Warszawa
ul. Polna
W Warszawie zamieszkaliśmy w domu akademickim na Polnej. W porównaniu z Lublinem był to prawdziwy luksus. Mieszkaliśmy znów w trójkę: Janek Głazek, Janusz Cierpiński i ja. Mieliśmy prawdziwy stół, prawdziwe krzesła i łóżka, okna z szybami, wychodzące na zielone, niezabudowane jeszcze pola mokotowskie. Mieliśmy blisko na Wydział, na Koszykową, dostawaliśmy stypendia i darmowe obiady w Bratniaku na rogu Koszykowej i Niepodległości. Co pewien czas dostawaliśmy paczki z UNRA. Pamiętam solidne czarne buty z cholewkami, które służyły mi bardzo długo.
Wydział Architektury
We wnętrzach Wydziału Architektury panował w tym czasie nastrój tuż powojenny. Trudno to określić, chociaż mury były solidne, niezniszczone, rzeczywistość wydawała się jakaś tymczasowa, niepewna. Ten nastrój stwarzaliśmy sami, studenci. Śpieszyliśmy się, żeby zdążyć, nadążyć, nie stracić, nadrobić. A objawy zewnętrzne, to tłok w salach wykładowych ,w których siedziało się, (a najczęściej stało) w płaszczach na wykładach czy kolejkach do korekt. Wszyscy byliśmy opóźnieni, stąd stałe napięcie wynikające z potrzeby uzyskania informacji. Byliśmy opóźnieni o lata wojny. Co jakiś czas dochodziły do nas echa aresztowań i represji akowców. Wiadomości te docierały do nas, repatriantów, z trudem, byliśmy nieznani w tym nowym dla nas środowisku. Po tym, co przeżyłem w Wilnie, świadomość, że jestem nareszcie w Polsce i potrzeba nauki za wszelką cenę przytłumiały przykre i smutne wrażenia. Byłem szczęśliwy, że mam za sobą już te sprawy, zostawiłem je w Wilnie.
Na Wydziale pojawili się nowi wykładowcy: historii architektury - Lech Niemojewski, którego później zastąpili w średniowieczu Marek Leykam z asystentem Adolfem Ciborowskim, w starożytności - Jerzy Hryniewiecki. Wykłady Hryniewieckiego ściągały tłumy słuchaczy, i to nie tylko studentów naszego wydziału, ale i z zewnątrz. W odróżnieniu np. od Leykama, mówił o architekturze w sposób tak emocjonalny, używał tak chwytliwych porównań, że pamiętam te wykłady do dziś. Porównywał np. kanelurę i entazis kolumn greckich do nóg kobiecych, zestawiał piękno ruin architektury antycznej z brzydotą ruin, które nas wtedy otaczały.
Inni profesorowie to: architektury polskiej - Zachwatowicz, architektury wiejskiej - Piaścik z asystentami Onitschem, Serafinem i Baranem, ustrojów budowlanych - Mączeński, konstrukcji - Poniż, matematyki - Ponikowski, instalacji - Kozierski, rysunku - Kamiński, perspektywy - Szparkowski ze Staszkiem Zamecznikiem, no i projektowania - Romuald Gutt i jego asystenci - Skibniewska, Putowski, Nowicki, Kobylański, a także profesorowie Brukalscy, Pniewski i arch. przemysłowej - Lachert.
Nowe miejsce, nowi znajomi, koledzy. Poznałem wtedy bliżej kolegę z wileńskiego „Spartaka”, Mieczkę Rudzińskiego, entuzjastę i propagatora sportu, Józefa Mirskiego (wileńsko-białoruskiego księcia?), absolwenta wileńskiej ASP, Stanisława Rzewuskiego (starszego brata tego z Sułtaniszek), a przede wszystkim najbliższego kumpla - Andrzeja Boreckiego, wszechstronnie uzdolnionego, plastycznie i muzycznie, lenia, który wracając z Wydziału do akademika, gdzie powinien był pracować nad projektem czy też przygotowywać się do egzaminu, nie przepuszczał okazji do wpadnięcia do kogoś na pogawędkę, czy do poderwania wciąż nowej dziewczyny. Każda okazja była dobra, żeby nie wracać do domu.
Poznałem również kolegów z innych stron Polski, którzy dopełnili naszą nieformalną grupę wilniuków: Zbyszka Dominkę, Włodka Kurkowskiego, Krysię Bierutówną, Marysię Krakowską, Irenę Poniatowicz i kilkoro innych. (Krysia Bierutówna, jak się potem okazało, była w szkole im. Noakowskiego, w czasie okupacji, koleżanką mojej przyszłej żony).
Pierwszy projekt u Gutta
Nadszedł termin oddawania pierwszego projektu u Gutta.
Zobaczyłem wtedy pięknie narysowany „kącik w parku” Janusza Dąbrowskiego. Ten sam temat miał Józek Mirski, który zadziwił nas, nowicjuszy, pięknie narysowanymi, dramatycznie poskręcanymi dębami, pięknym liternictwem. Pamiętam i moją przysadzistą kapliczkę, białą, z dużym, namiotowym dachem z czerwonej dachówki, ale zdeklasowałem ją formą podania, której daleko było do formy podania kolegów.
Drugim tematem u Gutta była szkoła. Wybrałem się na pierwszą korektę. Przyszło niewielu studentów. Przyglądając się ich propozycjom, doszedłem do wniosku, że moja jest o wiele ciekawsza, więc z dużą pewnością siebie, choć z bijącym sercem, rozwinąłem przed profesorem mój rulon nieco sfatygowanego, pakowego papieru, na którym idea mojego projektu narysowana była ołówkiem. Gutt popatrzył chwilę, nic nie mówiąc złapał się za swą białą głowę, wstał, wciąż milcząc podszedł do okna, otworzył je i głęboko wciągnął powietrze. Zwinąłem swój rysunek i przyznaję, wcale nie zgnębiony wyszedłem. Byłem pewny swego.
Uważam, że profesor nie miał racji, nie docenił mojej idei. Widocznie formę podania uznał za wyraz lekceważenia i w ten teatralny sposób chciał mnie pognębić, a może zdopingować do wysiłku, a może zdenerwowała go moja poniemiecka marynarka? (Profesor stracił syna w Powstaniu Warszawskim).
Miałem dwa wyjścia: albo zmienić profesora, albo przekonać Gutta, że miałem rację.
Wybrałem to drugie. Pozostałem u Niego do końca studiów, przychodząc na korekty wciąż w tej samej marynarce. Wniosek był jedyny - trzeba nauczyć się rzemiosła - podawania projektu w formie poprawnej technicznie. Nie wystarczy pomysł, trzeba go sprawnie i przekonująco zaprezentować, obronić. Wtedy jedyną nauką rysunku architektonicznego było oglądanie czasopism takich, jak parę numerów przedwojennej „Młodej Architektury” czy szwajcarski „Werk”.
Pierwsze Boże Narodzenie od wyjazdu z Wilna spędziłem sam. Koledzy gdzieś się rozjechali. Mama z Bubą i Arwidem byli jeszcze w Wilnie. Z Runarem i Erikiem nie miałem kontaktu. Miałem zaproszenie do znajomych Janusza Cierpińskiego, ale nie poszedłem. Włóczyłem się po ulicach zaglądając przez okna do ciepłych wnętrz i o dziwo nie było mi smutno. Wręcz przeciwnie, czułem się jakoś wyróżniony. Tam było po prostu schematycznie, ja natomiast przeżywałem to inaczej, tym razem od zewnątrz. Nowe, inne doznania, tym bardziej, że był to raczej wybór, nie przymus.
Plac Narutowicza
Na Polnej mieszkaliśmy niedługo. Moim nowym mieszkaniem stał się dom akademicki na placu Narutowicza - skrzydło od strony Grójeckiej. Był to nieduży, dwuosobowy pokój na pierwszym piętrze.
Z prawej strony było moje gospodarstwo: łóżko, półka obok okna i połowa wspólnego stołu. Po tej też stronie była wnęka z umywalką.
Z lewej zagospodarował się Józek Mirski, ten mistrz w rysowaniu drzew i liternictwie. Nie pamiętam, co spowodowało, że zamieszkaliśmy razem. Do pewnego momentu mieszkało nam się bardzo dobrze, ale kiedyś, gdy przyjechała do niego jego dawna dziewczyna, Józek coś przeżywał, nie był tym, kim był przedtem. Doszło do spięcia, które przerwało nasze sympatyczne współżycie. Któregoś dnia wszedł do pokoju i zaczął mi wymyślać, moim zdaniem, bez powodu. Ja nie pozostałem dłużny i obrzuciłem go niegorszą wiązanką. Józek złapał swoje krzesło i chciał mnie rąbnąć. Ja nie wstając (siedziałem przy stole pracując) odwróciłem się ku niemu i powiedziałem: „spróbuj”. Miałem widocznie dostatecznie stanowczy wyraz twarzy, bo blady Józio postawił krzesło i wyszedł. Od tego zdarzenia raczej ze sobą nie rozmawialiśmy.
Życie koleżeńskie kwitło. Odwiedzali mnie Andrzej Borecki, Zbyszek Dominko, Mietek Rudziński i koleżanki. Pewnego razu odwiedził mnie Mietek i wspominając nasze wioślarskie boje w Wilnie namówił do gry w hokeja na bramce AZS-u. I stało się. Po kilku treningach broniłem bramki w meczu z WKS Legia. Obroniłem wiele strzałów niebezpiecznych szczególnie dla mojej twarzy i szyi, bo grałem bez maski. Moja rozpaczliwie bohaterska obrona wywoływała na widowni oklaski. Nazajutrz ukazała się w prasie notatka z meczu, „którego głównym bohaterem był spontanicznie broniący bramkarz AZS-u, niemal zębami wyłapujący krążki”. Tak rozegrałem w barwach AZS-u kilka spotkań.
studenckie ferie - Szklarska Poręba
Po okresie zadomawiania się w nowym środowisku znów pojawił się problem dziewczyn.
Przed którąś z przerw semestralnych planowaliśmy wyjazd do Szklarskiej Poręby. Większość kolegów miała swoje dziewczyny, ja byłem sam. Pomyślałem wtedy o jednej z sympatii z Wilna. Odwiedziłem ją w Zamościu, gdzie mieszkała z rodziną, i namówiłem na ten wyjazd.
W czasie podróży do Szklarskiej przeżyliśmy małą przygodę. Na jakiejś stacji przetrzymywano nasz pociąg. Czas mijał, a pociąg nie ruszał. Jeden z naszych kolegów, syn jakiegoś „ważniaka”, mający dokumenty swego ojca, podał się za niego i... pociąg ruszył.
Na miejscu rozlokowaliśmy się tak, żeby mieć łatwy dostęp do naszych dziewczyn. Ale tym razem moja dziewczyna miała jakieś opory, tak że te przyjemności miałem z głowy. Mimo wszystko było bardzo miło.
Natomiast w czasie któregoś pobytu w Szklarskiej (był tam dom wypoczynkowy dla studentów) znalazłem się w skrajnie różnej sytuacji - zaatakowany przez jakąś niedopieszczoną wczasowiczkę, ledwo uszedłem z cnotą. Sprawy seksu rozwiązały się jakoś same. Zaprzyjaźniłem się z jedną z koleżanek i w naturalny sposób od wspólnej nauki doszło do zbliżenia, które trwało do czasu poznania mojej przyszłej żony. To tyle.
Moje zaangażowanie w studiach
W Wilnie, jak pisałem, nauką w szkole nie interesowałem się zbytnio, teraz natomiast stałem się pasjonatem studiów, szczególnie projektowania. Niepowodzenie z prof. Guttem dopingowało moje zaangażowanie. Wkrótce stałem się „dobry” wśród kolegów. Ci mniej pilni korzystali często z moich notatek, porad. Po dwóch latach zdawaliśmy tzw. półdyplom. Był to sprawdzian projektowy, klauzurowy. Z kilku tematów do wyboru ja wybrałem schronisko.
Wśród zdających pamiętam olbrzyma - Wojciecha Zamecznika i jego zdumiewająco wprawnie narysowaną perspektywę. Pamiętam również serdeczną pomoc projektową Haliny Erentz, później Skibniewskiej - asystentki Gutta.
Studiów jako pewnej ciągłości nie pamiętam. Pamiętam natomiast zdarzenia, które, myślę, ukształtowały moją świadomość architekta i pedagoga. Korekty u prof. Gutta - zawsze duże przeżycie, z łomotaniem serca. Wciąż pamiętam jego dramatyczną reakcję na mój nieudany szkic szkoły (i nie pomogło wyobrażanie sobie mistrza, jak radzili mi koledzy, siedzącego z rozwianym włosem na sedesie). A mimo tego strachu uwielbiałem jego korekty.
Czasem przysłuchiwałem się korektom innych profesorów. Kładli oni nacisk głównie na techniczne, funkcjonalne, a głównie dekoracyjne aspekty architektury. U Gutta pociągał mnie ten nieco mistyczny, uczuciowy stosunek do architektury, ujawnianie humanistycznego widzenia czasoprzestrzeni. Osiągnąłem swój cel, gdy profesor zachwycił się wreszcie moim projektem. Był to dom wypoczynkowy w górach. Zasadą było powiązanie wnętrza rekreacyjnego z otaczającym pejzażem. Pamiętam, że inspiracją do tego wielofunkcyjnego, ciągłego wnętrza powiązanego z naturą był jakiś projekt Oscara Nimayera. Myślę, że profesor w końcu mnie polubił, mimo że ciągle paradowałem w tej samej marynarce koloru zimnej zieleni, jedynej, jaką miałem.
przyjazd moich bliskich do Polski
Któregoś dnia otrzymałem wiadomość, że Mama jest już w Polsce, w Łodzi. Natychmiast pojechałem zobaczyć się z nią. Zatrzymali się u dra Kucharskiego, który już wcześniej się repatriował. Dowiedziałem się o działalności i zaradności Arwida, który jako jedyny sprawny mężczyzna ekspediował rodzinę: Mamę, Karinkę, chorego Bubę i kupę gratów. Dowiedziałem się również o ich przeżyciach w czasie podróży, kiedy to sowieccy żołnierze rewidowali wagony w poszukiwaniu nielegalnych pasażerów. A właśnie taki ukrywał się w ich wagonie. Nie udało mu się dotrzeć bezpiecznie do Polski, mimo złotej obrączki Mamy za którą chciała go wykupić.
Buba
Wielką niespodzianką dla mnie było zobaczenie Buby w pozycji stojącej. Chodził o kuli. Miał już nawiązane kontakty prawnicze, ale na razie sprzedawał na Piotrkowskiej krawaty.
Runar i Erik
Dowiedziałem się również, że Romek rozpoczął studia medyczne w Gdańsku, a Erik studiował na ASP w Krakowie i że zarabia jako gazeciarz. Dowiedziałem też, że Erik ożenił się z panią Lidą (naszą korepetytorką) i przez ostatni okres pobytu w Wilnie mieszkali razem. Mimo namów Mamy, pani Lida nie chciała przyjechać do Polski. Była zbyt związana z Wilnem, a może uważała to małżeństwo za niewłaściwe i nie chciała wiązać Erika.
Wkrótce potem odwiedziłem Erika w Krakowie. Zastałem go rozczarowanego krakauerami. Zmienił pracownię. Przeniósł się od Eibischa do Weissa. Eibisch kazał mu pójść na dziewczyny, ponieważ rzeczywistość widział inaczej niż mistrz. U nowego mistrza nie czuł się też lepiej. Czułem to, mimo że nadrabiał miną, żeby nie martwić mnie swoimi problemami.
Kiedy dziś, po latach, z perspektywy moich obserwacji i doświadczeń pedagogicznych analizuję sytuację Erika, myślę, że wina leżała po stronie pedagogów i przypuszczam, że jego wypadek nie był odosobniony. A skąd to przypuszczenie. Otóż na jednej z wystaw malarstwa francuskiego stałem z prof. Eibischem przed obrazem Picassa „Rzeź w Korei” (obraz jednobarwny, walorowy, w brązach, podobnie jak „Guernica” w szarościach) Eibisch ocenił obraz jako malarskie nieporozumienie.
Zdałem sobie wtedy sprawę, że pojęcie malarstwa Eibischa zamyka się w ramach postimpresjonistycznych, dekoracyjnych układanek barwnych, niezależnie od tego, czemu to malarstwo służy. Nie byłoby to groźne, gdyby to mówił tylko malarz, ale to mówił nauczyciel malarstwa. Malarzowi wolno malować tylko na czerwono, ale pedagogowi nie wolno zmuszać studentów do malowania wszystkiego na czerwono. Zrozumiałem wtedy, że dla mojego rozmówcy pojęcie semantyki w malarstwie jest albo nieznane, albo niepożądane.
Kiedy olbrzymi potencjał twórczy Erika, jego bogate, dramatyczne doświadczenia z czasów okupacji, jego zainteresowanie literaturą (również czynne - pisał niezłe podobno wiersze), jego nieustająca aktywność plastyczna (dużo malował i rysował), kiedy te jego cechy zestawiłem z wąskim, niemal rzemieślniczym pojmowaniem malarstwa reprezentowanym przez jego pedagogów, zrozumiałem w jak trudnej sytuacji znalazł się Erik w Akademii.
Nie otworzono mu oczu na język malarski w ogóle, na jego istotę, jak mógłby to zrobić np. Władysław Strzemiński, który przekazywał studentom arkana sztuki nie tylko teoretycznie ale i warsztatowo - studenci historyczny rozwój malarstwa poznawali malując w aspekcie współzależności języka plastyki od wypowiadanej idei - od malarstwa w grotach Lasceaux po Guernicę Picassa i dalej.
Według mnie semantyka powinna być bazą humanistycznego kształtowania plastyków. Uczenie wg własnego, wybranego dla siebie „izmu” podobne jest do wykonywania butów jednego fasonu. Indywidualności nie mieszczą się w podobnych ramach.
Dlatego byli wielcy twórcy, którzy opuszczali uczelnie przed ich ukończeniem, swoje sukcesy zawdzięczali środowiskom pozauczelnianym. Kraków, jego środowisko okazało się Erikowi nieprzychylne. On wiecznie aktywny, twórczy, zaczął szukać spełnienia gdzie indziej.
Chciałbym tu wyjaśnić, co rozumiem przez semantykę w malarstwie na przykładzie „Guerniki” i „Rzezi w Korei” Picassa. Kiedy dotyka nas nieszczęście, pragniemy ciszy, kontemplacji, nie mamy ochoty na krasomówstwo. Oszczędność środków, minimum słów, żeby przekazać powagę wydarzenia. „Guernica” malowana odcieniami szarości, „Rzeź w Korei” odcieniami brązu są przykładami oszczędności środków malarskich, jedynych dla oddania stosunku malarza do tych tragicznych wydarzeń. Jest w tych obrazach specyfika hiszpańskiego malarstwa El Greka, Zurbarana czy Goyi.
Malbork
Rodzina osiedliła się wreszcie w Malborku.
Arwid dostał tu pracę. Był bardzo lubiany przez swoich pacjentów, bo oprócz stałego zajęcia jako lekarz więzienny, przyjmował w domu bezpłatnie. Ówcześni mieszkańcy Malborka to rozpoczynający tu życie repatrianci na ogół z Wileńszczyzny. Arwid w domu wykonywał nawet zabiegi chirurgiczne, przy których asystowała mu Mama, pamiętająca swoją praktykę z młodości. Relacje Mamy z Arwidem były wspaniale harmonijne. Pacjenci odwdzięczali się, czym mogli, ale tylko chyłkiem przez drzwi kuchenne, bo Arwid burczał za to na Mamę.
Ona z kolei musiała karmić rodzinę, tym bardziej że Malbork stał się naszym domem rodzinnym i od czasu do czasu zjeżdżaliśmy się tu wszyscy: Buba, Erik, Roman i ja. Karinka mieszkała z Mamą i Arwidem.
Ta społeczna postawa Arwida doprowadziła do tego, że tracący pacjentów miejscowi lekarze podali go do sądu, skąd Arwid wyszedł zwycięsko z przydomkiem „Judym”.
Arwidowi i Mamie wydawało się, że w Malborku, w dużym i wygodnym mieszkaniu zaznają spokoju i odpoczynku od wojny, strachu i smutku. Niestety musieli uczestniczyć w zdarzeniach o których nawet nie myśleli.
„partyzancka” przygoda
pisze Arwid:
Po repatriacji z Wilna (dokładnie z 31 grudnia 1945 roku na 1 stycznia 1946 roku) i po wielu staraniach udało się otrzymać mieszkanie w Malborku przy ul. Racławickiej na II piętrze. Przekazał mi je starszy kolega dr Mieczysław Starkiewicz, azetesiak wileński biegający ze mną narciarz m.in. na szlaku Józefa Piłsudskiego Zułów-Wilno (80 km) w latach 1937 i 1938. Jako chirurg przeniósł się z Malborka do Morąga. Potem otrzymuję kolejno pracę lekarza medycyny w miejscowych instytucjach: Oddziale PUR, Cukrowni Malbork i Stare Pole, oddziale ZUS, Domu Dziecka - i przyjmuję chorych w domu.
W końcu lata lub w początkach jesieni 1946 roku, w nocy, obudziła mnie Matka: 2 mężczyzn przybyło z pilną prośbą o udzielenie pomocy choremu. Nie podali żadnych dodatkowych informacji o chorym, ale z ich zachowania i mowy można było sądzić, że pomoc była pilna. Jednego z nich znałem z widzenia, mógł być radnym miasta, gdyż był znajomym kierownika PUR-u p. Buczka. Nie zdziwiłem się, kiedy powiedzieli, że do chorego będę jechać rowerem. Młodszy z mężczyzn (20-25 lat) będzie jechał rowerem około 100-200 m przodem. Spotkać się mamy na drodze wiodącej z Malborka do Sztumu.
Szybko ubrałem się. Do walizeczki zabrałem materiały opatrunkowe, elastyczne bandaże, ampułki sulfatiazolu, zestaw strzykawkowy itp. Pożegnałem się z Matką, która była przeciwna nocnej wyprawie. Przez całkowicie puste ulice Malborka przejechałem szybko. Drogę do Sztumu znałem. Była to odległość ok. 15 km. Szosa asfaltowa, gładka jak stół, bez zakrętów. Tej pogodnej nocy szosa była dobrze widoczna. Było rześko i ciepło.
Jadąc już szosą na Sztum, dopiero po dobrych paru minutach spostrzegłem mego „przewodnika”, był z przodu około 150-200 metrów. Mając na uwadze lepszą widoczność, zwłaszcza nocą, włożyłem na siebie biało-kremową marynarkę - jeszcze po moim ojcu lekarzu (często w niej jeździłem do chorych po Malborku i okolicach). Podczas jazdy co pewien czas traciłem wzrokowy kontakt z „przewodnikiem”. Ale po pewnym czasie znów go dostrzegłem. Tak jechałem około kilkudziesięciu minut. Dojeżdżając już do okolic Sztumu, w całkowitej dotychczas ciszy - słysząc jedynie szum opon i pracę łańcucha mego roweru - usłyszałem od przodu z początku ze strony prawej, a potem i lewej zupełnie inne, wyraźnie narastające dźwięki i głosy ludzkie.
Nie przejechałem więcej niż 300 m. gdy ujrzałem z prawej i lewej strony szosy, kilkadziesiąt metrów od niej, umundurowane oddziały wojska oraz czynności ustawiania karabinów w kozły, a także przyśpieszone krzątanie żołnierzy.
Spojrzałem w głąb szosy przede mną, „przewodnika” nie było - zniknął. Instynktownie mocniej nacisnąłem pedały. Rower zaczął jechać coraz szybciej i już wkrótce wszystko ucichło i znikło. Tylko szum opon i dyskretny chrobot łańcucha na przekładni jakby potwierdzał, że dobrze zrobiłem przyśpieszając i nie zatrzymując się na szosie - zresztą nikt mnie nie zatrzymywał... Ale „przewodnika” znów na szosie nie było. Mijały minuty - jechałem dalej. Kiedy już przejechałem 2-3 km, zaniepokojony zwolniłem rozglądając się. I właśnie wtedy dostrzegłem odchodzącą w prawo od szosy drogę ginącą w lesie. Zsunąłem się z siodełka do przodu, podpierając się stopami o asfalt, i w głębi tej drogi z dużym trudem (bo było to już w lesie) dostrzegłem „przewodnika”. Stał na środku leśnej drogi - jakby mnie oczekiwał. Skręciłem w tę leśną drogę. Widoczność drogi i poboczy była teraz na tyle zła, że solidnie trzęsło, a gałązki co chwilę uderzały w twarz. Musiałem jechać wolno i środkiem drogi.
Po około 15-20 minutach jazdy tą drogą znalazłem się na obszernej polanie - podwórzu. Poczułem zapach bydlęcego nawozu. Była cisza. Zobaczyłem zarysy ogromnych czarnych dachów na tle jaśniejszego nieba. Były to dachy wielkich stodół lub innych pomieszczeń gospodarczych, tonących w ciemności.
Dostrzegłem przy jednym z tych budynków sylwetki kilku osób. Podjechałem rowerem i szeptem przedstawiłem się. Osoby te odeszły na bok i porozumiewały się między sobą. Po chwili jedna z nich o potężnej budowie wskazała mi ręką drogę. Wziąłem walizeczkę lekarską, a rower pozostawiłem opiece tych osób.
Po paru minutach zjawiła się młoda, szczupła kobieta bez nakrycia głowy w wieku 20-30 lat, trzymająca w ręku latarnię naftową. Poprowadziła mnie do jednego z budynków. Wchodziliśmy i schodziliśmy po różnych schodach wiele razy - wszędzie pachniało sianem lub słomą. W pomieszczeniu panowała kompletna cisza, a wokół światła naftowej latarni - mrok. Wreszcie na którejś kondygnacji budynku dostrzegłem słabe światło. Tam skierowała się moja przewodniczka i weszliśmy do małego pomieszczenia.
Na stosunkowo wąskiej sofie - tapczanie, oparty plecami o ścianę z desek w pozycji półleżącej ubrany w mundur oficera WP i w długich butach patrzył na nas młody ok. 30-letni, przystojny mężczyzna. Mundur był całkowicie rozpięty, widać było białą koszulę nieco poplamioną świeżą krwią... Mężczyzna był w dobrym humorze - dowcipkował, pomyślałem że „nadrabia miną”, młoda kobieta stała tuż obok z latarnią. Po przywitaniu pochyliłem się nad rannym i odchyliłem mundur oraz koszulę zobaczyłem otwór postrzałowy w okolicy podobojczykowej lewej z wylotem w okolicy nadłopatkowej lewej. Rany zewnętrznie nie krwawiły intensywnie, sączyły. Nie stwierdziłem naruszenia kości kulą (prawdopodobnie karabinową). Ruchliwość kończyny górnej lewej była ewidentnie ograniczona i bolesna. Osłuchowo w płucu lewym był odgłos pęcherzykowy, normalny. Na piersi rannego na łańcuszku u szyi zwisał wypukły metalowy ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej.
Opatrunki uciskowe założyłem na obie rany. Dodatkowo obandażowałem elastycznym bandażem staw barkowy lewy, unieruchamiając ten staw. Mając wysterylizowaną strzykawkę podałem domięśniowo 5 cm3 5% sulfatiazolu. Nie miałem surowicy przeciwtężcowej. Zaleciłem pozostawanie w łóżku i leki.
Kiedy rowerem wyjeżdżałem z leśnej drogi na szosę do Malborka już dniało. Coraz głośniej piały koguty, żegnały mnie z oddali, aż ucichły.
Wojsko, które widziałem nocą po obu stronach szosy Sztumskiej znikło. Miałem pełną świadomość hipokratesowej przysięgi: pomóc i milczeć.”
Tyle relacji Arwida. Ranny - był to bez wątpienia ktoś z „Łupaszkowców”, którzy działali wtedy w tych rejonach. (Oczywiście „Łupaszkowców” Szendzielorza).
Igor
W grudniu 2020 roku zgłosił się do mnie chyba jeden z potomków rannego oficera i podał mi jego parę informacji osobistych.
Erik
Właśnie w Malborku zorientowałem się, że Erik ma kłopoty w Akademii. Powiedział mi, że równolegle rozpoczął studia na architekturze. Domyśliłem się, ile musiała go ta decyzja kosztować. On, nasz bohater, nasze bożyszcze, nie ma sukcesów, będzie w tyle za mną „białabrysym durakom”, jak w dzieciństwie nazywała mnie Mama. Zdawałem sobie sprawę, że każda propozycja pomocy z mojej strony pogorszy jego stan psychiczny. Wierzyłem, że jest silny i sam sobie poradzi. Myślałem, żeby zaproponować mu przeniesienie się do Warszawy, ale niestety nie zaproponowałem mu tego. Również w Malborku zorientowałem się, że szuka innych spełnień. Powiedział mi, że zaczął górską wspinaczkę. Zaimponował mi, mnie zajętemu prozą studiów, a jednocześnie przeraził potrzebą takich przeżyć wobec nieubłaganie uciekającego czasu.
W czasie pobytu w Malborku miałem okazję zwiedzić zamek. Jego architektura nie robiła tak wielkiego wrażenia, jak jego dewastacja. W salach, krużgankach, na dziedzińcach i na zewnątrz leżały zwały gruzu, papierów roznoszonych przez wiatr, połamanych sprzętów, które ludzie brali na opał. Wśród tych szczątków znalazłem fragmenty zydelka, które próbowaliśmy złożyć, i deskę do maglowania. Mam je do dziś jako wspomnienie tamtych dni.
Znów Warszawa - moja Zosia
Swoją późniejszą żoną „zachłysnąłem się” po raz pierwszy na sali rysunkowej. Rysowaliśmy wtedy chłopca siedzącego ze skrzyżowanymi nogami. Nasze stanowiska były po dwóch różnych stronach modelu. Nie znaliśmy się. W czasie przerwy spacerowaliśmy po sali, przyglądając się próbom kolegów. Jej rysunek wprawił mnie w osłupienie. Wielka swoboda, lekkość, trafność w ujęciu charakteru modela, a przy tym pięknie zakomponowany arkusz robiły furorę na sali. Kto to rysował... myślałem. Kiedy po przerwie powróciliśmy na swoje miejsca, ja zamiast rysować przyglądałem się autorce genialnego rysunku. Była to dziewczyna o delikatnych rysach, nieco semickich (tak mi się wydawało), której jasne, lekko kręcące się włosy przykrywał granatowy beret, a jasne okulary robiły wrażenie, że są za luźne. Była ubrana w żółtawy, lekko cętkowany sweter z krótkimi rękawami. Obserwowałem ją w czasie wychodzenia z sali, wydawała się być skrępowana, nieco nerwowa podczas rozmowy ze znajomymi, co ujawniało się szczególnie w odruchach ściskania własnych dłoni. Miała ciemną spódnicę i buty na niskim obcasie. Jej chód ze stopami „k sobie” wyróżniał ją od innych i potęgował urok w moich oczach.
Eugeniusz Szparkowski i Stanisław Zamecznik prowadzili na wydziale perspektywę. Miałem szczęście, kiedy to Zofia Garlińska, już wtedy gwiazda pierwszej wielkości na wydziale, przyniosła do korekty perspektywy wnętrza kościoła Św. Anny. Profesorowie zaniemówili. Było to „tak z gazem” narysowane, że wszystkim obecnym zrobiło się głupio pokazywać swoje wypociny. Ona rysowała intuicyjnie, odruchami, żywiołem... Kiedy pokazywała kolejne rysunki, zauważyłem lekkie drżenie jej rąk. To zbliżyło mnie uczuciowo do niej jeszcze bardziej.
Projektowała początkowo u prof. Gutta, jednak jej spontaniczność nie odpowiadała profesorowi. Przyniosła kiedyś projekt szkoły z klasami tylko z górnym światłem: lekcje skrócone do 30 minut, bo taka przestrzeń umożliwiała pełne skupienie, natomiast rekreacja w pełni otwarta na przyrodę.
Profesor wydawał się przerażony. Nie zaakceptował i biedna Zosia przeniosła się do innego mistrza. Trzeba natomiast wyrazić uznanie za odwagę w wystąpieniu z takim projektem w okresie, kiedy modne były klasy „plenerowe”.
Któregoś dnia znalazłem się na parterze w holu naszego wydziału. Do tablicy ogłoszeń podeszła Ona. Po chwili namysłu zdecydowałem się, podszedłem do tablicy i poznaliśmy się.
Od tej chwili następowało coraz większe zbliżenie. I tak, jadąc ciężarówką na plener w Kazimierzu Dolnym, trzymaliśmy się szczęśliwi za ręce. Pamiętam przeglądy rysunków w Kazimierzu, kiedy to prof. Kamiński siedząc za stołem poklepywał mnie po brzuchu, mówiąc, że jeżeli będę tak pracował dalej, to wkrótce dorównam Noakowskiemu. Były to rysunki tuszem, lawowane akwarelą, jak to robił Noakowski. Swój sukces plenerowy zawdzięczałem wpływowi mojej partnerki. Wszędzie chodziliśmy razem i razem wszystko rysowaliśmy. Pamiętam nasze wędrówki ze szkicownikami po zburzonej Warszawie - rysunki Teatru Wielkiego czy też ruiny Prudencialu. Siadaliśmy obok siebie czując się nawzajem czy to wsparci o pień drzewa, ruiny zamku czy jakiegoś ogrodzenia.
Od pewnego momentu wrażenia, jakie doznawałem z oglądania rysunków Zosi, malały, natomiast rosły moje uczucia do niej jako kobiety. Coraz bardziej rósł niepowtarzalny urok jej osobowości fizycznej i uczuciowej. Jej subtelność i wrażliwość zaskakiwały mnie, wręcz onieśmielały. Wydawała mi się zjawiskiem tak czarującym, że nietykalnym, na które samo patrzenie zbyt natarczywe może je uszkodzić. Zapytywałem siebie, czy jestem dla niej odpowiednim partnerem? Z czasem, na skutek częstego i coraz dłuższego przebywania razem mój stosunek do Zosi zmienił się. Był okres, kiedy przeżywałem wewnętrzny niepokój. Uczucia wyidealizowane niemal abstrakcyjne kłóciły się z fizycznym pożądaniem. To wrażenie skrajnej delikatności, wręcz nierealności postaci Zosi wyraził mój brat Erik, któremu ją przedstawiłem: ”ty chcesz mieć z Nią dzieci?”. Im dłużej przebywaliśmy ze sobą, tym stawała mi się coraz bliższa fizycznie.
Zosia mieszkała w jednym pokoju ze swoją starszą siostrą, stąd nasze intymne relacje były utrudnione, szczególnie że siostra miała również chłopaka - jej późniejszego męża. Odnalazł mnie kiedyś Jurek Dowgiałło (kolega ze Szkoły Technicznej w Wilnie - pilny uczeń, pamiętający mnie „błatniuchę” - zwierzynieckiego chuligana), który powiedział, żebym się nie wygłupiał z Zosią, ponieważ ona ma poważnego narzeczonego - jego kumpla. Odpowiedziałem mu, że wszystko jest w rękach tej, o którą zabiegamy. Opowiedziałem o tym spotkaniu Zosi. Nie pamiętam jej reakcji.
Na wydziale poznałem koleżankę Zosi - Zosię Gurtzman. Od niej dowiedziałem się, że Zosia grała na skrzypcach, o czym nigdy mi nie wspominała. Kiedy ją o to spytałem, opowiadała niechętnie, że zaczynała grać, ale to jej „nie leżało”. Kiedyś, będąc niedelikatny, poprosiłem, żeby mi coś zagrała, bo akurat były skrzypce. Odmówiła. Czułem, że tą prośbą uraziłem ją. Od tego czasu temat skrzypiec wykreśliłem z repertuaru rozmów z Zosią.
Tak od pewnego momentu wszystkie moje doznania dzieliłem (i dzielę) z moją towarzyszką życia. Mimo krańcowo różnych charakterów było widocznie coś, co nas tak trwale związało - wspólne zainteresowania? Właśnie te różnice umożliwiają wzajemne wzbogacanie się? Temat dla psychologa. Ten fluid był tak silny, że moja dziewczyna, wychowana w purystycznej, prowincjonalnej atmosferze, zerwała ze swoim o historycznym nazwisku „narzeczonym” i mimo jego zabiegów zdecydowała się dzielić dolę ze mną, wileńskim ulicznikiem.
Ojciec jej był nauczycielem społecznikiem, działaczem niepodległościowym, dziadek ze strony ojca przejadał i przepijał majątek pradziadka, który to pradziadek będąc wysokim carskim „czynownikiem”, kupił kawał ziemi i wybudował duży dom w Kałuszynie, gdzie moja żona się urodziła. Ten dom i resztę ziemi spłacał ojciec z niewielkiej nauczycielskiej pensji licznym spadkobiercom, m.in. dwóm stryjecznym braciom Garlińskim, z których jeden był właścicielem galerii sztuki na Mazowieckiej (w tej to galerii odbyła się pierwsza wystawa Witkacego).
To tyle o splendorach, bo jak opowiadał ojciec, kiedyś na Podolu znalazł całą wieś Garlińskich, więc to, co posiadała rodzina, było chyba wyłączną zasługą tego carskiego urzędnika (taka jest interpretacja mojej żony).
Matka żony pochodziła z wiejsko-zaściankowej rodziny, która miała wielu działaczy niepodległościowych. Stryj matki za udział w rewolucji 1905 r. został skazany na karę śmierci, a dzięki interwencji Stefanii Sempołowskiej zamienionej na dożywocie. W ramach opieki nad więźniami i ich rodzinami matka wychowywała się przez jakiś czas właśnie u Sempołowskiej. W takim patriotycznym domu wychowywała się Zosia wraz ze starszym rodzeństwem: siostrą i o siedem lat starszym bratem, który jako młody lekarz pracując w czasie okupacji w szpitalu ujazdowskim został przez rannego Niemca rozpoznany jako uczestnik nieudanego na niego zamachu i rozstrzelany na Pawiaku (Gęsiówce) w maju 1943 r.
W domu Garlińskich w czasie okupacji mieszkał na stancji Kazimierz Barcikowski, w pewnej mierze daleki powinowaty. W latach 70-tych był on ministrem rolnictwa a w 80-tych wice-premierem. W 1998 wydał wspomnienia w których, ku miłemu zdziwieniu Zosi, oprócz wielu wspomnień z pobytu u Garlińskich napisał, że wychowawczy wpływ zawdzięcza rodzicom, natomiast pomoc w rozwoju umysłowym znalazł w rodzinie Garlińskich.
Zosia w czasie okupacji ukończyła liceum humanistyczne, szkołę im. Noakowskiego z I lokatą i jeden rok architektury w szkole Jagodzińskiego, gdzie pod nazwą kursów kreślarskich odbywały się normalne zajęcia Wydziału Architektury. Była również na I roku konserwatorium, z którego jednak zrezygnowała. Było za dużo obowiązków, choćby z tego względu, że dojeżdżała do W-wy z Mińska. Do czynnego uprawiania muzyki nigdy nie wróciła. W konspiracji nie była zaangażowana, bo po pierwszych kontaktach z komórką AK w Mińsku Mazowieckim, gdzie mieszkała, właśnie ta komórka została przez Niemców zlikwidowana na skutek donosu jednego z kolegów, cała siatka rozszyfrowana, a większość członków rozstrzelana. Zbiegło się to z zamordowaniem brata i spowodowaną tym chorobą matki. Przyrzekła, że nie będzie się angażowała. Natomiast jej ojciec i brat byli w konspiracji bardzo aktywni.
W 1944 r. zaraz po wycofaniu się Niemców zaczęła pracować w urzędzie architekta powiatowego. Projektowała rekonstrukcję wsi. Pamiętam jej rysunki: na szarym pakowym papierze rysowane grubym ołówkiem i białą kredką plany i elewacje chałup z glinobitki (jej szef inż. Benko pochodził z Podola, gdzie taki typ budownictwa był powszechny).
Wkrótce po uwolnieniu Warszawy, w marcu, dostała się do stolicy i tam spotkała na ulicy, a właściwie w wąwozie z gruzów, bo takie były wtedy ulice w W-wie, swego profesora ze szkoły Noakowskiego, arch. Brunona Zborowskiego i tak zaczął się jej powojenny etap w Warszawie. Ze swoim profesorem, który był specjalistą od zabytków, pracowała najpierw w BOSie przy odbudowie wielu kościołów: Św. Krzyża, Wizytek, zespołu bernardyńskiego na Czerniakowie, kościoła Wszystkich Świętych na pl. Grzybowskim, kościołów na Dzielnej, Chłodnej, a także przy odbudowie Arsenału. Wielką przyjemność sprawiało jej rysowanie więźb dachowych - była bardzo dobra w geometrii wykreślnej (prof. Otto proponował jej nawet asystenturę, mam nadzieję, że w związku z jej zdolnościami).
Dalsze studia
O projektowaniu już wspomniałem. Gutt mnie lubił. Z przedmiotami pamięciowymi (historia architektury) dawałem sobie radę „sposobem”. Np. żeby zdać u Biegańskiego historię architektury nowożytnej, trzeba było wykuć na pamięć umiejętność rysowania dziesiątków planów i elewacji. Ten system nauki wydawał mi się bezsensowny, jak również przekraczał moje możliwości. Postanowiłem poszukać w literaturze czegoś atrakcyjnego, dotyczącego nie konkretnego obiektu, ale charakterystycznego dla epoki. Przed drzwiami w kolejce „na szafot” serce biło mi jak przed korektami u Gutta. Koledzy nerwowo przypominali sobie szczegóły jakichś planów czy elewacji, a ja w tej materii byłem zupełnie ciemny. Znalazłem się wreszcie przed obliczem „Piotrusia”, jak nazywaliśmy Biegańskiego. Padło jakieś szczegółowe pytanie dotyczące na szczęście architektury francuskiej. Zamiast odpowiadać na temat (na co nie było mnie stać) powiedziałem, że zajmowanie się wyłącznie obiektami zrealizowanymi ogranicza w znacznym stopniu możliwość poznania największych osiągnięć myśli architektonicznej naszych poprzedników.
Chwyciło. Zauważyłem zainteresowanie profesora. Popłynąłem śmiało w kierunku jednej z przygotowanych desek ratunku. Mówiłem: „w historii architektury znamy wiele przykładów realizacji gorszego projektu. Różne były tego przyczyny: polityczne, ekonomiczne i delikatnie mówiąc osobiste”. „Proszę o przykład”, przerwał profesor.
Na to czekałem. Opowiedziałem szczegółowo o kolumnadzie Louvru, jak to lekarz Claude Perrault pozbył się słynnego włoskiego architekta Gian Lorenzo Berniniego - autora wspaniałego projektu kolumnady, flirtując (mówiąc delikatnie) z wpływowymi damami królewskiego dworu. Kiedy skończyłem tę opowieść i nabierałem powietrza, żeby zacząć drugi przykład, profesor zimnym tonem poprosił o indeks. Ja mówiłem dalej o potrzebie studiowania wariantów projektów i... Profesor wpisał ocenę i oddał mi indeks, do którego nie miałem odwagi zajrzeć w gabinecie. Kiedy po wyjściu na koryterzu otworzyłem indeks w towarzystwie oczekujących kolegów, nastąpiła konsternacja - otrzymałem piątkę.
Nikt z kolegów, poza Zosią, nie wierzył mi, że nie znam na pamięć setek elewacji. Uważali, że blefuję. W podobny sposób jak u Biegańskiego zdawałem historię architektury średniowiecznej u Leykama czy Ciborowsiego, czarując ich znajomością, o ile pamiętam, witraży w Chartres.
Udane doświadczenie z egzaminu – niespostrzeżonego przejmowania inicjatywy, przydało mi się w mojej późniejszej pracy architekta i pedagoga.
Zosia i ja zmęczeni emocjami egzaminu poszliśmy nad Wisłę. Na brzegu rozebrałem się. Zosia zabrała moje ubranie i poszła mostem na drugą stronę rzeki. Kiedy Zosia siedziała na przeciwległym brzegu, ja omijałem czoło ostrogi i uważałem na kręcące się wiry. Chodziło o to, żeby zdążyć wciągnąć powietrze, zanim wir mnie wciągnie, poddać się niemu, wręcz „pójść za jego ciosem”, odbić się od dna i wypłynąć na powierzchnię. Na szczęście obyło się bez nurkowania i kiedy nieco zmęczony, ale wyraźnie odświeżony wychodziłem na brzeg, wydawało mi się, że spłukałem balast (niepotrzebny moim zdaniem,) pamiętania i tych niewielu elewacji, które obciążały moją pamięć.
Kłopoty lokalowe powodowały, że szukaliśmy z Zosią samotności w różnych miejscach. Dom akademicki, w którym mieszkałem, był również nieodpowiedni. Wreszcie znaleźliśmy się w plenerze pod Warszawą. Byliśmy sami. Nastąpiło spełnienie naszych marzeń. To był nasz ślub.
Wiedzieliśmy oboje, że od tej chwili należeliśmy do siebie.
Kiedy z odległości kilkudziesięciu lat próbuję sobie wyobrazić proces naszego wzajemnego poznawania, „docierania się”, widzę wznoszącą się, choć nie płynnie linię. Ma ona kilka dramatycznych załamań. Te chwilowe spięcia, wynikające w głównej mierze z braku porozumienia, wyrastały do katastrofalnych rozmiarów, szczególnie w przeczulonej wyobraźni Zosi, która mimo to, a może właśnie dlatego, w oparciu o jej intuicyjną mądrość, potrafiła skierować zpowrotem „linię rozwoju naszych uczuć” ku górze.
Moja pierwsza praca w biurze projektów
Będąc na trzecim roku studiów rozpocząłem pracę w nowo powstającym Zakładzie Osiedli Robotniczych. Prezesem był Wolski, a dyrektorem technicznym sympatyczny Bronisław Kulesza. Obok mnie w tym samym pokoju projektował Kazimierz Tetmajer, były współpracownik Syrkusów, który przy projektowaniu domu towarowego na Woli miał za konsultanta Mariana Spychalskiego, ten to z kolei z upodobaniem przy negatywnych opiniach używał powiedzenia: ” można przyzwyczaić się i do szubienicy, ale czy trzeba?” Projektowałem wtedy urbanistykę osiedla „Dębiec” pod Poznaniem. Moimi konsultantami byli Bolesław Malisz i Stefan Putowski.
Punktem spornym stała się moja propozycja rozwiązania ośrodków kultury i handlu, które zaprojektowałem jako oddzielne budynki, nie wyobrażając sobie powiązania sprzedaży śmierdzących śledzi z atmosferą sali teatralnej czy biblioteki. (Mój projekt urbanistyczny był bazą dla projektowania obiektów, które zaczęliśmy jeszcze podczas mojej obecności w biurze. Piszę „jeszcze”, bo dzieje się to przed wyjazdem do Paryża.)
Erik - tragedia
Otrzymałem list od Erika:
Kraków 15.I. 1947r.
„Drogi Cimonie!
Prawdopodobnie zdziwią Cię nieco pewne sprawy w tym liście poruszone, być może nie przyznasz mi racji
- chciałbym jednak byś się zbyt subiektywnie na nie nie zapatrywał,
byś na to wszystko patrzał pod kątem mej psychiki wtedy prawdopodobnie wiele rzeczy będzie zrozumialszych,
a może nawet w części usprawiedliwionych.
Wiesz, że marzyłem o podróży yachtem, jak to się mówiło, „dookoła świata”.
Zresztą wszyscyśmy o tym marzyli …A czas idzie. Nieubłaganie szybko lecą lata młodości - te, na które się czekało
- te, podobno, najpiękniejsze, najmilsze, najlepsze.
Jeszcze parę lat takich jak były - a mało znajdzie się chętnych do zaryzykowania życia w jakichś zwariowanych wyprawach.
I co można dzisiaj wiedzieć o tym jak się potoczą wypadki za rok…za dwa lata?
Można mnie nazwać „romantykiem”, egoistą, pomyleńcem, ale ja się nie mogę zgodzić na ustąpienie ze swych pragnień i marzeń.
Nie mogę się zgodzić na życie szare i jednostajne, na życie „solidne”, „porządne” - ja chcę żyć! I to żyć przez wielkie Ż!
Postanowiłem nie przepuścić żadnej okazji w życiu dającej mi możność zaspokojenia żądzy wolności, przestrzeni i wielkiej przygody.
Mogę powiedzieć, żem wiele przeżył, wiele przecierpiał, wiele widział i nie z jednego pieca chleb jadł.
Wewnętrznie przywykłem do przeżywania mocniejszych emocji i w obecnej szarzyźnie rzeczywistości czuje ich głód.
Czuję się wytrącony psychicznie z równowagi. Pragnienia wielkich przeżyć nie zaspakaja całkowicie malarstwo.
Na jakiś czas było to dobre, kojące lekarstwo…Dziś mnie męczy.
Męczą mnie codzienne beznadziejne jednostajne zajęcia i wysiłek, którego celu dostrzec nie mogę.
Dostałem propozycję od paru gości bym im pomógł przy pracy remontowej yachtu;
moja znajomość morza i żeglowania oraz praca przy kadłubie jest ceną, którą mam wnieść,
by wziąć z nimi udział w projektowanym dłuższym rejsie.
Sam rozumiesz co się dzieje w mojej duszy.
Z jednej strony podjęty trud (Akademia, Architektura, Hist. Sztuki), dobry stosunkowo stan materialny
(stypendium, bursa, obiady bezpłatne) - nie najgorsze wyniki studiów; z drugiej - możliwość wypłynięcia w świat. Ryzykuję wiele.
Architekturę porzucam prawdopodobnie na zawsze. Toż samo hist. sztuki. Mogę stracić rozpoczęty rok na Akademii (a może i nie).
Toż samo bursę, stypendium. I chociaż zasadniczo już jestem zdecydowany w wyborze, to jednak wewnętrzna walka trwa.
Zdecydowałem się zaryzykować. Takie okazje nie zdarzają się często.
A młodość ucieka. Ryzykowałem w życiu wiele - zaryzykuję i teraz.
Największy ból sprawia mi to jak Mama zareaguje na moje postanowienie. Sam zresztą rozumiesz.
Wiem co mi można zarzucić w tym wszystkim, wiem jakich argumentów można użyć przeciwko mojemu ujmowaniu kwestii.
Wszystkie wątpliwości przeżywam i przegryzam w sobie. I jednak chcę zaryzykować.
Być może potem żałować tego będę, być może nie potrafię potem wciągnąć się w obecny tryb i tempo pracy
i nie będę mógł kontynuować studiów…
Wszystko to być może, - ale nie musi.
A przepuścić taką okazję t. zn. praktycznie - zrezygnować ze swych pragnień i celów (poniekąd) życia,
i mieć do siebie wieczny żal za brak decyzji… Tak i być.
Mam za parę dni pojechać do Szczecina na oględziny „łajby”, ewentualnie na zorientowanie się w warunkach tamtejszego bytowania
i zbadać (mniej więcej chociażby) procentową możliwość dojścia do skutku projektowanej historii.
Gdyby były znaczniejsze szanse wykonalności wyprawy - musiałbym się osiedlić w Szczecinie.
Uporządkowałbym jedynie swe sprawy w Krakowie i adieu Plac Matejki, adieu Wawel i ul. Gołębia.
Cześć męka codzienności i szarzyzno studenckiego życia!
Praca może będzie jeszcze cięższa, warunki materialne gorsze, ale będzie cel uświęcający i trud i wysiłek i samopoświęcenie.
A ryzyko jest wszędzie. Nawet jeśli nie uda się nam doprowadzić do pomyślnego końca zamierzonego planu
- to w Szczecinie przy remontowej pracy nad kadłubem, olinowaniem i ożaglowaniem nauczę się wielu rzeczy, które mi się zawsze przydadzą.
Chociażby przy realizowaniu naszej „malcowskiej” wyprawy.
Chociaż warunki dzisiejszego życia wielu z nas rozdzieliło od siebie sądzę,
że jednak chociaż paru z kawalerów pamięta swe marzenia i z nich nie zrezygnowało.
Może nawet w naszej rodzinie będą tacy. Nie czas wówczas będzie na uczenie się.
A doświadczenia nauczyć się nie można - trzeba je posiąść.
A jeśliby wyprawa nasza się powiodła - to sądzę, że wiele mógłbym pomóc i zrobić by i nasza, rodzinna, czy malcowska doszła do skutku.
Wiem, że to trochę „słodkie bajery” - pisanie palcem po wodzie, ale to tak rzadko można w życiu wiedzieć co jest bajer,
a co prawda - czasem te dwa pojęcia są jednoznaczne.
Słowem za tydzień, najdalej za dwa na pewno będę wiedział o „swych losach”.
Zapomniałem Ci podać, że projektowany rejs ma nieodwołalny termin - lato 1947 rok (najpóźniej)
a będziemy się starać w miarę możliwości o przyśpieszenie tego terminu.
Prosiłbym Cię bardzo na razie nie pisać o mych zamiarach nikomu, a szczególnie do domu.
Gdy rzecz będzie zdecydowana w 100 % wtedy dopiero można (tego momentu boję się najbardziej) będzie pomyśleć o tym.
A teraz taka sprawa. Staram się w P.Z.Ż-ecie w Warszawie o uzyskanie stopnia sternika morskiego.
Mam szanse. Zapytaj Głazka czy w związku z tym mogę powołać się na niego jako na tego, który mnie znał jako żeglarza przed wojną.
I czy był on np.na obozie LMK w r. 1936 nad Naroczą (w lipcu) lub na obozie LMK w r. 1937 w Trokach (w lipcu).
I jeszcze jedno. Ma on książkę (praktyczna!) do nawigacji (może i locji) Kuczyńskiego, którą przeglądałem będąc u Was na Polnej.
Sprzedać ją, prawdopodobnie, on by nie zechciał, ale byłbym mu wielce wdzięczny gdyby mógł mi ją pożyczyć.
(W zastaw, bo wiem, że mógłby on mieć wątpliwości co do zwrotu - dałbym „piątkę”).
Zależy mi na tym. O ile to możliwe odpisz mi jak najszybciej.
Całuję serdecznie i życzę wiele szczęścia
Erik „
Wkrótce Erik odwiedził mnie w mundurze marynarza. Przyjeżdżał ze Szczecina starać się o pomoc w realizacji planowanej przez niego i jego dwóch kolegów podróży jachtem dookoła świata. Pomagał mu kto mógł - między innymi jakiś znajomy Irmy, wysoka figura chyba w ministerstwie żeglugi. Bardzo odradzała mu tę podróż Mama. Jacht był wrakiem remontowanym w Szczecinie. Nazwali go „Sen”, bo jak mówił mi Erik, był to „sen” urzeczywistniany przez Han-sena. Erik w związku z jego marynarską przeszłością i uprawnieniami był kapitanem wyprawy.
W listopadzie 1947 r. w przeddzień wypłynięcia przyjechałem do Świnoujścia. Zastałem załogę zmęczoną przygotowaniami i jacht gotowy do podróży. Wiał silny wiatr, może było spienione. Erik wyglądał bardzo źle. Miał biegunkę. Widział moje przerażenie.
Uprzedzając moje wątpliwości, prosił mnie, żebym mu nie doradzał opóźnienia startu, bo są zdeterminowani wypłynąć bez względu na warunki. Zbyt długo czekali, żeby przedłużać to choćby o dzień. Zrobiłem zdjęcie załogi i powróciłem do Warszawy.
W kilka dni potem w prasie ukazał się komunikat o utonięciu jednego z członków załogi jachtu „Sen”. Był to Erik.
Wg relacji kolegów niedługo po wypłynięciu ze Świnoujścia, w pobliżu Rugii, jacht osiadł na mieliźnie. Próby uwolnienia jachtu nie powiodły się. Erik zdecydował się dopłynąć do brzegu i sprowadzić pomoc. Uwiązany długą liną, zszedł z pokładu i popłynął w kierunku brzegu. Po długim oczekiwaniu zaniepokojeni koledzy wyciągnęli wolną linę. Erik nie wrócił. Jacht został ściągnięty z mielizny przez niemieckich rybaków. Po jakimś czasie powiadomiono, że na wyspie wyłowiono ciało mężczyzny. Starania rodziny o umożliwienie identyfikacji wyłowionych zwłok nie dały rezultatu.
Władze wojskowe nie wyraziły zgody mimo interwencji kapitanatu portu w Szczecinie, gdzie pracował p. Narkiewicz, kolega Erika z Zygmunta Augusta w Wilnie. Nie wiemy, jak zginął, czy utonął, czy może został zastrzelony przez sowiecką straż graniczną, na co wskazywałby zakaz przyjazdu na wyspę i identyfikacji zwłok, która mogłaby ujawnić ewentualne zastrzelenie.
Ta druga wersja jest bliższa prawdy z uwagi na polityczną atmosferę roku 1947. Niewyjaśnienie do końca, czy były to zwłoki Erika, pozwoliło Mamie wierzyć, że on żyje. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego Erik świadomy grożącego mu niebezpieczeństwa, świadomy, że przekracza wszelkie zasady postępowania w takiej sytuacji, zdecydował się na ten krok.
Myślę, że tylko najbliżsi mogą przeanalizować zjawisko, jakim był Erik. Jego decyzja moim zdaniem, nie była przypadkowa, spontaniczna. Wyniknęła z jego stosunku do życia, do przyjaciół, z jego doświadczenia w pokonywaniu przeszkód, jakie życie przed nim piętrzyło. W dzieciństwie on skupiał na sobie szczególną uwagę Ojca. Wynikało to ze wspólnoty zainteresowań i uzdolnień plastycznych. Ojciec widział w Eriku możliwość realizacji własnych marzeń i ambicji.
Po śmierci ojca to wyróżnianie kontynuowała Mama i rodzeństwo. Był naszym ideałem. Wśród kolegów, „kamandy zwierzynieckiej”, był niekwestionowanym autorytetem w każdej dziedzinie, wtedy kiedy trzeba było coś narysować, odważnie się wygłupić, popisać się jakąś sprawnością sportową, stanąć w czyjejś obronie czy rozmawiać o literaturze, Erik zawsze był najlepszy.
Ale on nie pchał się na cokół. To myśmy go tam lokowali. Jego szkoła morska i podróż dookoła świata na „Darze Pomorza”, jego głębokie zaangażowanie w pracę konspiracyjną w czasie kolejnych radziecko-litewsko-niemieckich okupacji Wilna, aresztowanie, ucieczka z Łukiszek, partyzantka - we wszystkich tych działaniach narażał życie, osłaniał innych, brał na siebie odpowiedzialność.
Tak też zachował się schodząc z pokładu swego jachtu. Wielokrotne wychodzenie ze śmiertelnych zagrożeń dawało mu wiarę, że i tym razem mimo przekroczenia prawa - zakazu opuszczania statku - szczęście mu dopisze. Nie chciał narażać kolegów, wierzył, że on, weteran pokonywania trudności nie do pokonania, zrobi to najlepiej.
Leśna
W 1948 r.(?) Arwid z Mamą przenieśli się z Malborka do Leśnej (Ziemie Odzyskane).
Pamiętam, że jesienią tegoż roku odwiedziliśmy to nowe miejsce z Zosią. Chciałem ją przedstawić Mamie i Arwidowi. Byłem zaskoczony ich wspaniałą rezydencją. Był to murowany, jednopiętrowy, obszerny dom z wysokim podpiwniczeniem, przykryty łamanym dachem, usytuowany na małym wzniesieniu, otoczony sporym terenem . Pamiętam, że po białej ścianie domu piął się bluszcz, a teren od strony ulicy był obsadzony świerkami.
Zastałem Mamę pochłoniętą doglądaniem niemowlęcia - syna Runara, Erika .
Podziwiałem wtedy Arwida. Arwid, o ile pamiętam, pracował jako lekarz w fabryce tekstylnej, przyjmował pacjentów również w domu, prowadził życie towarzyskie (również w domu), gdzie we wszystkim, w miarę potrzeb, pomagała mu Mama. Był bardzo zajęty. W tych warunkach wyrażenie zgody na wychowywanie syna Runara uciążliwe przede wszystkim dla Mamy, ale i dla niego, uważam za czyn prawdziwie braterski. W tym też czasie odwiedzili Leśną nowożeńcy - Karin i Bolek Hebrowski. Wkrótce miał być Buba.
W domu był również pies Aras, - owczarek alzacki, którego przywiózł również Runar.
Ten obszerny dom, mogący pomieścić nas wszystkich, naraz dzięki Mamie i Arwidowi zarysował mi się jako nasz nowy dom rodzinny, do którego będziemy się zjeżdżać. Myślę, że w pewnym stopniu spełnił on to zadanie.
Kiedy opuszczaliśmy Leśną, byłem przygnębiony dysproporcją pomiędzy małą, schorowaną Mamą a jej potężnymi obowiązkami. Olbrzymi dom, małe krzyczące niemowlę, nerwowy Arwid i Ona. Moje przygnębienie było tym większe, im bardziej byłem bezradny - wyjeżdżałem na rok zagranicę. Mój ponury nastrój łagodziła nieco myśl, że ten nadmiar obowiązków, a w szczególności odpowiedzialność w wychowywaniu niemowlęcia, przyniosą ulgę w cierpieniach Mamy po stracie Erika.