekko rozpiętego kołnierzyka. Spod prawie krynolinowego dołu sutanny, zdopingowanego przesadnie obcisłym torsem, porażały blaskiem czarne lakierki, ukazujące się w energicznym marszu przez szkolne korytarze.
Sylwetka wyraźnie odchylona do tyłu, ręce w kieszeniach, zdecydowane ruchy, wszystko to składało się na postać skrajnie wyróżniającą się i tajemniczą. Ta wystudiowana monumentalność, świadoma super elegancja budziły w nas pytania: dlaczego? i to ksiądz? po co? Często wydawało się, że „Czarnego” coś wewnętrznie rozpiera, że może lada moment wybuchnąć, że coś się może stać, coś wyjaśnić. Potem dowiedziałem się, że został księdzem nie z powołania, ale z woli matki, która przeznaczyła go Bogu.
Byłem mało oczytany i do dyskusji na szersze tematy prowadzone w klasie nie byłem przygotowany. Chcąc się ratować, zapamiętywałem fragment o treści na tyle ogólnej, że mógł pasować do różnych sytuacji i odpowiednio nim żonglując jakoś dawałem sobie radę. Własna twórczość, czyli wypracowania i klasówki, przychodziły mi jeszcze łatwiej. Wszędzie tam, gdzie nie wymagało ode mnie „kucia”, jakoś to szło. Poza tym u „Czarnego” miałem przez pewien czas opinię osoby bardzo uduchowionej. Dowiedziałem się o tym od Mamy. Otóż na pewnej wywiadówce, na którą wyjątkowo wybrała się Mama (trudności językowe, zwykle ten obowiązek należał do p. Lidy, korepetytorki), „Czarny” skarżył się na moje rusycyzmy, a następnie mówił o moim uduchowieniu, modlitewnym wpatrywaniu się przez okno w niebo. Kiedy Mama opowiadała mi o tym z uśmiechem, wiedziałem, że właściwie oceniła moje zachowanie - wiedziała, że wypatrywałem na niebie „cudzego”, ale nie komentowała. Patrzenie w niebo to odruch „gałubiatników”, którzy poszukiwali w ten sposób zbłąkanych gołębi, żeby je złapać i otrzymać „wykupne”.
Ze smutkiem wspominam prof. Skórko z geografii. Po pierwsze dlatego, że jeden z uczniów popełnił samobójstwo podobno z jego powodu, a po drugie dlatego, że jako wyraz antypatii (może nie w pełni uzasadnionej) w czasie szkolnej wycieczki statkiem po Wilii nasikano mu do termosu.
Nauczyciela języka francuskiego, prof. Ermana lubiłem bardzo, może dlatego, że dzięki wytrwałości naszej domowej madame, nie miałem z tym językiem specjalnych kłopotów. Lubiłem żywiołowość i humor profesora, chociaż współczułem kolegom, np. flegmatycznemu Sławkowi Machnowskiemu, któremu Erman wybijał na głowie metalowym końcem versatila rytm francuskiej piosenki : „Les soldats ont la bas endormi sur la plaine…”, chcąc w ten fizyczny sposób utrwalić ducha utworu.
A mnie na duchu podtrzymywali przede wszystkim mgr Korta, nauczyciel gimnastyki, który wystawiał mnie jako reprezentanta szkoły na zawodach narciarskich, „przymrużał oczy” na moje przynależenie do AZS-u, gdzie trenowałem boks, i prof. Budzyński „£ysy”, nauczyciel rysunku i robót ręcznych, u którego miałem wyłącznie piątki.
kłopoty wieku dojrzewania
Gdy miałem około 15 lat, zaczęły się moje niepokoje wieku dojrzewania. Utrudniało mi to bardzo koncentrację w nauce. Mój ideał nawet mnie nie zauważał. Chodzić do burdelu, mimo namów niektórych kolegów z ulicy nie chciałem, szczególnie po opowiadaniach bywalców. Różne były sytuacje, w których dawałem wyraz moich zainteresowań płcią odmienną. Np. przychodziła, rzekomo do Mamy, (a w rzeczywistości chciała zobaczyć się z Arwidem, moim starszym bratem) nasza nadzwyczaj „seksowna” sąsiadka, p. Irena, a kiedy Arwida nie było, ja korzystałem z sytuacji, nastawiałem patefon i zapraszałem ją do tańca. Zachowanie się partnerki, jej ubiór i zapach perfum powodował w nocy erotyczne sny i ślady na prześcieradle. Albo, nasi sąsiedzi mieli brzydką, kudłatą, ale młodą i pulchną pokojówkę. Wieczorem, kiedy młodzież rozrabiała na podwórzu, siedziałem z nią na ich kuchennych schodkach, a ona pozwalała mi na przytulanki. Albo nasza p. Lida, w której już od pamiętnych wakacji zobaczyłem kobietę, nosiła czasem zieloną bluzkę z czegoś w rodzaju siatki, która eksponowała jej urodziwe piersi. W czasie odrabiania lekcji mowy nie było o skupieniu się.
Kontrast między wychowaniem w domu a ulicą powodował u mnie głęboki stres. Z jednej strony Mama i jej nieustająca ekspiacja za rzekomy grzech popełniony przecież z głębokiej, czystej miłości, jej prawdziwie ekstatyczna religijność, co widzieliśmy na co dzień, i rozumieliśmy ją, z drugiej strony ulicznicy, którym byłem przecież i ja, w wulgarnych słowach dzielący się swoimi seksualnymi doświadczeniami.
Przeżyłem sprawdzian mojej wrażliwości, kiedy namówiony przez kolegów wybrałem się z nimi do „przybytku rozkoszy”. Zajrzałem poprzez ramiona towarzyszy do wnętrza, zobaczyłem nagie nieapetyczne ciała w obskurnym wnętrzu, jak nieświeże mięso na brudnym straganie. Zrobiło mi się przykro, żal mi było tych kobiet, poczułem wstyd za siebie i zwiałem sprzed drzwi.
... i rozwiązanie - sport
Na szczęście znalazło się klasyczne, wręcz podręcznikowe rozwiązanie. Zacząłem uprawiać boks w AZS-się, a co ważniejsze, przystąpiłem do szkolnego klubu sportowego „Wiktorianka”, którego twórcą i duszą był Staś Klus.
Grałem w drużynie piłki nożnej, ustawiony przez Stasia na pozycji bramkarza (miło mi, że do dziś koledzy z klasy wspominają moje występy). Chociaż wmawiano mi, że jestem na tej pozycji niezastąpiony, pozostały mi w pamięci marzenia o grze na skrzydle. Równie ważne jak piłka, były w naszym klubie szachy. Byłem jednym z najsłabszych, miałem więc szansę wiele się nauczyć. Klub wspominam dziś z wielką sympatią, inaczej niż naszą klasę. Główna w tym zasługa Stasia, który mimo, że był kapitanem, nigdy nie dominował, a był, jakbym to dziś określił, „tłem” dla kolegów. Dlatego tak dobrze pamiętam sylwetki każdego z nich, czy to na boisku, czy przy szachownicy. Genialność programu Stasiowej „Wiktorianki” polegała na jej realności i skuteczności, na rozwoju ciała i intelektu. W ten sposób, w ramach klubu, mieli interes spotkać się i tacy jak ja i tacy jak Jurek Pilecki, jeden z prymusów w klasie, „noga” na gimnastyce. On mógł z nami pobiegać przy piłce, ja mogłem pogłowić się przy szachach.
szachy
Staś rozgrywał z nami, słabszymi „simultany”. Uczył nas. Wyglądało to tak: leżał na łóżku (odbywało się to u niego w domu) z zamkniętymi oczami i dyktował każdemu z nas swoje ruchy, a my przegrywaliśmy kolejno, patrząc na nasze szachownice, mimo że Staś nie był najlepszym szachistą w klubie. Tuzami byli Miecio Janas, Czesio Wesołowski i Jurek Pilecki.
Po powrocie z partyzantki uczestniczyłem w dwóch akcjach AK, w których z „Wiktorianki” brali jeszcze udział Staś i Jurek Leszczyński. Póżniej dowiedziałem się, że Staś został aresztowany przez Sowietów, zesłany do łagru i zamordowany przez współwięźniów za rygorystyczne przestrzeganie uczciwości, przy rozdziale chleba.
Wracając do czasów klubu, przeżyłem kiedyś komiczną przygodę szachową. Zagrałem partię szachów z Czesiem Wesołowskim. Czesio był wybitnym szachistą nie tylko klasowym, ale także w grupie „zawodowców” w mieście. Grał w każdej wolnej chwili. Nie znosił przestojów. Kiedyś z braku godnego partnera, zaproponował partyjkę mnie. Ociągałem się, bo wiedziałem, że nie mam szans. Czesio nalegał. Zgodziłem się, wiedząc, że przegram, ale czegoś się nauczę. Umiałem wtedy partię „włoską”, którą rozpocząłem ... i po paru ruchach dałem Czesiowi szewskiego mata. Zbladł, nie wierzył własnym oczom. Ja maskując zdumienie, wstałem, podziękowałem i zaleciłem mu dalszą pracę nad sobą, żebyśmy w przyszłości mogli pograć trochę dłużej. Prosił mnie o natychmiastowy rewanż. Odmówiłem, zalecając, żeby jeszcze potrenował. Miałem cholerną satysfakcję z lekcji, jaką mu dałem: zlekceważyłeś słabeusza i dostałeś w d.... Była kupa śmiechu w klubie, szczególnie, że Czesio traktował grę bardzo poważnie. Kiedy spotkaliśmy się przy szachownicy po raz drugi, wynik był jednoznaczny i natychmiastowy.
Z takimi jak ja i lepszymi Czesio wygrywał na ślepo z kilkunastoma naraz. Gdy spotkaliśmy się po latach, Czesio nie pamiętał tego zdarzenia – taką miał selektywną pamięć.
podpisanie cyrografu
W pokonywaniu trudności szkolnych i ożywieniu mego zainteresowania nauką pomógł mi podpisany przez Mamę dokument już wspomniany, który uzależniał pozwolenie mi na hodowanie gołębi i królików od zdania do czwartej klasy. Dokument ten upiększony moim rysunkiem gołębia i potwierdzony podpisami Mamy i moim przechowywałem pieczołowicie i zaglądałem do niego w chwilach szkolnych słabości. Ten zastosowany przez Mamę system „marchewkowy” okazał się skuteczny.
szkoła szybowcowa w Auksztagirach
W nagrodę za ukończenie trzeciej klasy, Mama wyraziła zgodę na kurs szybowcowy w Auksztagirach pod Wilnem, na który namówił mnie mój dobry kolega Leon Wyżykowski. Na kurs spóźniłem się, i tak ominęła mnie „szubienica”. Nauka szybowania - ruszania drążkiem sterowniczym i pedałami na zawieszonym na linie szybowcu. Zacząłem na szybowcu „wrona” od razu od skoków po 5-10 sekund w powietrzu. „Wrona”, to świszczące „krzesło ze skrzydłami” - bez obudowy.
Szło mi nieźle. Instruktor szybko przesadził mnie na „czajkę”, która w stosunku do „wrony” wydawała się komfortowa. Cicha, bardziej nośna, znacznie wolniejsza, stąd wolniej reagująca na stery. Latało mi się b. miło - to cudowne uczucie lecieć w ciszy i patrzeć w dół jak ptak na drzewa, pasące się krowy... Pewnej niedzieli, podczas pokazowych lotów dla przybyłych w odwiedziny rodzin, przyszła kolej i na mnie. Zabrakło „czajki”. Wolna była „wrona”. Instruktor podyktował mi zadanie - skręt w lewo, potem skręt w prawo i lądowanie pod stok. Poleciałem - skręt w lewo, skręt w prawo i zaryłem płozą w ziemi. Cholera! Po chwili wylądował obok instruktor - co z tobą Hansen? Zmiana szybowca, zbyt duża pewność siebie, brak wyobraźni ... i kraksa. „Wrona” miała znacznie szybsze opadanie niż „czajka, do której już zdążyłem się przyzwyczaić. Zrobiłem za głęboki skręt w lewo i nie starczyło wysokości na wykonanie skrętu w prawo.
Oprócz latania, chuliganiliśmy nie zawsze fair. Brzydkim kawałem było wpuszczenie żaby pod koc kolegi Ozimka, wspaniałego szybownika, który panicznie bał się tego stworzenia. Innym psikusem było odwiedzanie niemal co wieczór, kuchennej piwnicy przez okienko, w celu zdobycia paru butelek piwa, deserów, słodyczy itp. Głównym inicjatorem tych wypraw był brat żony kierownika kursu inż. Szydłowskiego, wspomniany już przeze mnie Leon. I tak, pewnego razu, spuszczając się z okienka do piwnicy pogrążył stopy w kisielu. Na drugi dzień, nie mieliśmy ochoty na deser.
Erik
Po zdaniu małej matury zdał do szkoły morskiej w Gdyni. Opowiadał, że nie umiał rozwiązać zadania z matematyki. Zamiast rozwiązania napisał, tak przekonywująco, jak bardzo mu zazleży na dostaniu się do szkoły że zdał. Zawsze był dobry w pisaniu wypracowań. Nikt z nas (poza Romkiem) nie miał wielkich osiągnięć w szkole, tym większa była radość w domu z jego sukcesu. Zazdrościliśmy mu bycia matrosem. Wtedy brzmiało to bardzo dumnie. Po pewnym okresie pobytu w szkole, a był to okres sprawdzianów i przygotowań do podróży dookoła świata na Darze Pomorza, Erik zawitał w domu. Cała „parafia” dumna była z kumpla - prawdziwego marynarza. Dotykaliśmy z podziwem jego stwardniałych od wioseł i lin dłoni, słuchaliśmy opowiadań i czuliśmy się współuczestnikami jego przeżyć. Potem dostawaliśmy od niego listy z kolejnych portów, do których zawijał Dar Pomorza. Szczególnie oczekiwała na nie Mama, która dzięki tej korespondencji dowiadywała się o portach do których Dar będzie zawijał, i mogła wysyłać kolejne „zasiłki finansowe” na „poste restante”.
Arwid
Z perspektywy lat dzielących naszą młodość od dnia dzisiejszego, przez pryzmat osiągnięć i postaw Arwida wobec rodziny, przyjaciół i podopiecznych – pacjentów, jego dwudziestoletnia młodzieńczość jest dla mnie trudna do zrozumienia. To samo zresztą odnosi się do Buby, chyba najmniej do Karin i Romana. Nas trzech bardzo zmieniło to, co zdarzyło się od tamtych wileńskich lat dzieciństwa i młodości. W latach 1937 - 1939 było nas w domu sześcioro: Mama, Karin, Arvid, Runar, Mańka i ja. Buba był w korpusie, potem w sanatorium w Zakopanym, Erik w szkole morskiej, potem na Darze Pomorza. Do nieobecności Buby przyzwyczaiłem się, natomiast bardzo odczuwałem nieobecność Erika. Czułem się odpowiedzialny za rodzinę. Miałem 15 lat, byłem chłopcem, Arvid był mężczyzną i żył życiem mężczyzny i jakby poza domem. Był przy tym nerwowy i nieprawdopodobnie ambitny. Jego mordercze treningi narciarskie (był raczej drobny i b. szczupły), terroryzowany przez niego dom w czasie przygotowań do zawodów - czy to była ambicja sportowca, czy chęć przypodobania się tej (jednej z tych wielu), która mogła być na mecie?
Ten terror to między innymi dyktowana w domu przez niego dieta, posiłki o precyzyjnie wyznaczonym czasie, zlecanie wykonywania specjalnego sprzętu: przerabianie fińskich nart Ojca na biegówki, wykonywanie butów biegowych wg. ścisłych wskazówek Arwida, szycie specjalnych strojów – może tę pasję odziedziczył po Appelsinie? Mama w tym okresie budowała dom na Portowej i wciąż miała trudności z pieniędzmi i mimo, że chciała zawsze zaspokoić potrzeby Arwida, zdarzało się, że musiała mu odmówić. Wtedy rozwścieczony Arwid potrafił kopnąć leżącą na drodze Koerę czy wybić ząb Mańce. (Pamiętam, że mimo wręcz rodzinnych relacji z poszkodowaną skończyło to się wstawieniem jej złotego zęba i kupieniem maszyny do szycia). Potrzeby finansowe Arvida były związane nie tylko z ambicjami sportowymi, ale także z jego „gonitwą” za spódniczkami. Wiem, że jedną z jego „namiętności” była Janina Romanówna z teatru „Lutnia”, która nie wiem, czy była świadoma, że ma takiego wielbiciela, który potrafił wywalić Mamie pijącej w spokoju kawę spodeczek z konfiturami na głowę za to, że odmówiła mu pieniędzy na bukiet róż.
Kulminacyjne i przełomowe zarazem było inne wydarzenie. Kiedyś wieczorem, gdy kładliśmy się spać, a Mama życzyła nam już dobrej nocy, w drzwiach sypialni pojawił się zdesperowany Arwid, który tak gwałtownie obstawał przy spełnieniu swoich żądań, że ja, „opiekun rodziny” ( przypominam, że miałem wtedy 15 lat, a Arwid 20) poczułem się w obowiązku zdecydowanej obrony Mamy. Udałem całkowicie zdesperowanego, nie panującego nad sobą, chwyciłem kubek stojący pod ręką i rzuciłem z całej siły w kierunku Arwida trafiając celowo w futrynę drzwi. Chodziło mi o wywołanie wrażenia niekontrolowanego gestu rozpaczy, że ze zdenerwowania nie trafiłem w niego, ale że jestem gotów na wszystko i że za chwilę złapię coś innego i wtedy nie spudłuję. Arwid wycofał się.
To zdarzenie wszyscy przeżyliśmy głęboko. Zakładałem, że Arwid zechce się zemścić na winowajcy swego niepowodzenia. Stąd, pokaźne kamienie nie opuszczały moich kieszeni przez dłuższy czas. Przez dłuższy czas żyłem w stresie, że przyjdzie mi walczyć z „Goliatem”. Na szczęście nie powtórzyła się scena ze Starego Testamentu. Natomiast już na Portowej Arvid znów zachował się nie tak jak trzeba w stosunku do Mamy i chorego Buby, za co tym razem dostał lanie od Erika, wspomaganego przez Romana.
Trudne dla Mamy i dla nas chwile Arwid rekompensował swymi sukcesami sportowymi. Mama była dumna, widząc swoje „nieudane” znerwicowane dziecko wśród najlepszych. Miło było słyszeć opinie znajomych, kolegów o jego wspaniałej technice, rasowym kroku fińskim, o jego zwycięstwach. Pamiętam jego udział w zwycięskim biegu indywidualnym w 1937 i w patrolowym w 1938 roku - Zułów-Wilno. Biegł wtedy z potężnie zbudowanymi kolegami z AZS-u - Pimpickim, Pieniutą, i Paszkiewiczem. Opowiadał, że pomagał im wierszyk: „wietier, wietryła nie duj nam w ryła, a duj nam w zad”, który na zmianę recytowali.
Latem Arwid grywał w tenisa na boisku Michała świackiego „świecy”, którego ojciec, dość tajemnicza postać, był podobno białogwardyjskim, a potem polskim (zdemisjonowanym) generałem, a siostra Ewa, naszą koleżanką.
W 1936 r. zimą, w Zakopanem odbywały się mistrzostwa FIS-u (Federation Internationale de Ski).
Arwid po wspomnianym biegu Zułów-Wilno wszedł do reprezentacji Polski jako rezerwowy. Oczywiście cały dom został postawiony na nogi. Dla mnie te wydarzenia były pamiętne głównie dlatego, że nasz nauczyciel gimnastyki, Korta zorganizował na te zawody wycieczkę. Żeby zobaczyć zjazd, po całonocnej podróży z całym sprzętem wspinaliśmy się na przeciwległe zbocze (nie pamiętam, gdzie ten zjazd się odbywał). Dobrze pamiętam przecinkę między drzewami, trochę jak na Strzałce na Karolinkach, w której bardzo długo wyczekiwaliśmy pierwszego narciarza. Z zainteresowaniem oglądałem tylko kilka zjazdów - długo oczekiwany pierwszy, może drugi i zjazd Christel Kranz. Z tej dalekiej odległości wszystko było podobne i dość nudne. Te parę zjazdów, które wyróżniliśmy, dla nas nie były ciekawsze, a emocje zawdzięczaliśmy tylko wyróżnionym sytuacjom w czasie - dwa pierwsze, bo nastąpiły po długim oczekiwaniu, a przejazd sławy niemieckiej poruszył nas dzięki propagandzie. Dla oglądających z tak daleka różnice stylowe i czasowe były nie do uchwycenia, zbyt małe, żeby nas podniecić.
Arwid z uwagi na swą ogromną nerwowość miał trudności w zdawaniu egzaminów. Jego wspomniany już korepetytor Zygmunt Fajks przekonał kiedyś komisję egzaminacyjną, że przeszkodą w zdawaniu nie jest u niego brak wiedzy i przytoczył postać diakona z opowiadania Czechowa. Ten diaczek nie umiejący wyksztusić ani słowa przed komisją nieświadomie zdał doskonale odpowiadając na rzekomo próbne pytania preceptora przy otwartych drzwiach, za którymi odpowiedziom przysłuchiwała się komisja. Argument pomógł, Arwid maturę zdał.
Zdecydowany studiować medycynę, żeby ulżyć finansowo Mamie próbował dostać się do Szkoły Podchorążych Sanitarnych, gdzie studia były bezpłatne. Był to bardzo wysoki próg. Oprócz zdania egzaminu, przy bardzo dużej konkurencji, należało mieć poręczenie dość wysoko postawionej osobistości. A tego rodzina nie miała. Jednym słowem Arwid nie dostał się. Może w ten sposób uniknął tragicznego losu wychowanków „Sanitarki”, jak jego kolegi z ławy szkolnej Paszkiewicza, rozstrzelanego na Łukiszkach w 1942 r., czy Bohdana Garlińskiego, brata Zosi, rozstrzelanego na Pawiaku w 1943 r.
Zaczął studiować medycynę na uniwersytecie Batorego w Wilnie.
Buba
W czasie pobytu w korpusie kadetów Buba miał ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Cierpiał na okropne bóle brzucha, ale wobec jego niepoprawnego zachowania przełożeni nie wierzyli mu, myśląc, że to symulacja. Doszło do perforacji i w stanie krytycznym zawieziono go do szpitala do Krakowa. Po bardzo spóźnionej operacji stan Buby nie poprawiał się. Mama z Irmą natychmiast pojechały do Krakowa. Odnalazły go w izolatce przykrytego prześcieradłem. Z trudnością go poznały, umierał. Na skutek natarczywych próśb Many jeden z lekarzy zaproponował, żeby w tej beznadziejnej sytuacji spróbować wlewać Bubie do ust jakieś bardzo specjalne wino. Piszę wlewać, bo sam pić już nie mógł. Buba wyzdrowiał. Wina nie pamiętał, wspominał natomiast z rozkoszą pierwszy łyk rosołu, który wypił po przejściu kryzysu. Wkrótce potem został przeniesiony do korpusu w Rawiczu. Tutaj przed maturą stanął przed komisją wojskową, która wykryła u niego gruźlicę kręgosłupa. Znalazł się w Zakopanem, gdzie położono go w odlewie z gipsu i w takiej pozycji po pewnym czasie Mama zabrała go do domu. Od razu zaczął przygotowywać się do matury (Wspominałem już, że w matematyce pomagał mu Borys Odlewski, który jak się dowiedziałem został po wojnie profesorem na uniwersytecie w Mińsku). My, rozwichrzona młodzież, podziwialiśmy Bubę za jego dyscyplinę w uczeniu się, za racjonalne zorganizowanie czasu. Trudno było zrozumieć, w jaki sposób nastąpiła ta niezwykła metamorfoza niesfornego „chuligaszki”. Najbardziej podobało nam się jego „słoneczne” usposobienie (i my stawaliśmy się radośniejsi i chyba lepsi przez kontakt z nim). Może przez tak bliski kontakt ze śmiercią zrozumiał sens życia?
Nadchodził czas matury, która ze względu na charakter choroby Buby miała się odbyć u nas w domu (Buba leżał wciąż w swoim gipsowym odlewie). Pamiętam tę przedegzaminową atmosferę - zatroskaną Mamę i podtrzymujące ją na duchu p. Lidę i p. Tomakową, naszą wspomnianą już „seksowną” sąsiadkę. Miała być cała komisja. Jak ją przyjąć, żeby nie było to zbyt zobowiązująco? Kto będzie obsługiwał? Buba, słaby matematyk wymyślił lusterkowy system ściągania. Leżąc przy oknie mógł odbierać sygnały nadawane z zewnątrz przy pomocy lusterka. Przekazywać zadania do Borysa miał Buba w czasie podawania mu kumysu, który musiał, co jakiś czas pić. O ile pamiętam, Buba zdał maturę bez potrzeby wykorzystywania jakiegokolwiek wynalazku do ściągania.
Od tego momentu zaczął się następny stopień jego edukacji - prawo na uniwersytecie im. Stefana Batorego. Był to wtedy jedyny wydział, który mógł studiować leżąc, bez chodzenia na wykłady. Egzaminy zdawał w domu.
Buba, poza uczeniem się i słuchaniem radia, robił na drutach swetry w norweskie wzory. My mogliśmy go odwiedzać tylko w określonych przez niego porach. Odwiedzało go bardzo dużo przyjaciół, a najczęściej bywał u niego Sergiusz Skórko, Białorusin, wychowawca w jednym z domów dziecka, z którym przyjaźnił się całe życie. Dla nas najciekawszym z jego gości był znany wileński malarz-mistyk, Marian Grużewski. Był to starszy, siwy, nieco otyły pan, lekko przygarbiony, o twarzy z obwisłymi policzkami, w której dominowały ogromne wypukłe oczy. Opowiadał o swojej umiejętności bycia równocześnie w dwóch miejscach. Ale na nas, największe wrażenie robiły jego portrety, których malowanie rozpoczynał, jak opowiadał, od ... ucha. Postacie były odrealnione, o ekspresyjnych twarzach i ruchach, malowane na czarnym tle bielami, błękitami, żółcieniami i fioletami. Robiły wrażenie swoją innością, niesamowitością. Sam Buba również nieźle rysował i malował. Była to chyba jakaś przypadłość rodzinna. Do tej pory zachowałem niezłe rysunki i akwarele naszego Ojca, malował jak wiadomo Erik, również Romek, który przywiózł ostatnio z Afryki, gdzie pracował jako lekarz, niezłe oleje. Ja także próbowałem i próbuję swych sił w tej materii.
Latem wynosiliśmy Bubę na słońce. Rozebrany, brązowy od opalenizny, w ciemnych okularach i białej „panamce” wygrzewał swoje chore kości. Przyglądał się moim gołębiom spacerującym po podwórzu i rozmawiał z p. Tomakową, której odwiedziny w tym wypadku były czysto przyjacielskie, chociaż Buba mimo swojej sytuacji podobał się dziewczynom bardzo.
Mama w tym czasie w spółce z mecenasem Stanisławem Bagińskim za częła budować dom na Portowej i wydatki z tym związane obniżyły nieco standard naszego życia.
nasza dzielnica i „kamanda”
Mając te kilkanaście lat znałem już dobrze naszą dzielnicę: od Dzielnej poprzez Tomasza Zana po Fabryczną, biegnącą równolegle do Wilii. Właśnie tutaj, w zakolu Wilii, pomiędzy Fabryczną a rzeką był dom „Kuleszuków” (Kuleszów). Jeden z nich, Oleś, boksował w klubie „Elektrim”. Fabryka „Elektrim” była bogatym sponsorem, dlatego ten klub gromadził najlepszych zawodników. Oleś miał kondycję i serce do walki, ale przeszkadzał mu brak techniki i trochę za krótkie ręce. Przy „młynkowaniu” sporo „obrywał”, ale był odporny na ciosy i tym zamęczał przeciwnika. Twarz miał poobijaną, podpuchniętą. Nazywano go „kulmaszyną”.Był jednak znakomitym bokserem. W walkach o mstrzostwo Polski, czy może w meczu międzyklubowym, trafił na Czortka. Podobno w tej walce Oleś wyrzucany za liny szybko powracał na ring.
Przyjacielem „Kuleszuków” był Igor Smirnow (śmiałowski - obecnie warszawski aktor). Kiedyś nasz Lopek Anforowicz sprał Smirnowa, za co dostał lanie od starszego „Kuleszuka”. Dom Kuleszów usytuowany w pobliżu rzeki, na skraju lasku, sąsiadował z terenem szpitala zakaźnego, a po drugiej stronie lasku, przy Witoldowej, znajdowało się gimnazjum czy internat litewski. Piszę o tym dlatego, że okrągłe, brązowe czapeczki litewskich uczniów, przemykających od czasu do czasu w tej okolicy, były w Wilnie do czasów wojny jedynymi śladami litewskimi, z którymi się zetknąłem.
W środku lasku było boisko siatkówki. Tutaj rozgrywaliśmy zacięte mecze. Przed rozpoczęciem gry staraliśmy podzielić się sprawiedliwie. Największe spory toczyły się o Bolka Hebrowskiego („Hebdzię”), bo był to najlepszy wystawiający. Podobno i moja postawa robiła wrażenie „soperzawodowca”. Jest tu okazja wymienić skład naszej ferajny, z której formowaliśmy drużyny: „Sęk” - Erik Hansen, „Lopek” -Stanisław Anforowicz, Edźka i Ryśka Sokołowscy, „Boluk” lub „Hebdźia” -Bolesław Hebrowski, Sławek i Zbyszek Machnowscy, „Glon” - Griszka Kandurałow, „Wowka” - Włodzimierz Paszkiewicz, Pawlik Tatarkiewicz, „Gruby” lub „Piskun” - Runar Hansen i ja „Ośka”. Czasem dobijał do nas „Dona” - legenda zwierzynieckich plaż. Nazywaliśmy go „człowiek czekolada”, „Tarzan”, „John Weissmuller”. Donary Matwiejczuk był uczniem szkoły ogrodniczej i to uprawniało go, w jego opinii, do przebywania od pierwszych ciepłych promieni słońca na plaży, zamiast w szkole. Miał ogoloną głowę, pięknie sklepiony tors i śnieżno białe slipy. Nie widywało się go z dziewczynami. Była wyraźna dysproporcja między jego wyglądem a możliwościami sportowymi (przeciwnie niż np. u Arvida).
Podobno próbował uprawiać to lub tamto, ale szybko rezygnował. Miał swoją pozycję - najpiękniejszą czekoladową sylwetkę i utrzymanie tej pozycji nie wymagało wysiłku takiego, jak trening sportowy. Gdyby ktoś z trenerów zainteresował się nim, pomógł mu zejść z tego wyimaginowanego cokołu, mógłby, przy jego warunkach fizycznych, zrobić z niego wybitnego sportowca.
Kiedy myślę o tej naszej zwierzynieckiej plaży, przypominają mi się niewybredne psikusy, do których prowokowała cudowna woda i na plaży ... dziewczyny. Do typowych zagrań należało udawanie tonięcia. Kiedy przerażone tym wypadkiem oczy wypatrywały, czy nieszczęśnik gdzieś wypłynie, wyłaniała się z wody tylko jedna albo druga goła strona dolnej części ciała - albo siusiak albo zadek. Inną zagrywką była demonstracyjna wywrotka kajaka, po której wszyscy tonęli. Jedynie kajak przewrócony dnem do góry bujał na fali, a tymczasem topielcy mieli głowy we wnętrzu odwróconego kajaka.
Zdarzało się, że podczas naszej gry w siatkówkę „Kuleszucy”, lub inni „szamrańcy”, włazili na sosny i zrzucali gniazda gawronów, czy wron, z młodymi, a nad nimi krążyli przerażeni kraczący rodzice. „£owcy” wrzucali do worków zabite lub jeszcze żyjące pisklaki. My nie reagowaliśmy. Oni byli starsi, silniejsi i mogli dać nam po mordzie, a nawet użyć noży. Tchórzyliśmy. Te ptaszki sprzedawali podobno do restauracji „Zacisze” przy ul. Mickiewicza.
Do dalszych naszych znajomych z dzielnicy należeli np. ”Wałodźka tego tego” i Miszka. Ten pierwszy był operatorem w jednym z wileńskich kin. Kiedy pośpiesznie chciał nam coś powiedzieć, jąkał się, przymrużał oczy i mówił „tego, tego….” Był jedynym opiekunem swego rodzeństwa, zawsze się spóźniał i śpieszył, sportu nie uprawiał. Lubiliśmy go za jego dojrzałość, solidność i schludność. Miszka Woronin był Rosjaninem. Tata Woronin remontował stare domy i z zyskiem sprzedawał. Obniżał koszty własne zatrudniając nieletnich. I tak wielu z nas, mając nie najgorsze warunki w domu, chętnie zarabiało jeden czy dwa złote dziennie na ściśle osobiste wydatki. Miszka pomagał ojcu angażując swoich znajomych. Dostarczał nam również silnych przeżyć wożąc nas swoim motocyklem (chyba Harleyem) z dość ryzykowną szybkością. Na tym kończyły się nasze z nim kontakty. Nie uprawiał sportu, odwiedzał burdele, co dla większości z nas było obce.
My traktowaliśmy „sportowo” zainteresowania dziewczynami. Otóż na rogu Witoldowej i Tomasza Zana, naprzeciw cerkwi było stanowisko naszej kamandy do obserwowania facetów odprowadzających dziewczyny. Chodziło o to, żeby popędzić im „kota”. Jak pokrywa studni była miejscem naszych relacji w skali ulicy, tak nasze relacje przy zbiegu tych ulic miały już skalę dzielnicową. Nasze oczekiwania, „warty”, w tym miejscu miały charakter czysto sportowy w porównaniu z innymi dzielnicami, gdzie rozróby były na serio i często kończyły się bitwami na noże. Mimo to nasza niechlubna, jak się okazało, działalność została dostrzeżona, czego dowiedzieliśmy się z artykułu w prasie. Muszę się przyznać, że z tego prasowego echa byliśmy raczej dumni, że zaistnieliśmy w skali miasta. Myślę, że potrzeba tych rozróbek wynikała z naszej transformacji z dzieci w młodzież, z budzącego się zainteresowania płcią odmienną, a więc z potrzeby sprawdzenia odwagi, czegoś w rodzaju rycerskości, i chyba tylko to, bo w większości wypadków chodziło o dziewczęta, których nie znaliśmy. Jednak każdy z nas miał szczególnie wyostrzoną uwagę, jeżeli dotyczyło to dziewczyny kogoś z naszej „parafii”. Wiedzieliśmy o sobie niemal wszystko, tak że pojawienie się Elki, mego ideału, z jakimś obcym gościem było starannie śledzone. Kiedyś odrabiając lekcje (pod nadzorem p. Lidy), usłyszałem przez uchylone okno, że „moja” Ela idzie z kinś obcym na Karolinki. Zanim udało mi się umknąć p. Lidzie i przybyć na miejsce akcji, kumple popędzili już kawalera. Zdarzyło się kiedyś i tak, że nasi chłopcy wpuścili paru obcych Witoldową aż do Dzielnej i tam mieli dać im łupnia. Kiedy zbliżyli się do przechodzących par, tamci wyciągnęli noże. Moi kumple, jak opowiadali, uciekali jak zające. Po tym zdarzeniu były próby konstruowania różnego typu broni do rażenia na odległość, jakieś linki zakończone kulką czy proce, ale nie mieliśmy okazji do ich wypróbowania. Celował w tych konstrukcjach Ryśka Sokołowski, nasz najsilniejszy, który wyrabiał mięśnie dźwigając tusze wołowe, bo był pomocnikiem w rzeźni.
Witoldowa na odcinku od Zana do Moniuszki była naszymi Champs-Elysées. Tutaj koncentrowała się większość usług dla mieszkańców naszej dzielnicy, tu na deptaku po obu stronach spotykało się bliższych i dalszych znajomych. Poczynając od Zana: stała tutaj cerkiew, którą w święta odwiedzała nasza Mama, zabierając czasem któreś z nas. Pamiętam do dziś bogate, pozłacane wnętrze, stroje duchownych, zapach kadzideł i smak białych postnych chlebków przynoszonych z cerkwi w czasie Wielkanocy.
Cerkiew witała mnie codziennie, kiedy pieszo wracałem ze szkoły. Widziana z mostu Zwierzynieckiego dominowała nad szeroką, zieloną lizjerą Zwierzyńca, a złote obłe bryły kopuł wiązały przestrzeń nieba z naszą dzielnicą. Panorama Sacré-Cśur nie miałaby szans w porównaniu z tym widokiem. Idąc przez most zatrzymywałem się na jego środku i gapiłem na przepływającą wodę w nadziei wypatrzenia ryby, na łódkę rybaka na środku rzeki i na jej nurt znikający za zabudowaniami Tartaków. Pewnego razu, a było to zimą i po rzece płynęła kra, zobaczyłem człowieka w wielkim kożuchu przewalającego się przez balustradę. Był po drugiej stronie mostu. Przebiegłem na tę stronę i zobaczyłem go spływającego z nurtem wśród kry. Na moście powstał zgiełk. Ludzie zgromadzili się wzdłuż balustrady. W tej chwili zobaczyłem na brzegu rozbierającego się wojskowego, który w białej bieliźnie rzucił się do wody. Omijającemu kry ratownikowi towarzyszyły gromkie głosy uznania z mostowej galerii. Kiedy żołnierz znalazł się w pobliżu samobójcy, usłyszałem słowa tego ostatniego: „odpierdol się ty ...”. Zdesperowany bohater dopłynął do przeciwległego brzegu, gdzie czekała na niego pełna podziwu grupa ludzi, którzy natychmiast otulili go zdjętymi z siebie okryciami. Mężczyzna w kożuchu dopłynął sam do brzegu, niesiony nienasiąkniętym jeszcze wodą kożuchem, otrzepał się z wody jak pies i wspiął się na skarpę opodal mostu. Nie doszły mnie żadne wieści o dalszym ciągu tej historii.
Idąc do domu lewą stroną Witoldowej, mijałem duży murowany dom, w którym na parterze był zakład zegarmistrza, a na dużym szyldzie nad drzwiami informacja, że zegarmistrz jest uczniem Pawła Bure. Na rogu Sosnowej mieściła się apteka Zajączkowskiego i w tym samym domu mieszkała na piętrze „nasza” dentystka, p. Rodziewiczowa z dwoma córkami. Młodsza była moją koleżanką. W tym też domu mieszkała ładna dziewczyna, ale jej „nóżki stałbuny” wykluczały ją z pola naszych zainteresowań. Do apteki prowadziły wysokie stopnie, a na parapecie okna od strony Witoldowej stało akwarium ze złotymi rybkami. Dalej obok apteki w parterowym domu był sklep tytoniowy - trafika Kozakiewicza (ojca Mikołaja K.), jeszcze dalej był krawiec, u którego Mama szyła nam ubrania, a potem znana cukiernia Słowikowskiego.
Pani Słowikowska, kobieta „sześcian”, przyjmując do pracy nową pomoc, stawiała przed nią tacę z ciastkami i stała nad nią dopóty, dopóki ta nie zjadła wszystkiego, co na długo zapewniało bezpieczeństwo słowikowskim wyrobom. Pan Słowikowski, mistrz cukierniczy, o postawie szlachciury z sumiastym wąsem, pokazywał się w sklepie rzadko. Czasem w długim fartuchu, cukierniczym czepcu, przyprószony mąką pojawiał się w drzwiach prowadzących na zaplecze.
Syn Słowikowskich, właściciel pięknego roweru f-my Kamiński, kiedy był obserwowany, jeździł z fasonem zawodowego kolarza, przechylając się przesadnie to na jedną to na drugą stronę, jakby pokonywał wysoką i stromą górę. On i Adaś Giedryś, który był prawdziwym kolarzem, zrzeszonym w jakimś klubie (Adaś, krawiec z zawodu, po latach stał się słynnym astronomem-amatorem), czasem pojawiali się na Moniuszki, gdzie mogli liczyć na galerię zazdrosnych oczu, jadąc wolno zakolami na swych uzbrojonych w bidony rumakach pokazywali nam kolarski fason. Zbyszek Lebecki uzupełniał ten nastrój, przemykając pod naszymi klonami na swych „balonach” na Karolinki.
Wracając na Witoldową - pomiędzy cukiernią a składem aptecznym Szymańskiego, na rogu Starej, był sklep spożywczy sióstr Kinkulkin, a po drugiej stronie Starej kiosk z gazetami, w którym sprzedawała b. sympatyczna dziewczyna. Szukałem okazji, żeby z nią porozmawiać, ale nie bardzo mi to wychodziło. W tle za kioskiem był piętrowy drewniany, zielony dom z rzucającą się w oczy wieżyczką. Po drugiej stronie Witoldowej sklep z materiałami piśmiennymi Wojciechowskiej. To tu dzielnica zaopatrywała się w zeszyty, stalówki, kredki, gwiazdki, główki aniołków, srebrne łańcuchy na choinkę. Wchodząc do sklepu uruchamiało się dzwonek nad drzwiami i za ladą pojawiała się bardzo schludna i „zimna” pani Wojciechowska.
Na rogu Miłej i Dzielnej mieszkał mój od przedszkola aż do teraz kumpel, wspomniany już Zbynio Lebecki. Jego ojciec, inżynier, był inspektorem kotłów parowych. Dla dzieci był bardzo surowy, za to matka Zbyszka promieniowała ciepłem. Zbyszek miał dwoje młodszego rodzeństwa: brata Janka i siostrę Krysię i jeszcze dziadka, którego pamiętam, jak podszczypywał pracujące u nich służące.
Zbyszek ze swą nieco zdeformowaną stopą dzielnie jeździł na rowerze i na nartach, a jako dorosły uprawia szybownictwo (teraz w Stanach). Był doskonałym uczniem. Wtedy jego główną pasją było budowanie modeli redukcyjnych statków i okrętów, które wykonywał z drewna z absurdalną dokładnością; do montażu używał śrubek czy gwoździ w skali modelu, starannie wykańczał wnętrza, mimo że potem nie można było do nich zajrzeć. Modelami miał zastawioną całą podłogę swego pokoju. Taki był Bynio.
Na Dzielnej mieszkał również Wowka Paszkiewicz z bardzo przystojną siostrą i matką. Ta siostra była sympatią Igora, „króla jednego nokautu”, boksera, któremu zdarzyło się raz znokautować przeciwnika, bo poza tym bokser był z niego słaby.
Paszkiewiczowie, Rosjanie z pochodzenia, chowali w swoim przydomowym ogrodzie jelonka, tak agresywnego, że atakował wszystkich przechodzących, wbijając się rogami w siatkę ogrodzenia, a Wowka, żeby wejść do domu, musiał oganiać się grubym kijem. Jelonek odróżniał płeć - atakował tylko mężczyzn. Oddano go do szpitala dla psychicznie chorych na Antokolu, gdzie były duże otwarte tereny.
Griszka Kandurałow mieszkał obok Jasia Pietraszki na Starej, niedaleko Pawlika Tatarkowskiego, rachitycznego ale „za to” gitarzysty. Obaj, Jasio i Griszka, rzucali dyskiem, a Griszka dodatkowo trenował podnoszenie ciężarów. Przy końcu Dzielnej, nie dochodząc do Młynka, gdzie po prawej stronie rozciągały się sady Zabłockiego i Pimonowa gdzie Buba z kumplami kradł jabłka, (a Zabłocki, to potomek tego od przysłowia „wyszedł jak Zabłocki na mydle”, któremu rozpuściło się ono w czasie wodnego transportu), po lewej stał nowo wybudowany z bali piętrowy dom, którego właścicielem był ksiądz. Dom stał na skarpie Wilii, a z jego okien roztaczał się rozległy widok po przez drewniany most strategiczny niemal po £ysą Górę (u wylotu mostu od strony „Zakretu” mieszkał ze swym bratem wspomniany już Zygmunt Fajks, korepetytor Arvida i Runara). W domu księdza na piętrze mieszkała rodzina Machnowskich, którym można było pozazdrościć widoków z okien i balkonu. Dalej na końcu Dzielnej, po minięciu stawku z prawej strony z pamiętnymi koluszkami, drogi rozchodziły się. Ta z lewej, tuż za drewnianą przybudówką młyna, za którą biegał wielki pies szczerzący zęby, prowadziła stromo w dół, aż do rzeki. Pomiędzy tymi dwoma drogami wznosiło się niewielkie wzgórze, porośnięte wysokim sosnowym lasem. Tu stał dom drewniany, w rosyjskim dekoracyjnym stylu i mieszkały w nim dwie rosyjskie rodziny (z synem jednej z nich , Argamakowem, zremisowałem podczas bokserskiego meczu AZS kontra WKS-śmigły). Druga zaś rodzina (nazwiska nie pamiętam) miała syna, który uczył się śpiewu, a miał tak potężny bas-baryton, że jak głosiła fama, gdy śpiewał, wylatywały szyby z okien.
zdałem do IV-tej klasy - króliki i gołębie
Przejście do IV-tej klasy otworzyło przede mną szansę spełnienia moich niemożliwych do zrealizowania dotąd marzeń - posiadanie u siebie gołębi i królików. Okres ten, a szczególnie jego początek, wspominam jako najwspanialszy czas mojej chłopięcości. Dziś, po z górą pół wieku, mogę szczegółowo opisać każdego członka mojej licznej króliczej rodziny, moich zmieniających się „trajb”.
Najpierw zbudowałem z desek zakupionych z oszczędności nieduży składzik dla królików, a z rozebranych skrzynek mały gołębnik na niziutkich nóżkach. Po jakimś czasie królików przybyło mi tyle, że mój składzik okazał się za ciasny. Dzięki staraniom Mamy dostałem duże pomieszczenie w dawnej stróżówce. Samca wydzieliłem w narożniku przy pomocy kawałka płotu. Karmę, poza zbieraną gdzie się tylko dało trawą, przynosiłem od Polki, która na prośbę Mańki zbierała do dużego kosza liście marchwi, kapusty, kalafiorów itp. Rodzina królicza rozrastała się, bo płot nie stanowił, jak się okazało, przeszkody dla samca. Nastąpił nieopanowany, żywiołowy przyrost „pogłowia”, ponieważ nikt z nas, a szczególnie ja, nie wyobrażał sobie, że można by je zabijać. Dostałem do dyspozycji całą stróżówkę. Zaczęły się trudności z żywieniem. Kiedy po powrocie ze szkoły przynosiłem od Polki olbrzymi kosz liści i rozsypywałem je wśród moich podopiecznych, liście znikały w ciągu paru minut, a tłum uszatych głów czekał na dokładkę. Za zaoszczędzone pieniądze kupowałem ziarno i „kombinowałem” suchy chleb. Pewnego razu, kiedy wypuściliśmy z Romkiem i Karinką stado na podwórze, żebym mógł posprzątać, znalazłem rozdeptane martwe króliki. To przesądziło ostatecznie o tym, żę postanowiłem zlikwidować moją hodowlę. Ogłosiliśmy z Mamą w prasie, że rozdajemy króliki. W przeciągu jednego dnia stróżówka opustoszała. Wśród amatorów królików ku mojej radości znalazł się również Bynio. Kiedy ostatni „zbawca” wyszedł za bramę, odetchnąłem z ulgą. Miałem dość królików. Przypomniała mi się metoda p. Słowikowskiej zwalczania pojadania ciastek przez ekspedientki. Nie pytałem Mamy, czy znała tę metodę, ale łatwość z jaką akceptowała powiększanie się stada, na to by wskazywała.
Moje przeżycia z rozrastającym się stadem królików i moje kłopoty z ich karmieniem, jako koszmary, śniły mi się jeszcze po wielu, wielu latach.
Miałem od dzieciństwa ciągoty do wszystkiego „naj...” i po królikach chciałem mieć największą trajbę gołębi, wręcz „furynę” - tak „gałubiatnicy” nazywali niezwykłej wielkości stado gołębi. Byłem dumny i szczęśliwy, kiedy po lekcjach otwierałem drzwi własnej, dużej już teraz budy, którą wybudowałem na środku podwórza i czułem nad głową powiew gołębich skrzydeł, niosących ptaki na podniebny spacer. Czułem ten powiew (który pamiętałem z pierwszego, dziecinnego kontaktu z gołębiami, jeszcze w towarzystwie Ojca), ten wiatr, który mnie ogarniał i zdawało mi się, że unoszę się razem z nimi. A gołębie w czasie pogody znikały w przestworzach i wtedy byłem myślami z każdym z nich, byłem z nimi, fruwałem z nimi. Kiedy czas mijał, a one ciągle „stały” hen, wysoko byłem coraz bardziej dumny. Rozpoznawałem swoje gołębie w locie. Kiedy któryś pojawiał się opadając spod obłoków, wiedziałem, który z nich osłabł albo za którym goni „dziadzia”, jastrząb, który rozbił trajbę i próbuje chwycić z niej jednego. Wtedy krzyczałem, klaskałem w dłonie, rzucałem kamieniami. Nie zawsze skutecznie.
Wybaczcie te uiesienia, ale naprawdę, byłem lekko „gołębiarsko stuknięty”.
Nie tylko ja lubiłem obserwować moje gołębie. Był często ze mną Romek, a i Buba patrzył ze swego gipsowego łoża. Może moje zrealizowane w pewnym stopniu marzenia o szybownictwie miały swój początek w tym „szybowaniu” wraz z gołębiami. Wiele miałem przeżyć ze swoimi wychowankami. Jedno z nich wyniknęło z obserwacji i już stosunkowo dużej mojej wiedzy na ich temat. Biała "stawropolka", o smukłej sylwetce, z "wisakryłymi" skrzydłami, z czarnymi oczami i białym, średniej wielkości dziobie, jak na stawropolkę przystało, miała krótkie, nagie nogi i 16 piór w ogonie, ale nie miała samca. Kiedy więc naśladowałem przywołujący głos samca i poruszałem rytmicznie zgiętą w kułak dłonią (samiec wołając samicę nadyma rytmicznie wole), biała gołębica przylatywała, siadała na moim przedramieniu i moją dłoń czule muskała dziobem. Wyciągając wnioski z zaobserwowanego przeze mnie zachowania samca, palcem łaskotałem ją delikatnie koło uszu, po szyi, a ona przyjmowała zgodnie z moimi przewidywaniami pozycję do kopulacji. Wtedy kładłem rękę na jej plecach i uderzałem palcem rytmicznie pod jej uniesiony ogon. Po tym zabiegu zachowywała się jakby była usatysfakcjonowana, co wyrażało się w jej tańcu z odchylonymi skrzydłami. Potem zrywała się do lotu i po kilku okrążeniach siadała mi na głowie lub na ramieniu.
Pewnego ranka zastałem moją budę przewróconą i bez gołębi. Zawiadomiłem natychmiast policję, Ale efektu nie było. Taki był drugi smutny finał moich urzeczywistnionych marzeń.
Kiedy patrzę wstecz na moją młodzieńczą gołębiarską pasję, a następnie na swoje dorosłe profesje, dochodzę do wniosku, że najważniejszą cechą charakteru dającą satysfakcję w życiu, nie musi być upór w ralizacji pierwszej fascynacji, co pasja w działaniu.
Erik i „kamanda”
Pobyt Erika w szkole morskiej nie trwał długo. Tuż po powrocie z podróży Darem Pomorza dookoła świata postawiono mu absurdalny zarzut kradzieży marynarskiej bluzy. Erik, śpiący po wachcie, został nagle obudzony apelem na zbiórkę i w pośpiechu, przez pomyłkę włożył bluzę swego sąsiada. Ten ostatni, który był jeszcze bardziej spóźniony niż Erik, nie mogąc znaleźć części swojej garderoby, zjawił się bez niej na apelu. Oficjalnie uznano, że była to kradzież i usunięto Erika ze szkoły. W rzeczywistości był to pretekst. Rzeczywistym powodem była jego inność: nazwiska, religii, usposobienia.
Erik mimo że nieobecny ciałem był wśród nas: otrzymywaliśmy od niego listy ze świata, a te budowały jego legendę, kiedy zaś wracał, oglądaliśmy jego ogorzałą twarz, dotykaliśmy twardych, wypracowanych rąk, podziwiali marynarski strój (spodnie z klapą z przodu). Małomówność Erika , jego spokój potęgowały naszą wyobraźnię o świecie jego fantastycznych przygód. Zawsze był w centrum naszej „kamandy”, teraz jeszcze wzmocnił tę pozycję.
boks
Należałem z Erikiem do sekcji bokserskiej AZS-u. A oto kilka epizodów z naszej „kariery” bokserskiej. Podczas jednego z treningów (trenerem był Mirnowski) Erik szparował z £ukminem, bokserem dojrzałym, (ale wagowo lżejszym od Erika,) i znokautował go. W następnej walce przeciwnik nadział się na moją kontrę i ku mojemu zdziwieniu ja go znokautowałem. Dla nas obu nie był to dzień triumfu, bo zdawaliśmy sobie sprawę (szczególnie ja) z przypadkowości tych nokautów. Niemniej nokauty dwóch braci zrobiły wrażenie i ten dzień spowodował, że z respektem zaczęto traktować nasze możliwości. Drugi epizod to mecz młodzików: AZS kontra WKS-„śmigły”. Erik miał wysoko wygraną walkę, sędziowie wyraźnie go skrzywdzili dając mu przegraną. Zniósł to „z podniesionym czołem”. Ja zremisowałem wtedy z Argamakowem.
Z tych przeżyć najbardziej pamiętam koniec mojego boksowania. Od jakiegoś czasu przestałem już trenować i wtedy ktoś z AZS-u bardzo mnie prosił, żebym wystąpił w barwach klubu, bo chodzi o przyznanie funduszy dla sekcji. Zgodziłem się. Był to również mecz z WKS-sem. Moim przeciwnikiem był silnie zbudowany Gieskes. Pierwszą rundę rozpocząłem z polotem. Sekundował mi Lendzin, sławny bokser wagi muszej. Kazał mi oszczędzać siły, bo nie wytrzymam trzeciej rundy. W drugiej rundzie starałem się walczyć, jak radził sekundant, ale Gieskes „pchał się na mnie”, a ja nie pozostawałem dłużny. Przyszła trzecia runda i w drugiej jej połowie opuściły mnie siły i tylko moja ambicja pozwoliła mi wytrwać do końca. Przegrałem na punkty, ale spełniłem mój klubowy obowiązek. Erik odprowadził mnie do szatni, a ja padłem na ławę i ledwo dyszałem. Tak skończyłem z boksem.
teraz o dziewczynach
Erik był w trudnej sytuacji - kochał się w dwóch: Niusi i Tamarze, i w związku z tym często był w opałach. Natomiast moje uczucie do tej nieosiągalnej trwało, mimo, że poznałem wiele sympatycznych i fajnych dziewcząt, a wśród nich „Piętaszki” , grupę dziewczyn, które poznaliśmy z ich anonsu w prasie: „Klub panien poszukuje klubu kawalerów”. Była to sympatyczna i długotrwała przyjaźń.
Pamięta się smak pierwszych przeżyć: pierwszego zakochania, pierwszego dostania w mordę, pierwszej nagrody, a ja pamiętam także pierwszą niemożność odsiusiania się. Jedną z moich sympatii, subtelną, dobrze wychowaną Hanię bolała głowa. Prosiła, żebym jej towarzyszył i poszedł z nią do lekarza. Czekaliśmy w dostojnym, pełnym antyków salonie, a ja czułem, że muszę. Wstydziłem się spytać o wc, liczyłem, że wytrzymam. Kiedy lekarz wezwał Hanię do gabinetu, a wizyta przeciągała się, nie było innego wyjścia - od katastrofy uratował mnie kominek.
Z kategorii siusiania uprawialiśmy taką konkurencję: na czworakach należało przejść wolno na drugą stronę ulicy, w pozycji czworonożnej odsiusiać się na stojące tam drzewo i powoli przejść jezdnię z powrotem, również na czworakach. Wygrywał ten, kto zrobił to najspokojniej, najnaturalniej (szczytem sukcesu było zrobienie tego z gołym tyłkiem). Najlepszy zwykle był Erik.
wakacje na Wilii
W tym okresie wakacje rozpoczynaliśmy wypływając całą flotyllą kajaków w dół rzeki. Cała ferajna w podnieceniu szykowała się do wyprawy: na długo przedtem, na podwórku Sokołowskich, budowaliśmy brakujące kajaki, kompletowaliśmy sprzęt wędkarski, a tuż przed wyprawą - prowiant. W dole rzeki na jakimś 5-tym czy 7-mym kilometrze czekała „nasza” wysepka, zawsze nieco zmieniona działaniem wiosennej kry i z coraz bujniejszą roślinnością, ale nasz „port” i miejsce na biwak było niezmienne, tak jak i nasz tryb życia: w dzień wycieczki kajakowe, wędkowanie, pływanie, gra w piłkę, opalanie się, a wieczorem ognisko, smażenie ryb, dowcipy, wygłupy, przebieranki, tańce, skoki przez ognisko, jakaś gitara, śpiew. Taka typowa młodzieżowa beztroska, a wszystko na tle wspaniałej wiliowej przyrody. Trwało to tydzień i dłużej. Wracaliśmy „na pych” pod prąd, wzdłuż prawego brzegu rzeki. Ta „pychowa” umiejętność została mi do dziś. Tak najbardziej lubię wiosłować.
Po wycieczce, przez resztę wakacji wiele nocy i dni spędzaliśmy na rzece w kajaku łowiąc „wąsacze” (brzany) na dwa podłużne sznury uwiązane do podłogi i spuszczane z dwóch jego boków. Do każdego z nich była uwiązana cegła (ciężar), która leżała na dnie w pobliżu kajaka, a do niej przywiązany kilkudziesięciometrowy sznur wyposażony w dużą ilość haczyków z przynętami (najczęściej sześcianiki z żółtego sera), który leżał wzdłuż koryta na dnie, poruszany lekko prądem rzeki. Te łapania, szczególnie nocą ,w towarzystwie księżyca, to niezapomniane przeżycia. A czuwająca Mama podrzucała przez Karinkę i Romka w towarzystwie Mańki coś do zjedzenia. Wiele było niezwykłych przygód w czasie tych kajakowych czuwań: a to nieprawdopodobnej wielkości ryba, której nie dało się wyciągnąć, a to trąba powietrzna, która w formie potężnego słupa wiórów i trocin uniesionych z nadbrzeżnego tartaku przemieściła się poprzez rzekę na drugą stronę i tam rozproszyła się, a to wywrotka kajaka i wyłapywanie sprzętu z wody.
Portowa 20. nasz nowy dom
Mama po sprzedaniu (niezbyt korzystnie) Nowicz, do spółki z mecenasem Bagińskim zbudowała na Portowej dom. Projektantem był inż. Smorgoński. Był to trzypiętrowy, murowany budynek. Miał chyba pięć mieszkań. Dwa zajmowali właściciele, dwa były wynajmowane (był to stały dochód Mamy, niezbędny element finansowej stabilizacji), a jedno zajmował dozorca.
Nasze mieszkanie na ostatniej kondygnacji miało dwa poziomy - niższy zasilany z dolnego półpodestu klatki schodowej, wyższy z górnego. Dolne wejście miało charakter kuchenny, chociaż do kuchni nie prowadziło, górne było wejściem głównym.
W części dolnej, do której z półpodestu wchodziło się po małych schodach, mieściły się pomieszczenia młodzieży (z wyjątkiem Buby) i pokój jadalny. Te schodki dobrze pamiętam - z jaką trudnością je pokonywałem, kiedy zdarzyło mi się kiedyś wrócić do domu „na gazie”.
Nasza część była przykryta stropodachem, dlatego większość pomieszczeń miała lekko pochylone stropy. Wchodziło się do korytarzyka oświetlonego światłem wąskich okienek umieszczonych pod stropem. Korytarzyk prowadził na wprost do pokoju Arwida, zapewniając mu niejaką intymność, z czego chętnie korzystał. Od wejścia w lewo wchodziło się do krótkiego korytarzyka i do małej jadalni, z jego prawej strony był pokój Karinki, a na wprost, za jadalnią, rampa prowadząca do części górnej. Jadalnia miała duże oszklone drzwi wychodzące na balkon. Z jadalni wchodziło się do naszego - Erika, Runara i mojego, dużego pokoju ze stropem opadającym w dwóch kierunkach (było to pomieszczenie narożne).
Z rampą w jadalni wiąże się niepokojące wspomnienie: widzę na lśniącej od lakieru i wyślizganej dodatkowo przez nasze zadki rampie naszą Manię z kipiącym samowarem trzymanym oburącz i zamarłą z przerażenia Mamę. Skończyło się na strachu i położeniu szorstkiego, gumowego chodnika. Po rampie wchodziło się do małego pokoiku Mamy, w którym dominował niewielki składający się z dziewięciu ikon narożny ikonostas. Z lewej strony były drzwi do holu, a na wprost do pokoju Buby, dużego narożnego jasnego, z balkonem z widokiem na cichy zielony taras naszej parceli. Tu głównym meblem było wysokie, na kółkach, metalowe łóżko. Jedną ze ścian pokoju Buby stanowiły składane drzwi prowadzące do salonu. Tu z kolei dominował fortepian.
Z salonu wchodziło się do dużego pokoju pani Maryli Zawadzkiej i jej córki Iwony (naszych lokatork), a z holu wejściowego do nieco mniejszego pokoju pp. Kałużyńskich, a następnie do korytarzyka z którego były wejścia do maleńkiego pokoiku Mańki, łazienki i ustępu.
Panie Zawadzkie znalazły się u nas w dość dramatyczny sposób. Otóż Arwid w lecie 1939 r. był na praktyce w ich majątku na Wołyniu. Tam zastał go wybuch wojny i najazd wojsk sowieckich. Dwór został splądrowany, a Arwid uratował właścicielki wioząc je do stacji kolejowej na konnym wozie, ubrany w biały fartuch wołając: „tif tif”. Obie przewiezone do Wilna zamieszkały u nas, na Portowej. Pani Maryla, piękna i mądra, była warszawską dziennikarką, spędzającą wakacje u matki na Polesiu. Jej córka, Iwona z kolei, była przedmiotem westchnień nas wszystkich, ale ona wyraźnie wzdychała do Erika. Pani Maryla uległa wypadkowi: wpadła pod samochód. Doznała skomplikowanego złamania kolana i chociaż operował ją dr Kucharski, który miał opinię jednego z najlepszych chirurgów w Wilnie, już całe życie chodziła z laską. Iwona została prawnikiem. Mieszkała we Wrocławiu. Niedawno zmarła.
Co do Kałużyńskich pamiętam tylko, że ona była konserwatorem malarstwa. Te dwie rodziny (lokatorzy) dawały dodatkowy dochód Mamie, pomagając tym w utrzymaniu dość rozbudowanego gospodarstwa. Było nas przecież ośmioro, w tym czworo dzieci w wieku wyrastania z ubrań i wielkich apetytów (Irma była już wtedy żoną dra Kucharskiego), leżący w gipsie Buba i wymagający Arwid.
W „epoce” Portowej zacząłem i ja wchodzić po trochu w okres „męski”. Wspomniałem już o „Piętaszkach”, jak to w prasie w rubryce towarzyskiej ukazało się ogłoszenie, w którym „klub panien” poszukuje „klubu kawalerów”. Erik na prośbę ferajny napisał dowcipny list, w którym zaproponował spotkanie. Było to pięć b. sympatycznych dziewczyn. Spotkaliśmy się na plaży, a potem zorganizowaliśmy kilka prywatek. Poza przytulankami w tańcu nie było intymnych zbliżeń. Trochę popijaliśmy.
W kształtowaniu naszych charakterów wielką rolę odegrała prawdziwie głęboka religijność Mamy. Nie ta zewnętrzna, wyrażająca się w głębokich modlitwach, ale ta w przestrzeganiu podstawowego prawa - miłości bliźniego. Mama kochała ludzi, mimo ich wad i przykrości, jakich często od nich doznawała, kochała przyrodę. Mama była prawosławną starowierką, my zgodnie z decyzją ojca byliśmy ewangelikami. Może dlatego rozumieliśmy, że formy zewnętrzne nie są istotne, istotny jest stosunek do człowieka.
Te formy zewnętrzne to raz do roku nabożeństwo żałobne w rocznicę śmierci Ojca, w czasie którego pastor wzruszał uczestników, mówiąc o samotnej wdowie wychowującej siedmioro sierot, to obchodzenie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, no i oczywiście lekcje religii, które z uwagi na swój szkolno - przymusowy charakter były też tylko formą zewnętrzną, nie wpływającą na nasze wnętrze. Owszem, pamiętam, że bardzo przeżywałem konfirmację, ale myślę, że wpłynął na to udział w niej Erika, z którym chodziłem na przygotowawcze rozmowy z pastorem, tak jak chodziłem z nim potem na treningi bokserskie w AZS-ie, na ryby czy kąpiele w Wilii - Wszędzie tam, gdzie był Erik, było mi wspaniale.
Dom na Portowej znów stworzył warunki do rozwinięcia moich pasji hodowlanych, a mówiąc wprost - gołębiarskich i króliczych. Dom stał na stoku góry Bouffałowej, w wyciętej w niej wnęce. Wchodziło się na najniższy poziom z ulicy, z tyłu zaś był górny taras porośnięty wówczas chwastami. Odizolowane, wyniesione miejsce prowokowało wprost do hodowania gołębi. Brak w najbliższym sąsiedztwie wysokiej zabudowy dawał szansę uzyskania dobrej lotności gołębi. Wysoka zabudowa w sąsiedztwie gołębnika jest pokusą dla leniwych ptaków, które siadają na jej dachach, zachęcają również te mniej leniwe i w ten sposób cała „trajba” przestaje być „lotna”.
Czas, który minął od moich niepowodzeń hodowlanych na Moniuszki, zatarł te wspomnienia i tak wkrótce, w narożniku działki na górnym tarasie powstała buda, w której dolnej części zamieszkała duża królica - belgijka, a w górnej - kilka gołębi. Królicę nosiłem do samca na zwierzynieckie Sołtaniszki, nic z tego nie wychodziło, natomiast gołębie skradziono.
Wkrótce jednak los wynagrodził mi te straty. Któregoś dnia wracam ze szkoły i wchodząc na naszą parcelę widzę gołębia siedzącego na kominie sąsiedniego domu. Był to „nocny” lub „ryży”, a właściwie „orlik”. Odłożyłem teczkę, wziąłem garść piasku i zacząłem go wabić gwiżdżąc, posypując piasek niby pokarm. Ku mojej radości zaledwie po kilku ruchach i króciutkim nawoływaniu, tzn. pogwizdywaniu, z wysokiego komina najpierw na ogrodzenie, a potem na ziemię sfrunęła wspaniała rasowa „czerwona”. Ogon biały jak śnieg obramowany czerwonymi piórami miał na środku „sporysz”, (pióro zagięte prostopadle do osi) krótkie nogi, skrzydła „wisakryłe”, cudowna średniej wielkości podłużna głowa, niewielki dziób i pomarańczowe, rybie oczy. Oszołomiony tym widokiem, nie straciłem zimnej krwi. Zauważyłem, że jest piekielnie głodna - z rozłożonymi skrzydłami szła za posypywanym pisakiem, aż znalazła się w zasięgu mojej ręki i już ją miałem. Był to najrasowszy gołąb, jakiego dotychczas posiadałem, ba, nawet jakiego dotychczas widziałem. Ale co z nią robić? W budzie ukradną.
Nad salonem i pokojem Buby był strych, dostępny tylko z okienka na dachu. Tam umieściłem moją zdobycz. Po kilku dniach kupiłem jej kawalera. Zapowiadało się obiecująco. Niestety wybuchła wojna. Był to koniec moich działań hodowlanych. Po jakimś czasie wojska sowieckie zajęły nasz dom. Wypuściłem moją piękną na wolnosc.