Partyzantka
Pierwszy kontakt
Nie należałem formalnie do AK, mimo że cały czas w jakiś sposób byłem wciągany pośrednio w różne akcje.
Ale gdy na obrzeżu Wilna zaczęły formować się oddziały partyzanckie, pewnego popołudnia na przełomie kwietnia i maja grupa w składzie: Erik, Romek, Lopek, Julek, Tadzik Rogoziński i ja, pod wodzą Jana Pekszy znaleźliśmy się w drodze do oddziału. Pierwszy kontakt był dla mnie bardzo przykry. Kiedy wchodziliśmy do wsi, w której stacjonował nasz oddział, trafiliśmy na scenę bicia chłopa w gołą dupę za to, że nie chciał zdradzić miejsca, gdzie schował sól. Na szczęście była to jedyna taka scena, której byłem świadkiem. Zostaliśmy partyzantami VI Wileńskiej Samodzielnej Brygady Partyzanckiej majora „Konara”. Przydzielono nas do nowo formowanej szkoleniowo-szturmowej kompanii porucznika „Stracha”. Dowódcą plutonu był por. „Bąk”, drużyny - „Sękacz”, tj. mój brat Erik. Do drużyny należeli: jego dwaj bracia „Gruby” - Romek i „Kolka”, czyli ja, „Lech” - Tadeusz Rogoziński, „Panienka” - Zbigniew Machnowski, „Rels” - Marian Czerniawski, „Fred” - Julian Łebkowski, „Jarząb” - Henryk Reniger, „Kmita” - Jerzy Skorbutan, jego brat „Redlica - Stanisław i „Dyba” - Stanisław Anforowicz, który opuścił oddział wcześniej, ponieważ w domu zostawił żonę i chyba synka.
Szkolenie
W mojej pamięci pozostały szkolenia w zakresie minowania torów, prowadzone przez „Lisa” (podobno zrzutek z Londynu), długie, nocne marsze, podczas których spaliśmy na zmianę: ten, kto przysypiał, szedł w środku. Pamiętam „wytęsknione” przystanki oddziału przed przekraczaniem torów. Dla naszego bezpieczeństwa podczas przemarszu tory były minowane z obu stron naszej trasy. Były to krótkie, ale wspaniałe chwile. Tak, jak staliśmy, kładliśmy się na ziemi, aby trochę odpocząć. Nie orientowałem się, gdzie jesteśmy i po co tak chodzimy.
Podczas marszów widywałem „Krzycha” - Tadeusza Mongirda, czy też „Lisa”, jak samotnie krążyli obok kolumny. Domyślałem się, że jest to nasz wywiad, który wcześniej rozeznaje teren. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że celem brygady wyznaczonym przez londyńskie władze było wysadzenie mostu kolejowego na Mereczance. Był to ważny punkt strategiczny, silnie strzeżony przez Niemców. Stąd to ciągłe kluczenie brygady wokół celu, zakaz wikłania się w walki i oczekiwanie sygnału z Londynu do wykonania akcji.
Pierwsze akcje bojowe
Pierwszy chrzest bojowy przeszliśmy w parę dni po przyjściu do oddziału. Nasza kompania kwaterowała we wsi Ogrodniki koło Koniawy. Rano od strony drogi rozległy się strzały. Zostaliśmy zaskoczeni przez plechawicziusów (litewskie oddziały, powołane przez Niemców do walki z partyzantami.) Wywiązała się strzelanina, w której było kilkunastu zabitych i rannych partyzantów. A ze strony litewskiej sądząc po ilości trumien wywiezionych na lorach z pobliskiej stacji ok. 50 zabitych. Jak przypuszczano, ten tragiczny incydent miał miejsce na skutek donosu przewodnika, Litwina, który uciekł z naszej kompanii.
Z perspektywy i czasu, i szeregowej pozycji mojej i moich współtowarzyszy wszystko to pozbawione było jakiegoś normalnego, ludzkiego sensu. Wplątani byliśmy w jakiś koszmar krwawych rozgrywek. Żyliśmy przecież obok siebie od setek lat, bezkonfliktowo. Zamiast wspólnie walczyć z oczywistymi wrogami i okupantami, ktoś na górze zdecydował postawić nas na przeciw siebie z bronią w ręku. Zamiast, jak chciał Piłsudski, stworzyć z Białorusią, Litwą i Ukrainą małą „Wspólną Europę”, wyprzedzić o trzy ćwierci wieku „Zjednoczoną Europę”, nasz i ich szowinizm doprowadził do wzajemnego wymordowania się wielu najlepszych ludzi. Czekamy teraz i my, i oni w przedpokoju tej wielkiej, zjednoczonej Europy, która nieufnie przygląda się naszej wzajemnej nietolerancji i czeka, co z niej wyniknie.
Po około miesięcznym pobycie w oddziale mieliśmy przejść zaplanowany chrzest bojowy. Było to podczas akcji na strażnicę w Rudni (?). Pozostawiono nas w odwodzie, w lesie. Słychać było strzały od strony rzeki. Odezwały się też z naszej strony, ale szybko ucichły. Czekaliśmy na rozkaz. Strażnicę zdobyto bez nas i szczęśliwie bez strat.
Wstrząsem dla mnie był wyrok sądu wojskowego, skazujący jednego z partyzantów na karę śmierci za „bezzasadne i niedozwolone użycie broni przeciw żołnierzowi własnej jednostki”. Tu z całą surowością ujawniły się wojenne prawa. Pewnego razu późnym wieczorem braliśmy udział w rekwizycji żywności. Mieszkańców wsi nie było, bydła również nie. Musiała to być wioska litewska, bo uciekli chyba przed nami. Kiedy zbliżałem się do drzwi spichlerza, z tyłu rozległ się terkot automatu, a moją głowę otoczył wianuszek pocisków. Padłem na ziemię, a któryś z kolegów puścił serię w krzaki, skąd padła seria. Wyszedłem cało. Podczas podobnej akcji zginął partyzant, świeżo przybyły do naszej kompanii. Stojąc na posterunku, zaatakowany z tyłu, zginął od bagnetu wbitego po rękojeść.
Podczas jednego z postojów ktoś doniósł, że w pobliżu biwakują Niemcy. „Bąk”, dowódca naszego plutonu, polecił „Sękaczowi”, żeby ze swoją drużyną rozprawili się z nimi. Skradając się niepostrzeżenie doszliśmy do stodoły, za którą w młodniaku biwakowali Niemcy. Na znak „Sękacza” rozproszyliśmy się, a następnie biegnąc tyralierą krzyczeliśmy „Hurraa...”. Niemcy byli w pełni zaskoczeni, leżeli odpoczywając. Chwyciłem leżące na mchu parabellum. Usłyszałem terkot automatu, ale na szczęście był to tylko szmajser w rękach „Lecha”, który próbował zdobyczną broń. Niemcy zostali rozbrojeni bez oporu. „Sękacz” polecił ustawić ich w szeregu. Odebraliśmy im płaszcze i niektórzy z nas wymienili buty. Tylko buty ortopedyczne, zostawiliśmy noszącemu je Niemcowi. Takich niekompletnie ubranych i rozbrojonych „Sękacz” puścił wolno (za co od dowództwa otrzymał naganę). Była to akcja nieduża, mały incydent nie wart wspomnienia, gdyby nie to, że „Sękacz” torturowany i skazany przez Gestapo na śmierć, następnie ścigany przez nich wielokrotnie, kiedy była okazja rozliczenia, sepleniąc przez wybite przez oprawców zęby wydał rozkaz puszczenia ich wolno.
Zdrajcy
Oprócz „normalnej” partyzanckiej roboty były też inne incydenty, przykre, bolesne, ale słuszne i sprawiedliwe - likwidacja szpiegów i donosicieli. W czasie okupacji ujawniły się prawdziwe oblicza wielu z naszych wydawało się „normalnych” bliższych czy dalszych znajomych, o czym już wspominałem. Podsumowując: Korczyc, który zjawił się w oddziale jako oficer kontrwywiadu, rozstrzelany został za służbę w Gestapo, podobnie Lendzin.
Korczyc spoczątku był kolegą Erika, potem Buby w korpusie kadetów, Lendzin, bokser - reprezentant Polski w wadze muszej, spędzał czasem z nami wakacje w Werkach, Danuta Weleżyńska, koleżanka z gimnazjum Czackiego (siedziała w jednej ławce z Wandą Falkowską) - agent Gestapo. Tamara Pawlukiewicz, koleżanka Erika. Brat jej zginął na wojnie 1939 r. Pracowała w Abwehrze razem z braćmi Jakobi, którzy byli naszymi bliskimi sąsiadami na Moniuszki, Koszmider - prof. germanistyki na Uniwersytecie Batorego - Volksdeutch. Miszka Woronin (pisałem o nim), oficer Wehrmachtu. Lista ogromna, a przecież to tylko jedna dzielnica Wilna. Chyba polski wywiad miał świadomość zagrożenia ze strony niektórych z nich, dlatego rozumiem teraz reakcje polskich żandarmów we wrześniu 1939r., kiedy zobaczyli moje germańskie nazwisko w szkolnej legitymacji i zatrzymali mnie podejrzewając o szpiegostwo.
Koniec wojowania
Wracam do partyzantki. Mniej więcej w połowie lipca kazano nam przygotować się do inspekcji. Dowództwo radzieckie ma ocenić wartość bojową naszej brygady przed podjęciem wspólnej walki z Niemcami. Rzeczywiście był jakiś generał, a my, o ile pamiętam, pozdrowiliśmy go „czołem panie generale”. Dowództwo radzieckie wezwało na naradę wszystkich dowódców oddziałów partyzanckich, których, jak wiadomo, aresztowano. Był wśród nich również major Konar. Ta wiadomość dotarła do nas, stojących w lesie. Byliśmy zaskoczeni strasznie. Ponadto mówiono, że wojska radzieckie otoczyły nasze zgrupowanie i że jedyną szansą wyrwania się z okrążenia jest przedarcie się przez bagna Puszczy Rudnickiej. „Sękacz”, „Gruby” i ja natychmiast dołączyliśmy do grupy uciekinierów. Pamiętam ten ciężki fizycznie, a szczególnie psychicznie, marsz. Każdy z nas był przybity niedawnymi, nieoczekiwanymi wypadkami. Zaskoczeni nie mogliśmy tego przełknąć. Brnęliśmy przez bagna i chaszcze objuczeni bronią i amunicją. Szczególnie ofiarnie i dzielnie zachowywał się „Sękacz”. Dźwigał ciężki RKM, w czym pomagał mu „Zbych” (Zbigniew Maleszewski).
Po przebrnięciu puszczy znaleźliśmy się na suchej polanie, gdzie okazało się, że prowadził nas płk. „Strychański”. Oparty o sosnę rozmawiał z nami o sensie czy bezsensie dalszej walki. Szczególnie aktywny w tej dyskusji był „Żubr” (Wałodźka Maleszewski). Przez puszczę przedarła się spora grupa i stanowiliśmy pokaźny zespół ludzi. Pułkownik zwolnił nas z przysięgi, zostawiając nam decyzję o odejściu czy dalszym działaniu.
Większość, zdając sobie sprawę z beznadziejnej sytuacji, zdecydowała się rozejść.
Nie pamiętam, w jaki sposób dotarłem do Wilna. Było to od strony Antokola. W mieście panowała cisza. Bałem się wracać ulicami miasta. Nad Wilenką ukradłem porzucony kajak i na nim środkiem Wilii, wiosłując oparciem z kajaka dopłynąłem do Mostu Zwierzynieckiego. W wewnętrznej kieszeni kurtki czułem moje zdobyczne parabellum. Przede mną pusty plac, na którym ongiś wznosił się wielki namiot Cyrku Staniewskich. Zbliżałem się powoli do bramy naszego domu, idąc ostrożnie w poprzek placu i starannie obserwowałem otoczenie. Wszedłem do kuchni. Zastałem Mamę. Była zatroskana, bo ja byłem pierwszy, który wrócił z lasu. W domu był tylko Buba. Parabellum schowałem oczywiście na strychu, a potem z żalem wrzuciłem z mostu do Wilii. Opowiadała mi Mama co się działo w czasie naszej nieobecności.
A co się działo w domu
I tak wkrótce po zabraniu nas przez Gestapo aresztowano 15-letnią Karin, gdy krążyła wokół gmachu z nadzieją, że nas zobaczy. Na szczęście wypuszczono ją po paru dniach.
Było to tak: W tym własnie czasie ktoś zadzwonił do mieszkania na Mickiewicza. Mama przez wizjer zobaczyła stojącego przed drzwiami niemieckiego oficera. “Przyszedł po mnie”, pomyślała. “Co będzie z chorym Bubą? Co z aresztowaną Karin?” Otworzyla drzwi I przerażona czekała. Niemiec stał przez chwilę zdziwiony postawą Mamy, po czym uśmiechnął się I spytał “Nie uznajosz menia?” “Niet” odpowiedziała Mama, “Ja Oskar”. Poznała go. Był to młodszy brat naszego ojca, z którym rodzina nie miała kontaktu od ponad dwudziestu lat. Rozmowa się nie kleiła. Był zupełnie obcy i wróg. Troje z nas było aresztowanych przez Gestapo. I wtedy Mama zobaczyła w nim mozliwość pomocy, szczególnie dla Karinki. Następnego dnia Karin w haniebnym dla niej towarzystwie niemieckiego oficera została odwieziona dorożką do domu.
Inną przygodę przeżyła Karin podczas pracy jako ekspedientka w sklepie dla Niemców. Pewnego razu młody oficer, który często robił zakupy, powiedział, że chciałby się z nią spotkać, zaznaczając, że nie szkodzi że jest Polką. „Nie mogę, bo pan jest Niemcem”, odpowiedziała Karin. Na te słowa, rozwścieczony Niemiec przesadził ladę i popędził za Karinką, która ukryła się w WC w piwnicy. Sterty worków, które napastnik napotkał po drodze, musiały go zniechęcić do odszukania ofiary. Zemścił się inaczej. Karin otrzymała wezwanie na wyjazd do Niemiec. Musiała przejść komisję lekarską.
Lekarz z siatki AK wysmarował jej klatkę piersiową maścią ołowiową i rentgenowskie zdjęcie „z zaawansowaną gruźlicą” uratowało ją od wyjazdu.
W czasie okupacji sowieckiej pracowała również w sklepie, gdzie była świadkiem nadużyć. Kierowniczka sklepu, żona sowieckiego dygnitarza, zaleciła uwędzić śmierdzące, już psujące się leszcze, które następnie rozsprzedano. Kiedy nadchodziły święta, zaleciła ekspedientkom nie doważać prowiantu w paczkach gwiazdkowych dla pracowników NKWD. Kiedy to się wydało, aresztowano Karin i jej koleżanki. Dokonano rewizji w ich domach (gdzie nic nie znaleziono) i osadzono w więzieniu na Łukiszkach. Działo się to w okresie przemarszu wojsk sowieckich przez Wilno.
W tym właśnie niespokojnym czasie zjawił się przed obliczem Mamy, na Mickiewicza 20, jej młodszy brat Misza - lekarz w mundurze generała Związku Radzieckiego, którego wizytę zapowiedział jego adiutant, major.
Karin przypuszcza, że wyjście z więzienia zawdzięcza interwencji właśnie tego adiutanta na polecenie Miszy. W czasie tej wizyty rozlegały się wokół domu strzały. Mama przeżyła to bardzo, ponieważ myślała, że może to my „rozrabiamy”.
W tym też czasie odwiedził Mamę Borys, syn jej starszej siostry, którego próbowała adoptować jeszcze w Rżewie. Przyniósł Mamie (swojej ciotce) cukier „na prikusku”. Z jego zachowania się (przepił sprzedane ubranie i trząsł się z zimna) oraz wypowiedzi (że idzie na śmierć) wynikało, że był w karnej kompanii i został skierowany na czoło frontu. Wizyty Miszy i Borysa były dla Mamy wydarzeniami szczególnie złożonymi psychicznie, stresowymi z wielu powodów, między innymi dlatego, że nie widzieli się wiele lat, że brat był generałem sowieckim, a synowie byli w polskiej partyzantce oraz dlatego, że zaledwie rok temu, w tym mieszkaniu zjawił się oficer niemiecki, brat Ojca.
Mama, która przeżywała nasze aresztowania i wynikające z nich reperkusje, przeżywała tragedię Buby, tym razem zetknęła się przy tym samym stole w stosunkowo krótkim czasie z trzema stronami konfliktu w tej wojnie - dwoma agresorami i ofiarą... i to w wydaniu rodzinnym. Takie skomplikowane były związki w naszej rodzinie, śmiertelnie wrogie, zupełnie od nas niezależne.
Po naszym powrocie do Wilna
Po jakimś czasie zgłosił się do mnie Staś Klus i zaproponował branie udziału w pewnych akcjach: chodziło o zdobywanie pieniędzy dla organizacji. Pamiętam dwie takie akcje: na Zarzeczu w prywatnym mieszkaniu u spekulanta złotem i w sklepie, przy Zielonym Moście. Zaangażowane były cztery osoby: nas trzech z „Wiktorianki” - Staś, Jurek Leszczyński i ja, oraz nasz dowódca - pan z bródką. Jurek stał „na cynku”, my wchodziliśmy do środka. Każdy z nas miał broń, ale na szczęście wszystko odbyło się bez potrzeby jej użycia.
W Wilnie stawało się coraz „ciaśniej”. Takich jak my, którzy wyrwali się z sowieckiego kotła, nie było wielu. Większość partyzantów została wywieziona do obozów. Pojawianie się nas na ulicach mogło budzić podejrzenie w działającym znów NKWD. Dozorca i sąsiedzi musieli zauważyć, że długo nas nie było. Erik dla bezpieczeństwa mieszkał u panny Lidy, natomiast ja, kiedy dowiedziałem się o możliwości repatriacji do Polski, zapisałem się na jeden z pierwszych transportów. Kiedy wypełniałem formularze, bałem się, że mnie zatrzymają, ale wkrótce dostałem papiery i Mama zapakowała moje graty, (przede wszystkim ubrania,) do niedużej dykcianej walizeczki i tak wyposażony wsiadłem do bydlęcego wagonu, pełnego repatriantów. Na granicy pociąg przejrzeli „krasnoarmiejcy”. Sprawdzali, czy ktoś nie jedzie bez dokumentów. W naszym wagonie nie znaleźli nikogo i tak wkrótce pociąg wjechał na stację w Białymstoku.
Wspomnienia Karin
Wybuch drugiej wojny światowej we wrześniu 1939 roku zastał moją rodzinę we własnym domu na ulicy Portowej. Liczyłam wówczas 13 lat z konieczności wkraczając zbyt wcześnie w życie dorosłe. Zgotowali nam to okupanci sowieccy, niemieccy i litewscy. Od tej daty rozpocznę swoje wspomnienia.
W tym czasie byliśmy jeszcze w komplecie z jedną pomocą domową, Mańką Jakubcewicz. Stan taki trwał niedługo, bo już w 1940 roku zimą - a zima wtedy była bardzo ostra –30 stopni. Zabrano nam dom, przesiedlając na ulicę Mickiewicza (obecnie Gedymina). Życie nasze zmieniło się. Mieszkanie do którego nas wyrzucili sowieci było całkowitym zaprzeczeniem dotychczasowego z centralnym ogrzewaniem itd. Mańka , która była prostą dziewczyną ze wsi, najętą w Nowiczach jako niańke do mnie, była z nami przez 14 lat. Ale gdy warunki bytowe się pogorszyły opuściła nas. Mamie było bardzo ciężko przystosować się do codziennego palenia w piecach - drzewo kupowało się na tak zwane wiązki od chłopów ze wsi. Kuchnia brudna, dymiąca i pełna karaluchów. Mężnie znosiła wszystko. Arwid kończył medycynę w Kownie i tam też pracował. Jechałam kiedyś do niego po żarcie.
Mama mnie odprowadzała. Wagony towarowe pełne sowieckich żołnierzy. Dzięki znajomości rosyjskiego jakoś wciągnęli mnie do środka i szczęśliwie dojechałam do Kowna. Tam o dziwo wszystkich napotkanych, których pytałam o adres mówili po polsku. Niestety z gęsi po które jechałam zostały tylko łby – gęsi ukradli złodzieje. Ale była jeszcze topiona słonina ze skwarkami itd. Reszta moich braci imała się różnych dorywczych zajęć, aby rodzina mogła przetrwać. Najbardziej niespokojni byli Erik i Oskar. Obaj czuli potrzebę dokonania czegoś wielkiego. I tak Erik wraz z Ziuną Żylińskim i Stachem Anforowiczem wyruszyli na pomoc Finom walczącym ze Związkiem Radzieckim. Wkrótce wyruszył Oskar z Wowką Paszkiewiczem. Obie eskapady zakończyły się powrotem do domu. Co w tym czasie przeżyli najbliżsi, a szczególnie Mama tego się nie da opisać. Znowu byliśmy razem, ale na krótko. Zaangażowanie się Erika w konspirację dostarczyło nam nowych wrażeń o wiele tragiczniejszych niż wyprawa do Finlandii. Aresztowano Erika, nie ominęło też to Oskara a w końcu i mnie, chociaż z konspiracją nie miałam nic wspólnego. Zawsze nowo aresztowanych przytrzymywano w celi obok katowni. Myślę, że Gestapo celowo to robiło chcąc zmiękczyć aresztantów.
Na swój sposób te a potem inne rozstania z braćmi przeżywał bezradny Edgar przykuty do łóżka. Nareszcie nadchodził czas bezpośredniego starcia się na polskiej ziemi dwóch naszych okupantów. Nastąpił zryw młodego pokolenia. Powstawały szybko oddziały partyzanckie Armii Krajowej (AK). Tym razem jednocześnie opuściła nas trójka braci Erik, Oskar i Runar. Znowu na posterunku zastałyśmy dwie kobiety z Egdarem , zdane na łaskę i niełaskę cokolwiek najgorszego mogłoby się wydarzyć. Jedyną naszą opatrznością był Arwid, który jeśli nawet musiał czasowo przebywać poza Wilnem, zawsze był niezbędną pomocą. Ja wówczas pracowałam w dużym domu towarowym, dostępnym tylko dla Niemców. Budynek po „ Braciach Jabłkowskich”. Dostałam się tam dzięki Irenie Żylińskiej, która znała język niemiecki i kompletowała załogę do działu spożywczego. Wtedy Niemcy mieli tu kartki na żywność. Dzięki tej pomocy przyczyniłam się w jakimś stopniu do utrzymania domu.
Niemcy opuszczając Wilno sklep podpalili. U sowietów pracowałam przy odzyskiwaniu tego co się jeszcze uratowało, potem przy porządkowaniu magazynów wojskowych poniemieckich, następnie w sklepie spożywczym dla wyższych oficerów NKWD. Dla nich też były kartki. Niby równość, ale kartki inne towar inny i sklepy inne dla enkawudzistów.
My „ nie walczące” kobiety z Edgarem przeżywałyśmy ten czas bardzo ciężko. To nie była zabawa w wojsko. Zdawałyśmy sobie sprawę z tego. Wszyscy trzej bracia mogli zginąć lub wrócić inwalidami. Życie toczyło się dalej z dnia na dzień. Bieliznę gotowało się w drzewnym popiele a płukało się w rzece Wilii. Aby ręce nie marzły, nacierałyśmy je z mamą wódką (¼ litra na kartkę przydziałową). Wodę do picia nosiło się z pompy na Tartakach, a oświetlenie było z karbidówek, które czasem wybuchały. Spałam w nie opalanym pokoju, okna zabite dyktą. Kładłam się do łóżka z butelką gorącej wody. Gdy w nocy wystawiłam ją, rano rozsadzał ją lód. Kampania partyzancka jak się skończyła, wiemy. Moi braci repatriowali się do Polski kolejno i oddzielnie. Ekipa składająca się z Mamy, Edgara i mnie pod dowództwem Arwida wyruszyła do Polski, przeżywając koszmary podróży. Najgorzej gdy pociąg stawał, należało załatwić wszystkie swoje potrzeby, w gołym polu, przy natłoku ludzi.
Była to męka, szczególnie dla Mamy. Pociąg ruszał, Arwid nas ładował narzekając na „żywe czemadany”. Tak dotarliśmy na krótko do Łodzi i ostatecznie osiedlając się w Malborku. Edgar pozostał u dr Kucharskiego w Łodzi. W Malborku kontynuowałam przerwaną w czasie wojny naukę. Tam też zdałam maturę i podjęłam decyzję studiowania w Wyższej Szkole Handlowej we Wrocławiu, która z czasem przemianowana została na Akademię Ekonomiczną.
Z Malborkiem łączą mnie miłe wspomnienia beztroskiego życia wśród szkolnych koleżanek i kolegów. Mieszkaliśmy w obszernym mieszkaniu z ogrodem. Arwid dobrze zarabiał pracując w cukrowniach i w domu. Tam odwiedzali nas moi pozostali bracia.
Tam też ostatni raz widziałam Erika. Przyjechał bardzo chory i wyczerpany. Chciał namalować mój portret ale mnie się nie chciało pozować. Ostatecznie namalował swój autoportret przy dużym lustrze Mamy, w moim pomarańczowym swetrze z „UNRY”. Teraz tego bardzo żałuję. Erik wyjeżdża, odprowadzamy go z mamą. W zdenerwowaniu zatrzaskują się drzwi za nami z kluczem wewnątrz mieszkania. Erik wsiada nie do tego pociągu co trzeba, wyskakuje. Jego pociąg rusza – goni, wskakuje jeszcze machamy mu nie wiedząc, że to ostatni raz. Z ciężkim sercem wracamy do domu z myślą o Eriku i ślusarzu. Po raz pierwszy opuszczam Mamę i w październiku wyjeżdżam na studia do Wrocławia. Z gazety dowiaduję się o tragedii – natychmiast jadę do domu. Przyjeżdża też Irma. Wszyscy jesteśmy załamani. Mama jest bardzo biedna – Erik tak był podobny do ojca. Od najmłodszych lat, to on rysował laurki dla niej od nas wszystkich, na wszelkie rodzinne święta i bardzo ją kochał.
W grudniu 1948 roku przeprowadzka do Leśnej. Piękny dom wolno stojący z olbrzymim przyległym terenem. Arwid zatrudniony jest jako lekarz w fabryce jedwabiu "Conkordia„, w ośrodku zdrowia z izbą porodową, oraz ma praktykę prywatną. Ja kończę pierwszy rok studiów i na wakacje wyjeżdżam do Leśnej. Dom w Leśnej był otwarty dla całego rodzeństwa, to też ciągle był przez kogoś odwiedzany. Tam też po rozwodzie Runar przywiózł 2-miesięcznego syna pod opiekę mamy. Jak się okazało później opieka ta trwała do końca jej życia. Ja mieszkałam we Wrocławiu z Hanią Sokalską z roku, w pokoju, który zaproponował Bolek wtedy przyjaciel mego brata Erika a potem mój mąż. Nowożeńców spotyka na dworcu w Leśnej Mama z małym Kubusiem i Sergiuszem Skórką. Arwid na ganku wita nas wypieczonym kołaczem i winem i naturalnie uroczystym obiadem. Po zaliczeniu drugiego roku studiów biorę urlop dziekański. Przebywam z Mamą w Leśnej.
W maju 1950 roku przychodzi na świat Astrid. Ostatnie pół roku pobytu w Leśnej pozostały mi w pamięci jako bardzo smutne. Zostałyśmy same mając pod opieką dwoje małych dzieci. Arwid w związku z planowanym wyjazdem na stałe do Warszawy, musiał wcześniej się tam zatrudnić. Bolek zaś na ostatnim roku studiów i pracując zarobkowo w Technikum Budowlanym, musiał przebywać we Wrocławiu.
Wyjątkowo zimna jesień i zima, a przy tym brak dostatecznej ilości opału utrudniało życie w wychłodzonym budynku. W każdą sobotę, pozostając na niedzielę, przyjeżdżał Bolesław, organizując pozyskiwanie opału, który musiał wystarczyć na ogrzanie jednego pokoju i kuchni. W 1951 roku wyjeżdża do Warszawy Arwid z Mamą i małym Erikiem. Ja z córką i psem wilczurem Arrasem do Wrocławia, w którym pozostałam do dziś. Od dnia mego urodzenia do wyjazdu Mamy do Warszawy przez 25 lat mieszkałyśmy razem przeżywając wspólnie minione wydarzenia. Nie straciłam jednak z nią kontaktów. Bardzo często pisałyśmy do siebie. Przyjeżdżała też do nas na ulicę Nowowiejską. Chrzciny Erika i Astrid. Narodziny Arwidka 1953 rok. Zawsze pobyt był kilku tygodniowy. Następnie Oborniki Śląskie 1954 rok, w czasie służby wojskowej Bolesława przez 3 letnie miesiące odpoczywaliśmy w ładnych sosnowych lasach. W 1955 roku wakacje - Bardo Śląskim . Chrzciny Oskarka. Chrzestnymi byli Anforowicze. Zawsze w tym samym składzie Mama, ja i dzieci w Krynicy Morskiej 1956. W latach 1957,58,59 trzykrotnie nad morzem w Ustce. Dobrze że pozostały fotografie. Potem odwiedzałam Mamę przynajmniej raz na kwartał: na Oboźnej, Daniłowiczowskiej, Senatorskiej i Świerczewskiego, gdzie zostały zrobione ostatnie zdjęcia Mamy w 1971 roku.
Częste wyjazdy służbowe Bolesława do Warszawy, związane z jego pracą zawodową, były okazją aby wspólnie z nim i parokrotnie z naszymi dziećmi gościć u Mamy. Spotkania z Mamą były okazją do wysłuchania jej opowiadania z życia jej samej i naszego ojca. Były też osobiste zwierzenia, mało znane moim braciom. Przeżywałyśmy najwspanialsze chwile. Była nie tylko moją kochającą Matką, ale także powiernicą i najwierniejszą przyjaciółką. Moje życie ułożyło się inaczej niż bym chciała - na studia nie wróciłam – nie udało się.
Bolesław ukończył Politechnikę Wrocławską i dostał dobrze płatną i interesującą pracę w przemyśle. Ja chcąc uzyskać jakiś zawód, ukończyłam Technikum Budowlane ale nigdy w zawodzie nie pracowałam. Ukończyłam też kursy tkactwa poświęcając na to sporo czasu. Wykonałam kilkanaście tkanin. Niektóre z nich trafiły za granicę ( Kanada, Niemcy, Norwegia).Pozostałe zdobią moje mieszkanie i dom na wsi. Córka moja Astrid - Anna ukończyła Biochemię na Uniwersytecie Wrocławskim w roku 1972. Doktorat uzyskała w roku 1980. Syn Arwid – Jerzy ukończył Technikum Budowlane i pracuje w prywatnym Przedsiębiorstwie Budowlanym jako kierownik grupy robót. Mamy czterech kochających i kochanych wnuków.