Polska
Moja repatriacja
Był 3 stycznia 1945 r., kiedy jako repatriant przyjechałem do Polski. Wychodząc w Białymstoku z wagonu zobaczyłem w perspektywie peronu Janka Hattowskiego, naszego znajomego z Moniuszki. Komenderował ruchem na peronie i wyglądało na to, że był kierownikiem przybyłego pociągu z ramienia PUR-u. Byłem szczęśliwy, wyrwałem się jak ptak z klatki, dojechałem, chciałem o tym zawiadomić Mamę. Jest okazja, przekażę tę wiadomość przez Janka. Podszedłem do niego, a on udał, że mnie nie poznaje. Powiedziałem, kim jestem. Dał mi do zrozumienia, żebym mu nie zawracał głowy. Nie mogłem mu nawet powiedzieć, o co mi chodzi. Był to pierwszy wypadek w moim życiu, kiedy dobry znajomy naszej rodziny okazał się nędznym facetem (poza oczywiście zdrajcami, kolaborantami itp.). Nie potrafię sobie wytłumaczyć motywów jego zachowania. Może bał się „oczu” UB czy też NKWD? Mógł mi jednak dyskretnie dać znać...
Ja - inspektor osadnictwa
Wkrótce otrzymałem pracę z PUR-u: inspektor osadnictwa z siedzibą w Gródku. Na miejscu zastałem swego poprzednika, starszego pana, który w pośpiechu przekazywał mi swoją funkcję, ale poruszony widocznie moim młodym wiekiem, ostrzegał przed tym, co mnie może spotkać. Jego poprzednika zastrzelono. Na terenie działali sowieccy agitatorzy, którzy namawiali Białorusinów do wyjazdu do ZSRR. Białorusini, którzy wyjechali, wracali przez zieloną granicę i upominali się o opuszczone gospodarstwa, które już zostały zasiedlone przez repatriantów polskich zza Bugu. W takich warunkach napięć i mroźnej śnieżnej zimy miałem rozpocząć pracę. Repatriantów - ludzi, ich bydło i mienie, zastawałem porzucone przez sowieckie transporty w rowach wzdłuż torów. Należało organizować transport, zabezpieczyć schronienie i żywność, wreszcie przydzielić domy i ziemię. Z początku szło mi nieźle, potem coraz trudniej, szczególnie z paszą dla bydła. Miałem prawo wymagać pomocy od ludności miejscowej, ale i tu zapasy zaczęły się wyczerpywać i nawet milicja, którą mogłem wzywać na pomoc, niewiele by wskórała. Na przydział domu i ziemi repatrianci czekali po kilka dni w wielkiej stodole z sianem, która stała przy moim „biurze”. Przedstawiali mi dokumenty, z których najczęściej wynikało, że zostawili za granicą kilkunasto, a nawet kilkudziesięciohektarowe gospodarstwa na żyznej wołyńskiej czy podolskiej ziemi. W zamian mogli ode mnie oczekiwać dowolną niemal ilość nieurodzajnej ziemi, parę rozgrabionych chałup pozbawionych drzwi, okien, pieców i wrogo usposobioną ludność miejscową. W tych warunkach starałem się grupować przybyłych, żeby stanowili jakąś siłę i sami mogli się bronić. Rano, kiedy wyjeżdżałem w teren, oczekujący opatulali mnie w saniach kożuchem, dla kurażu podawali blaszany kubek śmierdzącego samogonu, coś tam do zagryzienia i błogosławili na drogę. Inspekcji dokonywałem w czerwonej koszuli, uszytej przez Mamę ze spadochronu. Liczyłem na to, że swój swojego nie zabije. A sytuacje bywały różne. Właśnie wraz z milicją zbliżaliśmy się do chałupy zajętej ponownie przez byłych właścicieli, kiedy z zabarykadowanej chaty wyskoczyła jakaś upiorna postać: rozkudłana, obdarta, wrzeszcząca kobieta, wariatka, (udająca, jak okazało się później). Miał być to sposób na odstraszenie mnie z wiarą w nietykalność tej rzekomo szalonej. W innym przypadku - na moją prośbę o interwencję milicjant nie reagował, bo winni okazali się być jego krewnymi. Były to bardzo trudne decyzje, bo wszyscy byli godni pożałowania, i ci przybywający, i ci powracający. Kiedy było to możliwe, przydzielałem np. osiedleńcom kilka chałup, żeby z nich mogli sklecić jedną.
Lublin
W marcu tegoż 1945 r. dowiedziałem się o otwarciu Politechniki Warszawskiej w Lublinie. Zdecydowałem się jechać. Podróż miałem bardzo miłą, wprawdzie na otwartej loże, siedząc w tłumie bezpośrednio na podłodze, ale za to pod jednym kocem z przytuloną do mnie sympatyczną dziewczyną, która, niestety, wysiadła nieco wcześniej niż ja.
Przyjechałem do Lublina w słoneczne, ciepłe południe. W mieście roiło się od sowieckich żołnierzy. Znalazłem się na ul. Curie-Skłodowskiej. W jednym z domów drzwi na klatkę schodową były gościnnie, szeroko otwarte. Może uda mi się tu zatrzymać. Schody były nie do przebycia, były całkowicie zapaskudzone - kupa przy kupie. Nie zrażony, wszedłem po zewnętrznej stronie balustrady na pierwsze piętro. Zobaczyłem otwarte drzwi, i kobietę z nich wychodzącą - opuszczała to mieszkanie. Podała mi bez słowa klucz. Pokój był spory, pusty, w oknie brakowało szyb. Otworzyłem swoją dykcianą walizeczkę, zrzuciłem ciepłe ubranie, dyplom szkoły technicznej schowałem do kieszeni, zamknąłem „moje” mieszkanie na klucz i poszedłem szukać politechniki. Znalazłem, złożyłem podanie na wydział mechaniczny, zgodnie z moim dyplomem, i szczęśliwy szedłem spacerkiem przez park do domu. W parku spotkałem siedzącego na ławce i coś rysującego Zbyszka Maleszewskiego (dziś, znanego rzeźbiarza). To był przypadek, który zdecydował o całym moim dalszym życiu (Chyba jednak życie składa się z takich przypadków). Przysiadłem się. Szkicował „kącik w parku”. Pierwsze zadanie u prof. Romualda Gutta na wydziale architektury. Ja przecież też mógłbym tak rysować. Zawsze u Budzyńskiego w Zygmunta Augusta miałem piątkę z rysunku no i w Wilnie chodziłem na rysunek z Erikiem do Akademii. A poza tym, co to za nudne życie, być mechanikiem, chodzić codziennie do fabryki... Zachęcony dodatkowo przez Zbyszka, pobiegłem na politechnikę i jeszcze tego samego popołudnia przeniosłem swoje papiery na wydział architektury. Kiedy późnym popołudniem wróciłem do mego pokoju zastałem otwarte drzwi i pustą walizkę. Przez wybitą szybę prószył śnieg. Pobiegłem na milicję, a tam rozłożono ręce: widzi pan przecież, co dzieje się w mieście. W nocy chodziłem po pokoju z kąta w kąt, rozcierałem ręce, gimnastykowałem się..., nie spałem. W ciągu dnia chodziłem na bazar w nadziei, że znajdę swoje rzeczy... niestety. Byłem głodny, zziębnięty, zrezygnowany, chory... Nie wiem, jak długo trwał ten stan.
Pewnego dnia obudziłem się w cudzym mieszkaniu, a nad sobą zobaczyłem twarz Tadzika Doboszyńskiego - „Białego” z partyzantki. Znalazł mnie zemdlonego na ulicy. Byłem tak chory, że trzeba było odstawić mnie do szpitala. Wydawało mi się, że umrę. Napisałem do Mamy list, że wyjeżdżam do Ameryki i włożyłem go pod poduszkę. Co jakiś czas traciłem przytomność. Leżałem na sali bardzo ciężko chorych, przeważnie żołnierzy, którzy wciąż się zmieniali - umierali jeden po drugim. Na tej sali dokonywano również zabiegów. Przychodziła do mnie codziennie dziewczyna mojego zbawcy Tadzika. Przynosiła żywność. Byłem jej bardzo wdzięczny, a nie mogłem się niczym odwdzięczyć. Przekonany, że ze szpitala nie wyjdę żywy, poprosiłem pielęgniarkę, żeby wycofała z przechowalni moje spodnie, sprzedała je i za te pieniądze kupiła mojej opiekunce kwiaty. Ten romantyczny i zdawało się tragiczny gest miał raczej farsowe zakończenie. Kiedy po jakimś czasie jednak nie umarłem i trzeba było wyjść ze szpitala - nie miałem w czym. Opiekujący się mną sympatyczny lekarz (z brzuszkiem) przyniósł mi swoje spodnie. Szpital w piękne majowe przedpołudnie opuszczałem we własnej koszuli i zapiętych na agrafkę lekarskich spodniach. W pokoju na Skłodowskiej zastałem kilku kolegów z Wilna, którzy odwiedzali mnie w szpitalu: Janusza Cierpińskiego, Janka Głazka i jego kuzyna Jarzego Łysakowskiego. Pokój był już umeblowany. Był w nim stół, z drzwi wyjętych z sąsiedniego pokoju, oparty z jednej strony o ścianę, z drugiej - na skrzynkach, z których to sklecono również siedzenia. Jaś, który wykazywał talenty krawieckie, uszył mi marynarkę z niemieckiego płaszcza („żandarmskiego”), którą zresztą nosiłem bardzo długo. Czułem się jak nowo narodzony - podobnie jak po zmianie spodni w Rydze. Strój oczywiście nie czyni człowieka, ale doskonale wpływa na jego samopoczucie.
Zajęcia na Wydziale były w pełnym biegu. Był tu zupełnie inny świat niż warsztaty Maksymowicza czy szkoła mechaniczna. „Kącik w parku”, krzyż przydrożny, przydrożna kapliczka - to pierwsze tematy podane przez profesora. Ja wybrałem ten ostatni. Pamiętam korekty. Była to nauka abecadła architektonicznego: relacji z krajobrazem, wielkości, proporcji, materiałów i koloru. Ale najbardziej utkwiła mi korekta projektu krzyża, który opracowywał Janusz Cierpiński. Profesor szkicował nam różne relacje elementów - pionowego i poziomego. Byliśmy świadkami zmian wyrazu - od mistycznego do głęboko ludzkiego w zależności od zmian relacji dwóch prostopadłych kresek. Uczył nas Profesor również sposobu rysowania. Ktoś z nas pokazał projekt w technice „podeszwowej” (ołówek rozsmarowany palcem). Zobaczyliśmy wtedy, jak można czystą kreską wydobyć plastyczność przedmiotu. Jednak najbardziej pociągający był nastrój tych korekt, sposób mówienia Profesora, jego postać, gest. Słuchaliśmy wszystkich korekt - własnych i cudzych. Odkrywcze dla nas było to, że poza strefą materialną architektury, ustrojami budowlanymi istnieje jeszcze jej „dusza”, coś co stanowi jej istotę.
Życie poza uczelnią to była walka o byt naszych wymizerowanych ciał. Śniadania i kolacje jedliśmy u sióstr zakonnych. Składały się one z dowolnej ilości razowego chleba z marmoladą, popijanego czarną, zbożową kawą. Bezpłatne obiady (zupy) jedliśmy na politechnice albo w PUR-ze. Wszystko nam smakowało, a znalezienie w zupie szczątków myszy (co mnie się kiedyś zdarzyło) nie robiło na nikim większego wyrażenia. W „domu” gotowaliśmy wodę grzałką z żyletek, kradnąc oczywiście prąd. Kiedyś ktoś z nas znalazł na schodach paczkę pozostawioną na chwilę przez sąsiadów - sowieckich żołnierzy. Zabraliśmy ją ze świadomością rewanżu za kradzież moich rzeczy. Zawartość paczki - pięć kilo szynki, jedliśmy w pośpiechu, a mimo to zrobaczywiała i musieliśmy po usunięciu robaków przesmażać ją z cebulą.
Moja kondycja poprawiała się z każdym dniem, tak że zaczynałem oglądać się za dziewczynami, jednak z kilku podejść nic nie wyszło: ani z sąsiadką, dziewczyną sprzedającą w sklepie rybnym (pachniała upiornie śledziami), ani z poznaną na studenckim balu. Wtedy też po raz pierwszy zetknąłem się z seksualną dewiacją - podobno lekarz badający okresowo studentów dawał niedwuznaczne propozycje badanym chłopakom.
Z przeżyć lubelskich pamiętam jeszcze nieoczekiwane spotkanie z Karlikiem - kapralem wojska polskiego. Powiedział mi, że nazywa się teraz Bolesław Hebrowski. Prawdziwy Bolesław dał mu swoje dokumenty po ucieczce Karlika z Wehrmachtu do partyzantki. Karlik był Ślązakiem, wcielonym na siłę do niemieckiej armii, po ucieczce z której przechowywał się w naszym domu. Pod nazwiskiem Bolka funkcjonował bardzo długo. Kiedyś po latach odwiedził Bolka we Wrocławiu (ten go z Wilna nie pamiętał), przedstawił mu się, wylegitymował jako Hebrowski i przyniósł mu ordery zdobyte na jego nazwisko. Jak to rozwiązano formalnie nie wiem.