Wojna

wrzesień 1939

Wybuchła wojna. Na ulicach nerwowy ruch, przemarsz wojsk.

Dowiedziałem się, że pułkownik Dąbrowski, „Łupaszka” kawalerzysta, (nie „Łupaszka” - Zygmunt Szyndzielorz) formuje ochotniczy oddział. Karin była koleżanką córki pułkownika. Kiedyś spędzała wakacje w ich majątku. Pewnego dnia widziała ku swemu przerażeniu, jak pułkownik rzucił małego zajączka czy królika, psom, które go rozszarpały. Starsza córka nie ukrywanym uczuciem darzyła mnie.

Przekonany, że Erik, którego w tym momencie nie było w domu już się zaciągnął i niesiony chęcią oddania życia „za Ojczyznę”, pobiegłem szukać punktu zbornego. Idącego środkiem ulicy Wielkiej z dumnie uniesioną głową zatrzymała mnie grupa mężczyzn, którzy zażądali ode mnie wylegitymowania się. Pokazałem im moją legitymację szkolną, a oni na to - No taki... Hansen, niemieckie nazwisko - szpieg. Otoczył nas początkowo zaciekawiony, a potem wrogi tłum. Wezwano policję i ze skutymi rękami zaprowadzono mnie na komisariat na ulicy Tatarskiej. Tam wyjaśniałem, kim jestem, powołując się m.in. na dr Kucharskiego. Zdjęto mi kajdanki, posadzono w izolatce, a po godzinie wypuszczono.

Kiedy po raz drugi szukałem oddziału Dąbrowszczaków, okazało się, że przybyłem za późno. Niebawem na ulicy Portowej pojawił się pierwszy sowiecki czołg, a wkrótce potem pierwsze litewskie bojówki. Jedną z nich widziałem z góry przez małe okienko naszego korytarza. Była to idąca chodnikiem grupa około 15 osób, która ludzi idących chodnikiem spychała brutalnie na jezdnię. Jedna z kobiet nie zdążyła się usunąć, przewrócili ją i kopiąc przeszli po niej. NKWD zabrało z naszego domu mecenasa Bagińskiego (socjalistę), współwłaściciela domu, jednego z opiekunów interesów Mamy. Doniósł na niego dozorca naszego domu, Staszelis – jak się później okazało. Mecenas już nie wrócił.

wyprawa na pomoc Finlandii

Trwała wojna fińsko-sowiecka. Część naszej „ferajny” zdecydowała się wyruszyć na pomoc Finom.

Pierwsza grupa: Erik, Ziuna (Józio Żyliński) i Lopek (Staś Anforowicz), wyruszyła do Estonii, żeby stamtąd przez Zatokę Fińską dostać się do Finlandii. Później, tę swoją przygodę opisał Erik w artykule „Żaglem przez Zatokę Fińską” - opublikowanym w „Młodzi idą”.

Po nich wyruszyliśmy my: Wowka Paszkiewicz, Domasz i ja. Domasz nie był naszym kolegą. Miał opinię skończonego chuligana. Usłyszał, o naszej wyprawie i przyłączył się. Nie pamiętam, jak dotarliśmy do łotewskiej granicy. Była noc, kiedy ją przekraczaliśmy. Szliśmy wzdłuż torów kolejowych, żeby dojść do jakiejś stacji. Jedyne słowa łotewskie, które znałem, to „cik pukstans” - która godzina. Może się przydadzą? Wsiedliśmy do pociągu oczywiście bez biletów.

Kiedy pełni napięcia minęliśmy kilka stacji, na końcu wagonu pojawił się konduktor. Schowaliśmy się w ubikacji. Niestety nasz niezsubordynowany Domasz zapalił papierosa i zaczął kaszleć. Posłyszeliśmy dobijanie się do drzwi i nawoływanie do otwarcia. Nie otwieraliśmy. Pociąg zatrzymał się na następnej stacji. Było to Koknese. Dobijanie się, nerwowy ruch wokół naszej kryjówki, zaglądanie przez okno. Nie było wyjścia - musieliśmy otworzyć. Już dniało. Tłum gapiów. Straż kolejowa zamknęła nas w ceglanej szopie bez okien, a wkrótce odstawiono nas pod strażą pociągiem do Rygi, do więzienia NKWD w centrum miasta.

Wsadzono nas do celi, w której zastaliśmy kilkunastu więźniów leżących i siedzących na gołej betonowej posadzce. Wkrótce poznaliśmy bliżej smak łotewskiego NKWD-owskiego więzienia. Wzdłuż ścian biegające stadami prusaki, ze stropu spadające pluskwy, do ustępu wyjścia na komendę, jeden za drugim, dzienna racja to kawałek chleba i miska gorącej wody z pływającymi liśćmi pokrzywy.

Przesłuchania odbywały się najczęściej w nocy. Mottem naszych zeznań były prześladowania litewskie w Wilnie i ucieczka do towarzyszy radzieckich. Nie bito nas. Na stole w pokoju przesłuchań leżał rewolwer. Schemat rozmowy ten sam: „ty znajesz gdzie ty”... „nie walaj duraka...”, a ja odpowiadałem w kółko: „ja znaju, ja k´wam priszoł..., ja robotnik..., moja mat´praczka”. I tak tygodniami.

W celi byliśmy świadkami tragicznych, a czasem i śmiesznych scen. Kiedyś w nocy otworzyły się drzwi i wrzucono do nas otyłego w średnim wieku elegancko ubranego mężczyznę, który drżąc stanął pod ścianą i przerażony patrzył na leżących pokotem więźniów. Zrobiliśmy mu miejsce, żeby się koło nas położył. Odsunął się z wyrazem obrzydzenia. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak wyglądam.

Innym razem wprowadzono człowieka obdartego, brudnego, trzymającego spodnie w garści. Na odgłos klucza zamykającego drzwi celi usłyszeliśmy beztroski i lekceważący głos nowego towarzysza niedoli: „ja łożkoj skarieje atkroju”, po czym zażądał dla siebie miejsca w rogu, które, jak nam wyjaśnił, zajmuje co sezon. Więzienie traktuje jako mieszkanie na zimę. Takie popełnia jesienią przestępstwa, które pozwalają mu wyfrunąć wiosną na wolność. Porozumiewał się z otoczeniem niemal wyłącznie za pomocą przekleństw. Dlatego może pamiętam jego opowieść o kobiecie. Opowieść pełną prawdziwej miłości, która w ustach tego człowieka z kompletnego dna zaskoczyła nas najpierw, żeby wkrótce nas oczarować. Opowiadał nam o tym, jak często ją odwiedza, jak siadają naprzeciw siebie, jak piją herbatę i przyglądają się sobie, jakie robi jej prezenty, jak nie chce jej smucić itp.

Po jakimś czasie kazano nam pomagać w rozlewaniu zupy i sprzątać korytarz przed celami. Była to frajda, wyjść z celi chociaż na te dziesięć minut, a poza tym był to sygnał, że nie traktują nas już jak szpiegów, że chcą coś z nami zrobić, że może nas w końcu wypuszczą.

I rzeczywiście, po kilku tygodniach odsiadki wręczono nam „bumagi”, że jesteśmy robotnikami rolnymi i przekazano łotewskiemu rolnikowi.

Znaleźliśmy się na łotewskiej fermie. Mieliśmy normalne łóżka i mleczno-kluskowe wyżywienie, ale praca nasza polegała na kopaniu ziemniaków gołymi rękami, bez jakichkolwiek narzędzi. Był to chyba wyraz nienawiści fermera do Polaków, bo praca była przecież mniej efektywna, a my po kilku dniach grzebania w ziemi (na dodatek nocami były już przymrozki i ziemia była strasznie zimna) mieliśmy poranione palce. Gospodarz w czasie posiłków stał nad nami i nas popędzał. Mieliśmy tego dość. Postanowiliśmy „wiać”. W nocy ubraliśmy się w białe podkoszulki, otrzymane w NKWD przed wyjściem z więzienia, i ruszyliśmy w drogę.

Domasz poszedł w kierunku Rygi, a ja z Wowką w odwrotną stronę. Nad ranem zgłosiliśmy się do pracy w napotkanej po drodze fermie, gdzie było nam dużo lepiej: Wowka pracował jako furman, ja znów kopałem ziemniaki, ale tym razem motyką i nie popędzano nas już tak do pracy. Po tygodniu, mając już nieco gotówki, postanowiliśmy przerwać pracę i wrócić do domu.

Minęło sporo czasu od wyjazdu pierwszej grupy, która wyruszyła na ratunek Finlandii i uważaliśmy, że już się nimi nie spotkamy w umówionym miejscu w Tallinie, a poza tym mieliśmy za mało pieniędzy, żeby kontynuować podróż. Ubrania nasze były w strzępach, szczególnie moje spodnie. Wróciliśmy do Rygi i tam na ulicznym straganie kupiliśmy spodnie. Włożyłem je w najbliższej bramie i poczułem się jak „tuz”. Wkrótce byliśmy z powrotem w Wilnie.

Holendernia - szkoła

Zaczęły się zajęcia w szkole. Wróciłem do Zygmunta Augusta, tym razem do liceum humanistyczno-przyrodniczego (Mama w przyszłości widziała mnie lekarzem).

Niestety - po przyjściu Litwinów do Wilna polskie licea ogólnokształcące miały być zamknięte. Wtedy mój stary druh, Zbyszek Lebecki, namawiał mnie, żebym spróbował zdawać do szkoły technicznej na Holenderni, na Antokolu, bo Litwini raczej nie będą zamykać szkół technicznych. Wahałem się. Matematyka to była moja najsłabsza strona, a na egzaminie - najważniejszy sprawdzian. Nie miałem nic do stracenia. Zgłosiłem się na egzamin.

Nie umiałem wprawdzie wyprowadzić wzoru i obliczyć, o ile przesunie się stojący na szynach kloc drewna po kilku wystrzałach z jakąś tam siłą i z jakiejś tam broni, ale przeprowadziłem słowną analizę przebiegu tego procesu i ku mojemu zdumieniu czytający listę tych, którzy zdali, po pamiętnym Epsztajnie przeczytał... Hansen!

Wkrótce miały rozpocząć się zajęcia, ale wtedy wróciła przemożna chęć widzenia Eli. Chodziła ona do czynnego jeszcze gimnazjum Piotra Skargi. Postanowiłem zapisać się do tej samej klasy, gdzie uczyła się Ela. Nie rozmawiałem z nią, tylko patrzyłem i po paru dniach przeszło mi. Wróciłem do szkoły technicznej na wydział mechaniczny. Mieliśmy wspaniałych profesorów, między inn. uciekinierów z Warszawy: matematyka prof. Straszewicza, z części maszyn - prof. Moszyńskiego.

Mimo radziecko-litewskiej okupacji atmosfera w klasie była wspaniała. Ja siedziałem w jednej ławce (raczej przy jednym stole) z Czesiem Szarejko, który nieraz ratował mnie z często zdarzających mi się opresji.

Sytuacji „do śmiechu” były tysiące. Np. język litewski - prowadził go nadęty „Gałunia” - Gruodys. Kiedy ten śmiertelnie poważny facet uczył nas, że indyk po litewsku to „kałakutas”, samowar - „pierdukas”, a „kur ważiuuja” - to dokąd jedziesz - trudno było nie ryczeć ze śmiechu. Wylatywaliśmy wtedy po kolei za drzwi. Albo zajęcia z silników spalinowych z „Julcią”, inż. Leśniewskim. Jego piskliwy głos, zniewieściałe ruchy, wstydliwy stosunek do kobiet, a przy tym wyraźna do nich słabość i kompletne go lekceważenie, aż prosiły się o robieniu mu niewybrednych kawałów. Podrzucano mu adresy wileńskich burdeli, tańczono na lekcji przy tablicy - nie potrafił opanować klasowego żywiołu.

Zupełnie inny nastrój panował na lekcjach prof. Moszyńskiego. Cisza i skupienie panowały w klasie, kiedy wykładał czy kiedy chodził od stołu do stołu korygując nasze rysunki. Lubił rysunki Mikulskiego, Szczecińskiego. Zazdrościłem im tej aprobaty. Ten poważny, a jednocześnie pogodny nastrój nie mógł wynikać ze strachu, wynikał z najwyższego szacunku dla autorytetów, dla osobowości profesora. Kiedyś profesor zapowiedział klasówkę, sprawdzian z przerobionego materiału. Notatek z wykładów mieliśmy co najmniej kilka grubych zeszytów. Jak z tak obszernego materiału zrobić „ściągawkę”? Każdy więc z nas miał przydzielony temat. Trzeba było go zmieścić na minimalnych rozmiarów przewijalnych rulonikach połączonych gumką (system powszechnie znany). Zabezpieczaliśmy się na wiele tematów, którymi mógł nas zaskoczyć profesor. Włożyliśmy w to olbrzymią ilość pracy. Każde zagadnienie było przewertowane dokładnie, strategia ściągania opracowana w szczegółach dla całej klasy. Z wybiciem godziny O wszedł prof., położył na katedrze swoją czapkę i... poprosił o oddanie wszystkich ściąg. Po kilku minutach czapka zniknęła pod piramidą ruloników, a profesor oświadczył, że klasówki nie będzie. To, czego dokonaliśmy, powiedział patrząc na stertę ściągawek, świadczy, że materiał został dostatecznie przyswojony. Moszyński wiedział, że materiał był tak duży, że nie sposób było go przyswoić w normalnym trybie w tak krótkim czasie. Myślę, że zaplanował tę mobilizację, żeby nas „chuliganów”, zmusić do porządnego zajęcia się tym przedmiotem.

Maszyn parowych uczył nas inż. Konieczny. Mnie traktował z pewnym sentymentem, może za starannie prowadzone notatki?, chociaż do przedmiotu mało się przykładałem. I nadszedł czas oddawania projektu maszyny parowej. Na kilka dni przed terminem nie miałem dosłownie nic, a opracowanie wymagało obliczeń, projektowania, szeregu konsultacji i wreszcie narysowania.

Dobrym i systematycznym uczniem był Zbynio Lebecki, który chociaż czasem miał dość mojej beztroski, tym razem postanowił mnie ratować. Dał mi swój gotowy już projekt na jedną dobę. Położyłem na nim kalkę i bezmyślnie kreska po kresce „zrzynałem”. Kiedy w nocy byłem już tak zmęczony, że kreski zaczęły dwoić mi się w oczach, Mama postawiła mi obok miskę z zimną wodą, którą od czasu do czasu „otrzeźwiałem się”. Zaczęła się lekcja z Koniecznym. Profesor wywołuje z listy kolejnych delikwentów. Nikt nie oddaje projektu. Wywołuje mnie - sekunda namysłu: między Hansenem a Lebeckim musi przecież ktoś oddać. Niosę projekt, Konieczny się uśmiecha. Nie zawiódł się na mnie. Ale po mnie nikt projektu nie niesie. Wreszcie Zbyszek. On projekt ma. Konieczny kładzie go na moim.

Następuje trwająca wieki cisza, po czym każe zgłosić się po lekcji oczywiście mnie, a nie Zbyszkowi. Był to przykry, ale budzący mnie z mojej beztroski prysznic.

Z ciekawszych postaci wśród pedagogów mile wspominam jeszcze inż. Pribyłową, uczącą nas technologii, przed którą często musiałem się tłumaczyć: „ja dołżen rabotać i na nauku wremienia nie chwatajet” co przyjmowała z pewną wyrozumiałością.

W takiej atmosferze wśród innych równie „ciekawych” pozaszkolnych zdarzeń przebiegała w latach 1939-1943 moja trzyletnia edukacja w Państwowej Szkole Technicznej, czyli Vilniaus Valstybinis Technikumas.

Wszystko to tak wyglądało z perspektywy szkolnej ławki, ale poza szkołą życie toczyło się w znacznie dramatyczniejszy sposób. W szkole czuliśmy opiekę pedagogów, poza szkołą w tych niebezpiecznych czasach byliśmy zdani wyłącznie na siebie samych.

Życie kulturalne podczas okupacji sowieckiej

Szereg aktorów estradowych, (podobnie, jak część naszych znakomitych profesorów ze Szkoły Technicznej, o których wspomniałem) uciekło z Warszawy do Wilna i zasiliło istniejący teatr „Lutnia” oraz nowopowstały kabaret „Rozmaitości”. Kilkoro z nich pamiętam. Byli to „Lopek” - Krukowski, Bielicka i Sempoliński, Wyrwicz-Wichrowski i Piasecka, Halmirska i Dębowski, którego ariami zachwycał się Erik. Pamiętam, że występy tych aktorów rozweselały nas w tym ponurym okresie, a Erik po powrocie do domu szkicował swoje wrażenia w szkicowniku.

Wracając wspomnieniami do Wilna, pamiętam jeszcze, że w tamtych czasach występowali w Teatrze na Pohulance moi ulubieni aktorzy z lat dziecinnych: Kurnakowicz i Chmielewski. ”W kinie siedzą same świnie” stąd „Rozmaitości”, nasze „Qui pro Qvo” i chodzenie na rysunek do Akademii Sztuk Pięknych były jedynymi naszymi rozrywkami kulturalnymi w tamtym okresie. Zbyszek Karpiński („Flinta”, nasz sąsiad z Moniuszki - starszy syn nadleśniczego) chodził z nami do Akademii. Rysowaliśmy gipsowe torsy greckich i rzymskich bohaterów. Jego rysunki były potężne, głowy dwukrotnie powiększone. Motywował to koniecznością zrozumienia i rysunkowego sprecyzowania detali. To wyróżniało go na sali.

Pewnego dnia, wracając z zajęć, zatrzymaliśmy się przed galerią obrazów na ul. Mickiewicza, obok kawiarni Rudnickiego, przy placu Katedralnym. Między innymi był wystawiony pejzaż - drzewa w nie nienaturalnej formie i kolorze. Wywiązała się dyskusja między Erikiem i Flintą. Erik nie był przekonany argumentami Zbyszka, który tę deformację motywował racjami artystycznymi. Myślę, że to porozumienie na płaszczyźnie artystycznej utrudniały wtedy relacje poza artystyczne, które dzieliły nas - ambitnych chuliganów ze Zwierzyńca i niedawno przybyłego, układnego, dobrze ułożonego Flintę.

Ja, który byłem w cieniu „wielkich” dyskutantów, podzielałem w duchu opinię Zbyszka, ale oczywiście zachowałem to dla siebie. Wtedy solidarność kumplowsko-braterska była ważniejsza niż inne racje. Dzisiaj żałuję tego. Był to może istotny moment w kształtowaniu się naszej świadomości artystycznej, a w szczególności świadomości artystycznej Erika, która mogłaby zapobiec krakowskim upokorzeniom i tragedii, jaka nastąpiła w 1947 r.

Flintę - Zbyszka Karpińskiego wraz z jego bratem Leszkiem, z którym hodowałem gołębie, spotkaliśmy w partyzantce i razem uciekaliśmy od sowieckich wojsk przez Puszczę Rudnicką. Po wojnie Zbyszek został profesorem Wyższej Szkoły Plastycznej we Wrocławiu, (gdzie bywałem tam jako visiting professor), pełnił funkcję dziekana Wydziału Malarstwa i Rzeźby.

Moja przygoda z Mickiewiczem

I oto pierwszy mój kontakt z nową rzeczywistością. Nie mieliśmy jeszcze świadomości, że teraz życie będzie toczyć się inaczej, nie trafiło to do naszej 16-17 - letniej świadomości.

Odprowadzałem wieczorem do domu dziewczynę, było to tuż po wkroczeniu Litwinów, po 28 października. Kiedy wracałem pustymi ulicami (obowiązywała godzina policyjna) i znalazłem się na rogu Zaułka Literackiego i Zamkowej, po drugiej stronie ulicy zauważyłem dwóch litewskich policjantów „gałakutasów”, jak ich nazywaliśmy. Nie zwalniając kroku głośno spytałem „kokia wałanda” (która godzina). Miałem przygotowanych kilka takich zwrotów na wszelki wypadek. Chciałem ich zaskoczyć i liczyłem, że wezmą mnie za Litwina, poczym szybkim krokiem skręciłem w Zamkową i dalej Skopówką chciałem dobrnąć do domu, przy Portowej. Ale natychmiast usłyszałem kilkakrotnie „pałauk, pałauk...” - stać, stać...

Zacząłem uciekać.

Biegłem Zamkową, skręciłem w zaułek Św. Michalski, słyszałem za sobą gwizdki policjantów wypełniające puste ulice i rytmiczny stukot policyjnych butów. Zdawałem sobie sprawę, że mnie wkrótce złapią, że muszę coś wymyślić, coś zrobić. Dobiegłem do skrzyżowania, skręciłem w lewo w Zaułek Bernardański, schowałem się za słupem. Słyszałem, jak dobiegli do rogu, słyszałem, jak szurali butami obracając się wokół. Serce biło mi tak mocno, że myślałem, że usłyszą. Wtedy za moimi plecami usłyszałem dźwięk przekręcającego się klucza. Złapałem za klamkę. Za drzwiami stał jakiś mężczyzna - Litwini mnie gonią - wyszeptałem i wszedłem. Tę pamiętną noc spędziłem w muzeum Mickiewicza, w jego fotelu. Dziewczyna, dla której tak się naraziłem, odwiedziła nas kiedyś, ale skorzystał Arwid nie ja, był starszy, bardziej doświadczony i ... miał własny pokój.)

Okupacyjna codzienność

Tymczasem moje uliczne towarzystwo, moja „kamanda”, spędzała czas w karcianej spelunce, zorganizowanej przez Miszkę Woronina, w piwnicy jakiegoś niewykończonego domu, chyba na Litewskiej. Grano w „oko” i pokera. Bardzo wysoko. W kłębach dymu papierosowego. Byłem tam czasem tylko obserwatorem. Nie grałem, bo to towarzystwo zaczęło mnie po prostu mierzić. Takie ilości pieniędzy, jakie pojawiały się na stole gry, musiały mieć podejrzane źródła. Równie podejrzane zaczynały być typy pojawiające się w tej wyraźnie już teraz spelunce. Przestałem tam zaglądać.

A tymczasem w domu było coraz ciężej. Zacząłem szukać możliwości zarobkowych. W szpitalu na Witoldowej, między Grodzką a Kraszewskiego, szukano szklarza. Zgłosiłem się natychmiast. Nigdy nie ciąłem szkła, widziałem tylko, jak to się robi. Nikt nie pytał mnie o kwalifikacje. Panowały wciąż ludzkie relacje przedwojenne. Nikomu nie przyszło do głowy, że mógł się zgłosić niefachowiec. Zacząłem od szukania narzędzi wśród znajomych. Znalazłem tylko zużyte „kółko”. Blat do cięcia przygotowałem chyba dobrze, ale „kółko” było zupełnie do niczego. Szyby pękały nie wzdłuż ledwo widocznej rysy, ale w zupełnie nieprzewidzianych miejscach. Było mi bardzo przykro, szczególnie że pokrzywdzony był szpital. Nie miałem oczywiście pieniędzy, żeby zwrócić za zepsute szyby - ulotniłem się. Było to moje pierwsze wykroczenie przeciw prawu. Zrozumiałem jak sytuacja społeczna, bieda i poczucie bezkarności ułatwiają takie zachowania, niemożliwe w normalnych warunkach.

Wypędzeni na Mickiewicza 20

Po jakimś czasie sowieci wyrzucili nas z naszego domu na Portowej. Wydaje mi się, że i tym razem nasz dozorca Staszelis maczał w tym palce. Od wkroczenia Rosjan zachowywał się jak właściciel domu. Przydzielono nam mieszkanie na pierwszym piętrze w domu na rogu Mickiewicza i Tartaki w pobliżu mostu Zwierzynieckiego. Był to stary dwupiętrowy dom z wysokimi kondygnacjami.

Mieszkanie miało dwa wejścia: główne, z szerokiej klatki schodowej od Mickiewicza, i kuchenne, z wąskimi schodami od podwórza. Głównym wejściem wchodziło się do ciemnego wąskiego korytarza, który przedzielał mieszkanie na dwie części. Z prawej mijało się drzwi do kuchni i sanitariatów, a dalej był nasz pokój z czterema łóżkami, po dwa wzdłuż przeciwległych ścian, i dużym stołem pod osiowo umieszczonym oknem. To okno wychodziło na podwórze naszej posesji.

Nasz pokój był miejscem spotkań „kamandy” zwierzynieckiej, spotkań towarzyskich, a także konspiracyjnych Erika. Dalej korytarz poszerzał się, - była tutaj jadalnia – stół, a nad nim okno. przez które często wyglądaliśmy. Wychodziło ono na Tartaki i perspektywę ul. Mickiewicza, przysłonięta z lekka narożnym budynkiem. Widok z tego okna, szczególnie w dżdżysty dzień był modelem akwarel Erika. Z jadalni wchodziło się do pokoju Buby. Dwa okna tego pokoju były również skierowane na podwórze. Buba leżał niemal na osi pokoju z głową przy bezokiennej ścianie, równolegle do okien. Po drugiej stronie jadalni był pokój Mamy i Karinki i musiał stać tam nasz duży fortepian. Rozkładu tej części mieszkania nie pamiętam. Wiąże się z tym mieszkaniem tak wiele nieprawdopodobnych wprost zdarzeń, że z perspektywy czasu wydają się jak sen, z którego zawsze wychodzi się cało.

Po nieudanej eskapadzie do Finlandii, niemal wszystkich nas Mama miała w domu. Tylko Arwid po zamknięciu wydziału medycyny w Wilnie, kontynuował studia medyczne w Kownie, a nasza Mańka wyniosła się na wieś do swojej rodziny. Na razie „kamanda” rozpoczęła treningi wioślarskie w nowo powstałym klubie „Spartak”. Tworzyliśmy dwie czwórki, a rywalizowaliśmy z bardziej dobrą czwórką z Antokola, w której wiosłowali między innymi Trojanowski i Mieczka Rudziński, syn znanego lekarza internisty (brat Witolda - kompozytora).

Nowa wyprawa do Finlandii

Represje Litwinów wobec Polaków nasilały się, a w nas wciąż tkwiła myśl ucieczki do Finlandii.

I tak powstał nowy pomysł: Wilią i Niemnem do Bałtyku, skok przez Bałtyk do Szwecji, a potem do Finlandii. Był to chyba maj 1941 r. Mieliśmy płynąć we dwóch - ja i Wowka Paszkiewicz. Zorganizowaliśmy trochę „żarcia”, co w okresie litewskiej okupacji nie było takie trudne - zaopatrzenie w żywność poprawiło się, szczególnie wyrobów z mięsa nie brakowało w nowo otwartych „Maistasach”. Ciepła pora roku nie wymagała specjalnego ekwipunku. Dziwne, że zupełnie nie pamiętam spływu do Kowna. Może późniejsze zdarzenia zatarły te przeżycia. Pamiętam natomiast pierwsze wrażenia z Kowna. Kiedy wyszliśmy na brzeg, znaleźliśmy się w tłumie przerażonych, biegających ludzi, szybko mówiących w nieznanym nam prawie języku.

Czuło się, że coś ma się zdarzyć. Ten nastrój wyraźnie nas zaskoczył. Wisząca w powietrzu niewiadoma - może wojna i wynikające z niej niebezpieczeństwa. Pomyśleliśmy o naszych bliskich i zdecydowaliśmy się wracać. Wowka miał przyjaciół czy też krewnych w Kownie, chciał ich odwiedzić i wracać pociągiem. Ja postanowiłem wracać i to natychmiast kajakiem. Tego samego dnia w którym dobiliśmy do Kowna, po południu popłynąłem z powrotem.

Znalazłem się sam na sam z rzeką, pozbawiony wszelkich informacji. Moja wyobraźnia pobudzona nastrojem Kowna nakazywała jak najszybszy powrót. I tak każdego dnia pchałem mój kajak (płynąłem na „pych”) od świtu do zmroku, dopóki mogłem dostrzec przed sobą przeszkody w postaci kamieni, płycizn, cypli, które należało omijać, nadbrzeżnych krzaków itp. Kiedy robiło się ciemno i mogłem wyciągnąć kajak na brzeg, a grunt był suchy, kładłem się obok mego pojazdu i natychmiast zasypiałem.

Kiedy brzeg był stromy albo zbyt wilgotny, spałem po prostu w zakotwiczonym o dno lub brzeg rzeki kajaku. Pamiętam do dziś te zbyt wolno zmieniające się perspektywy wijącej się Wilii, rzeki mego dzieciństwa i młodości. Czasem wydawało mi się, że rzeka wystawia mnie na próbę, że zdaję egzamin, czy jestem godzien nazywać się jej wychowankiem. Pchałem wtedy silniej i baczniej obserwowałem przeszkody, jakie mi szykuje. Słońce piekło jak w upalne lato. Kiedy podczas wymijania przeszkody musiałem zaangażować przy wiośle obie ręce, wtedy najczęściej na moje spocone plecy siadał giez... i ciął. Nie mogłem go utłuc, bo jeżeli puszczę wiosło drugą ręką, woda zniesie mnie w dół rzeki i przygoda rozpocznie się od początku.

Tymczasem skończyły się moje zapasy jedzenia. Nie jadłem już całą dobę, a przede mną jeszcze sporo zakrętów. Zdecydowałem się pójść do napotkanej nadbrzeżnej chaty i kupić czy poprosić o kawałek chleba. Zapukałem do drzwi, otworzyła mi młoda kobieta, a na mój widok w jej oczach dostrzegłem przerażenie. Na ostrożnie wyciągniętej ręce podała mi ćwiartkę chleba. Kiedy wróciłem na brzeg, spojrzałem w lustro wody zrozumiałem jej przestrach. Po pierwsze byłem niemal nagi - tylko w slipach, całe zaś ciało czerwonobrązowe w strzępach zwisającej płatami spalonej na słońcu skóry.

Dotarłem do Wilna.

Wojna radziecko-niemiecka - ranny Buba

Był upalny czerwcowy dzień 1941 r. Wpadła do nas Irma z wiadomością, że chyba będzie wojna - niemiecko-radziecka. Weszła do pokoju Buby i mówiąc jak tu gorąco, podeszła do okna, by je otworzyć. „Samoloty”, zawołała. Podbiegłem do okna i zobaczyłem na niebie lecącą eskadrę. W pewnej chwili coś z niej zaczęło się wysypywać. Uświadomiłem sobie, że to bomby..., koniec z nami. Podbiegłem do łóżka Buby i chwyciłem rękami za jego metalowe oparcie. Koera rzuciła się na ścianę, potężny łomot rozległ się od strony podwórza, a okno wraz z futryną wypadając do środka zasypało Bubę rozbitym szkłem. Druga bomba uderzyła tuż za naszym domem. Wpadła przerażona Mama. Podjęliśmy natychmiastową decyzję ucieczki z tego niebezpiecznego miejsca. Nasze mieszkanie sąsiadowało z mostem Zwierzynieckim, który był prawdopodobnie celem tego nalotu. Postanowiliśmy uciec na Zwierzyniec, gdzie mieliśmy przyjaciół. Wynosząc Bubę na noszach minęliśmy na schodach mężczyznę z zakrwawioną twarzą, a na dole leżące na posadzce rozbite drzwi wejściowe.

Ulica w kierunku mostu była bezludna i cicha, tylko gdzieś wysoko nad nami słychać było to narastający, to cichnący szum samolotów (znacznie, znacznie później ów nadrealistyczny nastrój ulicy odnalazłem w obrazach de Chirico).

Biegliśmy z Bubą na noszach w kierunku mostu, zmieniając się co jakiś czas. Za nami biegła Mama z basenem Buby. Najbardziej nerwowo przebiegaliśmy przez pusty most. Nikogo aż po Witoldową nie było widać. W powietrzu słyszało się wciąż buczenie samolotów. Dobrnęliśmy szczęśliwie do domu Lopka Anforowicza i ustawiliśmy nosze na podłodze w salonie, pod oknem wychodzącym na ul. Jasną. Ale w tym samym dniu radziecki bombowiec, uciekający przed niemieckimi myśliwcami, dla odciążenia maszyny wyrzucił bomby. Jedna z nich wybuchła w pobliżu domu Lopka, a jej odłamek przebiwszy drewnianą ścianę domu trafił w kolano zgiętej nogi Buby. Na podłogę buchnęła krew. Mama kazała mi biec po dra Kucharskiego, do szpitala św. Jakuba na Łukiszkach. Pobiegłem. Na rogu Giedyminowskiej i Moniuszki palił się dom Konopki. Zostałem zatrzymany pod groźbą rewolweru do gaszenia pożaru.

Mimo próśb i tłumaczeń nie chciano mnie puścić. Udałem, że się zgadzam, a po chwili pobiegłem dalej. Z Jasnej do szpitala św. Jakuba to chyba ze dwa kilometry. Zdyszany dopadłem doktora. Dał mi gumową rurkę do zatamowania krwi. Sam miał przyjść wkrótce. Nie pamiętam drogi powrotnej. Kiedy wróciłem, zastałem bladego jak papier Bubę z gumą zaciśniętą na nodze, którą założyła mu młoda, znajoma lekarka mieszkająca po drugiej stronie ulicy. Niemal cała podłoga była we krwi.

Wkrótce potem przetransportowaliśmy Bubę do szpitala żydowskiego gdzie czekał w kolejce na operację - amputację nogi. Przed nim miał być operowany ksiądz. W pewnym momencie otworzyły się drzwi i prof. Michejda oświadczył, że będzie operował jeszcze tylko jednego pacjenta. Ksiądz dowiedziawszy się, że jego ranna ręka musi być amputowana, zrezygnował, twierdząc, że bez ręki nie będzie mógł spełniać swego posłannictwa. W ten sposób uratował Bubie życie, bo ten był już o krok od śmierci z upływu krwi. Buba został szczęśliwie zoperowany. Podobno ta amputacja uwolniła go od jego zasadniczej choroby, gruźlicy kości, której źródło znajdowało się właśnie w amputowanej nodze.

W tym samym dniu, na tej samej ulicy bomba tego samego samolotu zabiła naszego kolegę ze szkoły technicznej, Mietka Andruszkiewicza.

Również w tym samym dniu w innej dzielnicy z powodu wybuchu bomby został przysypany ziemią nasz kolega ze „Spartaka” Mieczka Rudziński. Miał złamaną rękę i poranioną twarz. Sport był treścią życia Mietka.( Mimo usztywnionej w łokciu ręki do dziś zajmuje się sportem - do niedawna czynnie, dziś jako działacz.)

Na kilka dni przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej, chyba 14 czerwca o świcie ulice Wilna zaroiły się od sowieckich ciężarówek, które oczyszczały z mieszkańców dom po domu. I my byliśmy na to przygotowani, ale ocaleliśmy. Nie zdążyli. Część pociągów z bydlęcymi wagonami pełnymi mieszkańców Wilna i okolic pozostała w rejonie dworca do przyjścia Niemców.

Życie codzienne

Szkoła Techniczna trwała nadal. Chodzenie na zajęcia organizowało w dużym stopniu mój czas w pierwszych latach okupacji hitlerowskiej. Ze szkoły wracałem ul. Kościuszki, w dół przez most na Wilence. Przed mostem były koszary wojskowe, teraz zamienione na obóz koncentracyjny żołnierzy radzieckich. Widziało się przez ogrodzenie wygłodniałe ludzkie szkielety. Wiele ryzykowaliśmy wrzucając za ogrodzenie wszystko, co mieliśmy do zjedzenia. Zdarzyło się kiedyś, że jakiś przechodzący Niemiec wyjął pistolet i wymachując nim krzyczał na nas „polnische schweine”. Na szczęście tylko krzyczał.

W domu było bardzo ciężko, jak wszystkim zresztą. Podstawowym posiłkiem była „piaciletka” - rozgotowana żytnia mąka polewana oszczędnie olejem i posypywana solą. Smakowała nam bardzo, ale repety niestety nie było. Dodatkiem był razowy chleb pół na pół, jak nam się wydawało, z trocinami i trochę buraczanej marmolady - to przydziały kartkowe. Nasz pies, Koera przestał jeść. Nie smakowała jej „piaciletka”. Chudła coraz bardziej. W końcu prawie przestała chodzić. Trzeba było ją uśmiercić. Nie pamiętam dlaczego ja miałem tego dokonać. Dr Kucharski dostarczył nam jakąś potężną truciznę, którą Mama umieściła w kawałku cudem zdobytego mięsa. Mięso włożyłem do torby i z Koerą na smyczy i łopatą pod pachą wolno poszliśmy nad Wilię. To było straszne przeżycie. Był to nasz ukochany, dzielny pies, ale wiedziałem, że w ten sposób skrócę jej męki, a jednocześnie oszczędzę moim bliskim tej przykrości. Byłem nawet dumny, że to ja, a może tylko tak sobie wmawiałem, żeby mi było nieco lżej. Nie męczyła się. Pochowałem ją nad Wilią, w skarpie, pod cerkwią.

Romek pracował w zakładzie drzewnym, gdzie przygotowywano opał dla samochodów na „holzgas”. Co jakiś czas przynosił trochę drobnego drewna na opał do kuchni. Pewnego razu, podczas cięcia piłą, zranił poważnie okolice oka. Litewski lekarz zoperował go i skończyło się bez komplikacji.

Erik i Bolek Hebrowski stali na rogu Mickiewicza i Sierakowskiego i jako „pilszczyki” z piłą i siekierami czekali na klientów, którym trzeba było pociąć i porąbać drzewo.

Arwid, studiował w Kownie, przysyłał od czasu do czasu coś w naturze, co otrzymywał za swoją praktykę lekarską czy jako instruktor narciarski, bo wciąż uprawiał zawodowo narciarstwo.

Innym sposobem zdobywania pieniędzy była sprzedaż znaczków pocztowych z ogromnej kolekcji naszego Ojca, które tylko Buba potrafił sprzedać najkorzystniej, bo tylko on się na nich znał. Ale dla Mamy najcenniejsze były rozmowy z Bubą, który zawsze potrafił ją rozweselić - żartował, wspominał dawne czasy.

Kiedy po latach pytaliśmy go, skąd brał ten optymizm, odpowiadał, że swoje życie traktował jak cenny prezent, ponieważ już wielokrotnie umierał i dlatego zna jego smak. Buba robił Mamie miłe niespodzianki. Np. tuż przed świętami poprosił Mamę o otwarcie w pobliżu stojącej szafy, w której Mama znalazła świąteczny prowiant. Była to zapłata za zrobione przez Bubę swetry.

Często obok naszej kamienicy pędzono do pracy grupy Żydów i grupy sowieckich jeńców. Jak wspomina Runar, Mama z jednym z nas stawała w bramie i przez szparę w furtce wystawiała rękę z chlebem. Na skutek powtarzalności tej akcji, chleb był sprawnie porywany.

Nie wszyscy z naszych kolegów czy znajomych tak ciężko szamotali się z życiem. Byli i tacy, którzy w tej dramatycznej sytuacji szukali haniebnie łatwej drogi. Właśnie kiedyś, kiedy Bolek i Erik wracali ze swojej „pilszczykowej roboty”, ktoś objął ich z tyłu za ramiona. Odwrócili się - był to Miszka Woronin w mundurze niemieckiego oficera. Miszka, nasz kumpel ze Zwierzyńca. Nie wstydził się. Zamiast unikać takich spotkań, sam ich zaczepił i proponował pracę - odmówili oczywiście i szybko się pożegnali.

Bolkowi groziło wywiezienie na roboty (dostał wezwanie). Spotkał dawną dobrą znajomą, zresztą którąś tam z rzędu dziewczynę Erika, Tamarę Pawlukiewicz, i opowiedział jej o swoim kłopocie. Ta natychmiast zaproponowała mu pomoc. Miał zgłosić się pod podany adres. Była to siedziba wywiadu na Litwę i Białoruś majora Christiansena. Zastał tam Tamarę, a również dwóch Jakobich, naszych sąsiadów z Moniuszki. Woronin i Tamara - byli pochodzenia rosyjskiego - można tu tłumaczyć ich wyobcowaniem z polskiego środowiska, Jakobi byli Niemcami, ale była też np. Wanda Weleżyńska, moja koleżanka od Czackiego (zastrzelona za współpracę z Niemcami) i byli jeszcze inni (Korczyc, Lendzin), rdzenni wydawałoby się Polacy. Byliśmy świadkami przemian znajomych, przyjaciół, przemian, których nikt z nas nie mógłby wcześniej sobie wyobrazić. Czyżby czas wojny był czasem prawdy?

Po ukończeniu Szkoły Technicznej......

Praktykowaliśmy w różnych warsztatach mechanicznych. Ja dostałem się do warsztatów napraw motocyklowych Maksymowicza na Tatarskiej, później przemianowany na HKP (Heereskraftfahrpark). Reperowano tu motocykle, najczęściej przywiezione z frontu. Były to Zündappy i BMW. Wszystkie pomalowane na szaro. Byłem pomocnikiem majstrów. Kiedyś Maksymowicz, chcąc mi zrobić przyjemność, wsadził mnie na swojego „Rudźa”. Czułem się malutki, jakbym siedział no, może nie na beczce prochu, ale na potężnym, groźnym koniu. Zrobiłem małą rundę i miałem dość. Nie sprawiało mi przyjemności jechać na czymś, nad czym się nie panuje i co w każdej chwili można zniszczyć bez możliwości odszkodowania. Ale to była „pestka” wobec innego zdarzenia.

Pewnego dnia przyszedł do warsztatu młody, wysoki, niemiecki oficer w szaro-niebieskim, ceratowym płaszczu. Rozmawiał z Maksymowiczem. Ten zawołał mnie i polecił iść z Niemcem. Myślałem, że chodzi o zepsuty motocykl. Tymczasem na ulicy stało wyścigowe BMW. Niemiec wskazał mi miejsce obok kierowcy. Prowadził sam. Ruszył gwałtownie z miejsca w kierunku Wielkiej. Wciąż myślałem, że wiezie mnie do zepsutego motocykla, który będę musiał dopchać do warsztatu.

Niemiec wciąż na gazie skręcił nagle w Wielką, zarzucając uderzył tyłem w przejeżdżającą dorożkę, popędził przez miasto, aż znaleźliśmy się na szosie prowadzącej do Mińska. Szosa zawiana śniegiem. Niemiec dodaje gazu, przebija się z łoskotem przez jedną, drugą zaspę wreszcie uderza w trzecią, odbija się od jednego drzewa i uderza w drugie. Żyję! Czuję zapach benzyny. Niemiec blady jak płótno otwiera drzwi i wychodzi z samochodu (Całą drogę czułem od niego alkohol). Staje na środku szosy twarzą w kierunku Mińska. Ja siedzę w samochodzie wciąż przerażony.

Wkrótce pojawia się w kierunku Wilna kolumna samochodów Wehrmachtu.

Oficer zatrzymuje pierwszy samochód, sam siada obok kierowcy ciężarówki, a mnie biorą na hol i tak wracamy do Wilna. Trzymając kierownicę słyszałem łomot jakiejś części podwozia uderzającej o jezdnię. Po pewnym czasie wjechaliśmy w wielką błotną kałużę tuż przed jakimś warsztatem.

Tam mnie zostawiono i stamtąd w mokrych butach wróciłem do domu. Analizowałem potem przyczynę zachowania się Niemca. Mogło być tak: dostał skierowanie na front wschodni. Miał stawić się w Mińsku. Wszyscy bali się przecież panicznie frontu wschodniego. Zdeterminowany, popiwszy zdrowo dla kurażu, chciał na szosie, jadąc niby z zamiarem dojechania do Mińska, spowodować wypadek. Wolał ryzyko zranienia czy nawet kalectwa niż wyjazd na front wschodni.

Ja mogłem być świadkiem nie zamierzonego wypadku czy też jakimś zabezpieczeniem przeciw działającej w tym rejonie partyzantce. Może tak, a może nie. W każdym razie najadłem się porządnie strachu.

Aresztowanie Erika (i mnie)

W tamtym czasie nastąpiły dla naszej Mamy dramatyczne wydarzenia.

Pewnego popołudnia wracałem w brudnym kombinezonie z warsztatu. W odległości około 20 m od wejścia do naszego domu zobaczyłem Erika idącego z Wićką Siemaszko i jakimiś dwoma facetami. Pozdrowiłem ich i wtedy ci dwaj kazali iść mi z nimi. Byli to dwaj litewscy gestapowcy w cywilu.

Tak znaleźliśmy się w podziemiu gmachu Gestapo przy Mickiewicza, między Ofiarną i 3 Maja. Posadzono nas w oddzielnych celach. Było ze mną jeszcze dwóch innych zatrzymanych. W górze przez poziomą szparę okienka widzieliśmy nogi przechodniów ul. Ofiarnej. Martwiłem się o Mamę. Zaczęły się przesłuchania. Wzywano mnie na górę wielokrotnie. Sadzano mnie na stołku facet stojący za mną bił mnie nieoczekiwanie w twarz, tak że spadałem ze stołka i znów kazano mi siadać. Świecili w oczy i bili. Nie mogli ze mnie nic wydobyć, choćby dlatego, że Erik nie wprowadził mnie w sprawy swojej pracy w organizacji, a oni o to pytali. Kiedyś siedząc w celi słyszałem, jak katowali Erika. Słyszałem jego głos, słyszałem jak wleczono go po korytarzu.

Pamiętam moje ostatnie przesłuchania. Pytano mnie czy nie handlowałem z Żydami. Poczułem ulgę. Może za to przestępstwo mnie nie zabiją. Oczywiście nie przyznałem się do niczego i była to prawda. W tym czasie nie należałem do organizacji i nie handlowałem z Żydami.

Kopniakiem w tyłek wyrzucono mnie z Gestapo na chodnik ul. 3 Maja. Nie byłem jednak, i słusznie, pewny swojej wolności. Zamiast do domu pobiegłem do dra Kucharskiego, a stamtąd wraz z również zagrożonym Wowką Paszkiewiczem, wysłano nas do Jaszun - mająteczku dra Kucharskiego, gdzie gospodarował jego starszy brat Antoni. Był to mężczyzna w podeszłym wieku wysoki, chudy, bez przerwy psujący powietrze.

Karmił nas żurkiem(wciąż rozwadnianym) ze stojącego stale na kuchni garnka i ziemniakami. Pędził do roboty i stał nad nami w czasie posiłków pilnując, żebyśmy za długo nie jedli. Przypominało nam to czas spędzony u fermera na Łotwie. Po pewnym czasie mieliśmy tego dość i wróciliśmy do Wilna.

Tu czekały na mnie dwie wiadomości: tuż po wyrzuceniu mnie z przesłuchań Gestapo było po mnie z powrotem i tę najważniejszą, że Erik wraz z Wićką uciekli z więzienia na Łukiszkach.

Po jego ucieczce Niemcy byli również u nas w domu. Tym razem rozpruli cały doszczętnie. Szukali wszędzie. Opowiadała mi o tym uśmiechnięta, szczęśliwa do łez Mama, dla której te rewizje były dowodem, że jesteśmy na wolności.

Po otrzymaniu tej wiadomości poszedłem na plac Łukiski, żeby dowiedzieć się od przekupek, jak to było z ucieczką więźniów. Na rogach ulic stały karabiny maszynowe, a one modliły się, żeby więźniom udało się uciec. Mówili, że przepłynęli przez Wilię, co, jak dowiedziałem się później, nie było prawdą. Wtedy też, po raz pierwszy od jego ucieczki z więzienia, zobaczyłem Erika na strychu domu Fajksa (dawnego korepetytora Arwida i Runara) w Nowowilejce. Ukrył się tam po swojej kolejnej ucieczce. Wyglądał fatalnie, nie miał kilku przednich zębów. Opowiedział mi wtedy swoje dotychczasowe losy. Był bardzo zaangażowany w pracy organizacji. Nie mówił na czym ona polegała. Domyślałem się tylko, że mógł to być również udział w wykonywaniu wyroków na Niemcach i kolaborantach. Został podobno wydany przez członka organizacji uprzednio aresztowanego. Wraz z Witkiem zostali skazani na karę śmierci. Oczekiwali na wykonanie wyroku. Wyrwał się śmierci.

Jak Erik uciekł z Łukiszek?

Ucieczkę planowali już wcześniej. Erik, jak tylko mógł, starał się utrzymać sprawność. Fizycznie był zawsze bardzo silny, do czego przyczyniła się również jego szkoła morska. Po różnych symptomach czytelnych dla więźniów wiedzieli, że egzekucja jest bliska. Postanowili uciekać. Erik namawiał również do ucieczki Paszkiewicza (kolegę Arwida z gimnazjum Mickiewicza, który studiował w Sanitarce w W-wie), ale ten nie zdecydował się i został rozstrzelany.

Obaj z Wićką zapisali się do dentystki. Przed gabinetem była spora kolejka, ustawiająca się wzdłuż ściany wewnętrznego podwórza, pilnowana przez drzemiącego strażnika. Erik bez wahania zaczął wspinać się po rurze spustowej, Witek po kracie okiennej za nim. Kiedy Erik będąc już na dachu podawał rękę Witkowi, padły pierwsze strzały.

Uciekinierzy biegli dachami, w dobrze obmyślanym uprzednio kierunku, z poziomu na poziom, wreszcie na ulicę - Więzienny Zaułek. Witek skacząc wbił się w beczkę na wodę, Erik beczkę przewrócił i razem, początkowo biegnąc, potem udając normalnych, spokojnych przechodniów przeszli ulice Tartaki, Mickiewicza, most Zwierzyniecki, następnie brzegiem Wilii za Łysą Górę do mająteczku Kochanowskiego, znanego szybownika, ich kolegi szkolnego. Stamtąd po kilku dniach przeniesiono ich do Wilna.

Nasza siostra Irma z inż. Pekszą (współodkrywcą grobów królewskich w katedrze Wileńskiej) znaleźli im wreszcie bezpieczne, wydawało się, schronienie w majątku żony premiera i ministra II Rzeczypospolitej Zyndrama Kościałkowskiego, w Orwidowie koło Niemęczyna.

...i jak się ukrywał

Mieszkali tam w domku przy stawach rybackich, których mieli pilnować. To sielskie życie przerwała obława Szaulisów, spowodowana donosem szkolnego kolegi Erika, Korczyca, jak się okazało konfidenta Gestapo. Erik zorientowawszy się, wyskoczył przez okno obory, w której wtedy był, i uciekł w kierunku lasu, za nim biegł zaprzyjaźniony pies. Zostali spostrzeżeni. Rozległy się strzały. Zdołali dobiec do lasu. Pościg trwał bardzo długo. Kiedy wyczerpani leżeli w zaroślach, tuż obok usłyszeli trzask łamanych gałęzi. Pies poderwał się i pobiegł w tamtym kierunku. Słychać było szamotanie się człowieka z atakującym psem. Erik zaczął uciekać. Usłyszał strzał. To musiał zginąć jego czworonożny przyjaciel. Pies odwrócił uwagę nagonki. Erik dotarł do Kolonii Wileńskiej, do domu ratującego nas skutecznie ze szkolnych opresji dawnego korepetytora Fajksa, skąd po kilku dniach siedzenia na strychu znów Irma i Peksza przeprowadzili go na folwark w Skorbucianach, na skraju puszczy Rudnickiej.

Właścicielami folwarku byli państwo Leszczyńscy, głęboko zaangażowani w konspiracji. Ich synowie byli naszymi kolegamiz gimnazjum Zygmunta Augusta, starszy Janek - Erika, młodszy Jurek - moim, też z klubu sportowego „Wiktorianka”.

W Skorbucianach mieszkała również ich siostra Alicja nb. sympatia Erika (gdzie ten Erik nie miał sympatii?). Zgodnie z tym, co opowiada Bolek Hebrowski, Erik znalazł się w Skorbucianach w pierwszych dniach marca 1943 r., a w miesiąc potem Bolek, który po wpadce jego komórki organizacyjnej również musiał się ukrywać. Byli tam długo - do Bożego Narodzenia. Erik (teraz Antoni) Bolek –(Piotr), i Paweł, fornal, uprawiali ziemię.

Janek administrował, Alicja zajmowała się domem. Majątek był punktem przerzutu broni, którą zwozili z zaprzyjaźnionego folwarku. Wiosna, lato i wczesna jesień była spokojna. Późną jesienią zaczęły się najazdy band: rosyjskich, białoruskich, a zdarzało się i polskich. Były to akcje czysto rabunkowe. Żądali jedzenia i wódki. Ucztowali na miejscu, strzelali, nierzadko popisując się celnością ustawiali domowników pod ścianą i strzelali ponad głowami. Ładowali wozy wszystkim, co im się spodobało. Czasem musieli im towarzyszyć domownicy, których furmankę bandyci rozładowywali w jakimś miejscu puszczy i kazali wracać. To był najgorszy moment, bo nie wiadomo było, czy wypuszczą ich żywych. Po paru takich najazdach musieli pomyśleć o bezpieczeństwie Alicji, którą odtąd na odgłos ujadania psów spuszczali na odpowiednio przygotowanych linach do nieczynnego komina. Taki stan trwał do Wigilii, kiedy to Erik i Bolek zdecydowali się opuścić Skorbuciany i z dokumentami na obce nazwiska wyjechali do Lidy.

Chcąc zachować ciągłość narracji o losach Erika, opuściłem zdarzenie, które dotyczyło nas obu. Kiedy wróciłem z Jaszun do Wilna, dla zatarcia za sobą śladów przed Gestapo, nikomu o tym nie mówiąc, dałem ogłoszenie w prasie, że umarłem.

Ukrywający się Erik, po przeczytaniu nekrologu wyszedł z ukrycia i na tendrze lokomotywy przyjechał do Wilna, żeby pocieszyć Mamę, która o niczym nie wiedziała) i dowiedzieć się, jak to się stało. Oczywiście zastał mnie żywego. Zdałem sobie wtedy sprawę, jaki byłem nieodpowiedzialny: naraziłem mego wspaniałego brata na śmiertelne niebezpieczeństwo, a Matkę na niepotrzebną rozpacz. Erik zamiast dać mi w mordę, pokiwał tylko głową.

Moja sytuacja w Wilnie

Moja sytuacja w Wilnie była nadal niepewna. Oprócz powtórnego aresztowania zachodziła groźba wywózki na roboty do Niemiec. I tym razem pomogli mi Irma i Peksza, którzy w trudnych sytuacjach działali niezawodnie, niewidzialni a skuteczni, jak świeże powietrze. Wspaniale zorganizowana była podziemna siatka AK.

Komisarzem Wilna był Hingst, wysoki, otyły „szwab” z obwisłą twarzą, a zarządcą terenu Góry Buffałowej, gdzie mieszkali pracownicy komisariatu, był Kuhn - (?) niski, okrągły, energiczny gestapowiec. W tej paszczy lwa AK organizowała schronienia dla zagrożonych. Zatrudnienie tu chroniło przed wysyłką do Niemiec. Doradcą Kuhna w sprawach gospodarczych był pan Wysoczyński (?), członek AK. Jako pierwszy znalazł tu schronienie Julek Łebkowski. Znał dobrze niemiecki. Był lokajem Kuhna.

Ja poprzez Irmę i Pekszę zostałem zatrudniony jako dozorca i palacz w kotłowni co. wojskowego kasyna. Pewnego dnia odgarniając śnieg zauważyłem po drugiej stronie ulicy grupkę Żydów z opaskami sprzątających śnieg. Młody oficer w beżowym mundurze kazał jednemu ze sprzątających przeleźć pod zwałem śniegu, po czym, gdy ten ukazał się po drugiej stronie, zastrzelił go. Ktoś mi mówił, że ten hitlerowiec jeździł przed śniadaniem do getta, żeby postrzelać dla dodania sobie apetytu. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że ten zbrodniarz, gdy dostał skierowanie na front, rozpłakał się rzewnie.

Pracując w kotłowni, zakradałem się do magazynów kasyna i kradłem alkohol, który potem sprzedawałem. Było to wielkie ryzyko, bo butelki łatwo jest policzyć. Często słyszałem głos zdenerwowanej zarządzającej, wymyślającej służbie. Po pewnym czasie zostałem przeniesiony do magazynu narzędzi. Nie warto byłoby o tym pisać, gdybym nie zobaczył tam Pawła Jasienicę, który przyszedł do magazynu po jakieś narzędzia. Przypomniałem sobie to spotkanie, kiedy dobrze po wojnie usłyszałem o wielkim Jasienicy. To potwierdza, jak wielka była rola AK w osłanianiu ludzi zagrożonych.

Ta moja praca chroniła mnie w jakimś stopniu, ale po pewnym czasie musiałem ją rzucić, bo sytuacja w domu stawała się coraz tragiczniejsza. Mama z Bubą uruchamiali wszelkie możliwe rezerwy. Buba leżąc w gipsie wciąż sprzedawał znaczki z kolekcji Ojca i nadal robił swetry w norweskie wzory, za które dostawał żywność. Sporadyczna pomoc Arwida, chociaż bardzo istotna, nie zmieniała naszego położenia.

Romek w tym czasie pracował w lesie z Bolkiem (zanim ten znalazł się w Skorbucianych), a właściwie na polecenie Irmy pod opieką Bolka. Pod nieobecność Arwida, Erika, Runara czy mnie z naszego domu korzystało AK na schronienia dla potrzebujących. Mieszkali u nas m.inn. Julek Łebkowski (kiedy przestał pracować u Hingsta), Karlik, Ślązak, dezerter z Wehrmachtu, i wielu innych.

Rzuciłem więc pracę u Hingsta i zacząłem handlować. Był to handel wymienny z Niemcami: słonina za buty. Jeździło się ze słoniną z Wilna do Mińska w bydlęcych wagonach. Podróż była sympatyczna i wesoła. Jechało się najczęściej siedząc ze spuszczonymi nogami w otwartych drzwiach wagonu, śpiewając najczęściej: ...liitieli guusi, s dalookawo kraja... Każdy z nas pod płaszczem miał na plecach i na piersi uwiązane połcie słoniny, coś w rodzaju słoninowego poncza. W umówionym miejscu w Mińsku następowała wymiana. Ale któregoś dnia żandarmeria otoczyła miński dworzec, rozebrano nas z naszych poncz, które powiększyły górę już odebranej słoniny. Dobrze, że na tym się skończyło (Niemcy mieli w tym swój interes - nie likwidując przewoźników mieli zapewnioną dostawę żywności kiedy tylko jej potrzebowali).

Słonim

Nie chciałem więcej ryzykować i zdecydowałem się wyjechać z grupą kolegów na roboty do Słonimia. Było to jesienią 1943 r. Mieszkaliśmy w jednym pokoju: Julek, Zbiga, Czesio, Kaza, Zbyszek oraz Zyga, wyśpiewujący nam mnóstwo przeważnie rosyjskich romansów, i ja. Pracowaliśmy przy robotach ziemnych. Ja pracowałem przy obsłudze pompy wypompowującej wodę z rowów. Roboty prowadzili Niemcy, dzięki czemu mieliśmy ausweisy z „wroną”, które umożliwiały nam swobodne podróżowanie do Wilna.

Stwarzało to znów okazję nie do odrzucenia - możliwość jakiegoś handlu. W Słonimiu zaopatrywaliśmy się w hacele, gwoździe do podkuwania koni, które wymienialiśmy w Wilnie na żywność. Przy tej okazji przeżyłem dość niebezpieczną przygodę: mając na sobie plecak pełen tych gwoździ przechodziłem przez tory na dworcu w Mińsku , potknąłem się i upadłem. Ciężar plecaka był tak duży, że nie pozwalał mi podnieść się, przerzucał mnie z jednej strony na drugą. Handel był zabroniony, miałem niemiecki plecak, miotałem się coraz bardziej nerwowo prawie na oczach żandarmów. Jakoś udało mi się w końcu wstać i z duszą na ramieniu przeszedłem obok kręcących się Niemców. Nie widzieli, albo nie byłem obiektem godnym zainteresowania.

Wojenne paradoksy - np. Pupkiewicz.

Po pewnym czasie pojawił się w Wilnie Wićka Siemaszko - Erika towarzysz ucieczki z Łukiszek. Przyszedł w towarzystwie małego, lekko łysiejącego brunecika - Józefa Pupkiewicza. Jego postawa, rozbiegane oczy, znajomość litewskiego i niemieckiego - wszystko to przypominało mi gestapowca, który aresztował Erika, a zgarnął i mnie. Wydawał się szczególnie podejrzany, ponieważ manifestacyjnie dużo pił, grał w karty, co zdawało się umożliwiać mu penetrację środowiska. Były to pozory, które miały zmylić nie tyle nas co Niemców. Okazało się, że działał w kwatermistrzostwie AK okręgu wileńsko-nowogródzkiego. Był zarządzającym mleczarniami w białoruskim „Ostlandzie” z siedzibą w Lidzie i organizował pracę w mleczarniach dla „spalonych” takich jak Erik czy Bolek Hebrowski, którzy, jak ten ostatni, mieli za zadanie penetrację niemieckich placówek wojskowych.

Pupkiewicz np. przygotował akcję (w której brał również udział mój brat Runar) wywiezienia z garbarni wozu skóry na potrzeby AK. Kiedy sytuacja w Wilnie zaczęła zagęszczać się niebezpiecznie, to on właśnie zorganizował nam pobyt na wsi, gdzie w grupie kilku osób spędziliśmy prawdziwie relaksowe dni. Moje relacje z Pupkiewiczem były zupełnie luźne, ale piszę o nim, bo jego sylwetka i kontrastująca z nią działalność wzbogaciła mój sąd o złożoności i niejednoznaczności postaci ludzkiej.

Moja praca kierowcy

„Fabryka mebli” mieszcząca się w pobliżu Zielonego Mostu była miejscem nowej pracy – mojej i Wićki. „Fabryka mebli” w cudzysłowie, bo w rzeczywistości był to parawan dla różnych spekulacji. Wićka miał być kierowcą, ja jego pomocnikiem. Jeździliśmy starym, z przedłużoną skrzynią zardzewiałym ZIS-em na holzgaz. Była zima. Olej zastygał, korbą ani ruszyć. Udawało nam się uruchamiać go rozpalając pod motorem ognisko i podlewając świece benzyną. Woziło się wszystko, tylko nie meble. Kiedyś zatrzymaliśmy się na Małej Pohulance, koło cerkwi, i wtedy zauważyliśmy z prawej strony tuż przed motorem stojącego na chodniku tego litewskiego skurwysyna, który nas aresztował. Skuleni, z duszą na ramieniu siedzieliśmy bez ruchu, aż sobie poszedł. Po pewnym czasie Witek dostał lepszą robotę - na małej ciężarówce, opel-blitz. Dał mi się przejechać. To było cudo w porównaniu z tym, z czym zostawałem.

Nadchodziły Święta Wielkanocne. Mój szef zarządził wyjazd w głąb Litwy po świąteczny prowiant. Wyjechaliśmy stosunkowo późno. Obok mnie usiadł szef. Szybko zrobiło się ciemno, trzeba więc było jechać ze światłami. Zaczął prószyć śnieg. Widoczność była fatalna. Po kilku godzinach jazdy zmęczony widziałem coraz gorzej. Prosiłem szefa, żeby zatrzymać się na chwilę, abym mógł nieco otrzeźwieć. Nie zgodził się mówiąc, że już niedaleko, że prześpię się w czasie załadunku. Tak jadąc musiałem chyba przysnąć na chwilę, bo kiedy otworzyłem oczy - słup, w który o mało nie rąbnąłem.

Zatrzymałem i oświadczyłem, że dalej nie pojadę. Szef tym razem siedział cicho. Wyszedłem na szosę. Było czarno i padał śnieg. Wysikałem się, zrobiłem parę przysiadów i ruszyliśmy dalej. O świcie byliśmy na miejscu. Poszedłem spać. Kiedy się obudziłem, skrzynia samochodu była wyraźnie przeładowana. Powiedziałem to szefowi. Kazał jechać na jego odpowiedzialność. Ruszyliśmy. Wokół była biała zima. Czułem zawiesiste bujanie przeładowanej skrzyni i wysiłek motoru. Mniej więcej w połowie drogi złapaliśmy gumę. Ciężki samochód wgniatał lewarek w pobocze drogi. Aby zmienić gumę, należało rozładować skrzynię. Szef nie zgodził się. Wsiadł w jakąś jadącą do Wilna ciężarówkę, a mnie kazał czekać.

Rzeczywiście po paru godzinach zjawił się z pustą ciężarówką, towar został przeładowany i wraz z szefem odjechał do Wilna, a ja zostałem sam ze swym zardzewiałym, kulawym gratem. Robiło się ciemno, zdążyłem jednak zmienić oponę. Próbowałem zapalić, ale na próżno. Motor wystygł. Było mroźno i już całkiem ciemno. Rozejrzałem się wokół i w dali dostrzegłem małe światełko. Poszedłem w tym kierunku, na przełaj brnąc w śniegu. Dotarłem do samotnej chałupy i ogarnęły mnie wątpliwości, czy wchodzić. Przypomniała mi się opowieść uciekiniera z Polesia, który uratował się cudem, przed zjedzeniem przez mieszkańców może podobnej chaty.

Ale tu była Litwa, nie Polesie, a zmarznięta twarz, ręce i stopy uprzedzały o niebezpieczeństwie pozostania na mrozie. Nie miałem innego wyjścia: zapukałem i wszedłem. Buchnęło ciepło.

W niskiej izbie przy niedużym stole siedziała rodzina jedząc wieczerzę. Nikt mnie o nic nie pytał. Poprosili do stołu. Na środku stała miska roztopionej słoniny ze skwarkami, a obok sterta dużych blinów. Trzeba było wziąć blin w obie ręce, zaczerpnąć nim ciepły tłuszcz ze wspólnej miski i włożyć go do ust przy czym tłuszcz obficie spływał po brodzie. Było to wspaniałe, niezapomniane uczucie ciepła, sytości i bezpieczeństwa. To była rodzina litewska, mimo że mówiąca po polsku. Wskazywał na to ten posiłek.

Gorzej było ze snem, bo oblazły mnie pchły. Wiedząc, że w taką mroźną pogodę motoru nie uruchomię, poprosiłem gospodarza o konie. Pojawił się wkrótce dwukonny zaprzęg z łańcuchami. Kiedy jechaliśmy pod górę, dystans między przednim zderzakiem a końskimi zadami wydawał mi się dostateczny, ale szybkość zbyt mała, ale kiedy jechaliśmy z góry i kiedy mógłbym się rozpędzić, bałem się że przy zbyt krótkich łańcuchach mógłbym połamać koniom nogi. Przedłużyć łańcuchów nie było czym. Widząc, że nic z tego nie będzie zaprzestałem prób. Podziękowałem sympatycznym gospodarzom, którzy mi serdecznie współczuli. Jakiś czas jeszcze próbowałem rozruszać motor korbą. Na próżno. Było późne popołudnie, pomoc się nie zjawiła. Zakląłem, splunąłem i pieszo powędrowałem do Wilna.

Wkrótce znalazłem robotę w podobnym przedsiębiorstwie, z tym że ZIS był w znacznie lepszym stanie, ale również na holzgaz. Zapotrzebowanie na byle fachowców, w niktórych zawodach, było dla nas zbawienne, bo w tamtych czasach nikt nie pytał, jak się nazywasz i czy masz uprawnienia do wykonywania tego zawodu? Sam odpowiadałeś za siebie. Ja np. po praktyce jazdy przez Litwę czułem się pewnie jako kierowca, a braki w zawodzie nadrabiałem odpowiednią „gadką”, że od dziecka jeżdżę, że ojciec kierowca itp.

Praca w nowym miejscu nie trwała długo, a rozstanie nastąpiło w następującej sytuacji: miałem wjechać w bardzo wąską bramę. Samochody na holzgaz miały umieszczony z przodu, przed zderzakiem poziomy, długi zbiornik. Z siedzenia kierowcy był bardzo źle widoczny. Po kilku nieudanych próbach mówię do szefa, że nie wjadę. A on na to: „jesteś dobrym kierowcą i masz wjeżdżać na moją odpowiedzialność”. Ruszyłem i oczywiści zawadziłem zbiornikiem. Wysiadłem z szoferki mówiąc, że mam w dupie taką robotę i poszedłem do domu.

Trzecią próbę jako kierowca podjąłem całkiem przypadkowo. Szliśmy z Lopkiem Anforowiczem Małą Pohulanką, lewą stroną pod górę i w pewnym momencie zauważyliśmy szeroko otwartą bramę, a na niej napis „potrzebni kierowcy”. Za płotem stało kilkanaście gazików - ciężarowe samochody mniejsze od ZIS-a. Były to „zdobyczne” samochody, przetransportowane prawdopodobnie prosto z frontu. Zgłosiliśmy się. Ja jako kierowca, Lopek jako pomocnik. Szef nazywał się Hasenfuss. Wskazał nam gazik benzynowy i polecił go uruchomić. W ciągu kilkunastu minut gazik pracował.

Szef zaskoczony tym tempem uznał nas za fachowców i kazał zaraz jechać po piecyki na holzgaz. Ruszyliśmy. Lopek siedział w skrzyni z tyłu, Hasenfuss obok mnie. Przez bramę wjechałem zbyt dobrze, zbyt szybko. (Co odczuło się przy nagłym skręcie). Mój sąsiad zaniepokoił się i „szemrał”, że jadę za odważnie. Nadrabiałem miną. Nie spodziewałem się takiej zrywności maszyny, spowodowanej chyba napędem benzynowym, do którego nie byłem przyzwyczajony. Jechaliśmy pod górę na dwójce. Prędkość była niewielka. Pod cerkwią skręciliśmy w lewo, w ul. Piłsudskiego. Przede mną pusto, szeroka jezdnia - dodałem gazu. Kiedy na sporej prędkości dojeżdżaliśmy do ul. Wiwulskiego nagle Hasenfuss kazał skręcić w lewo. Nacisnąłem hamulec i jednocześnie zrobiłem skręt kierownicą. Samochód nie stracił szybkości i znaleźliśmy się w odśrodkowym dynamicznym skręcie. Hasenfuss rzucił się na kierownicę, uniemożliwiając mi skręt w kierunku przeciwnym. Gnaliśmy prosto na pnie drzew. I stało się: silne uderzenie czołowe, Lopek wyleciał ze skrzyni aż na maskę motoru, łamiąc sobie, jak się okazało, żebro, a przerażony Hasenfuss krzycząc coś uciekł z samochodu.