nasze dalsze losy
Arwid, Mama, Kubuś
Odwiedziliśmy z Zosią Leśną. Zastaliśmy uśmiechniętą Mamę wpatrzoną w biegające wśród kur „cyganiątko” - Kubusia, jak nazwał Ericzka Buba, który w tym czasie był już w Łodzi po leczeniu w Zakopanem. W domu mówiło się, że może przeniosą się do Łodzi wobec zaproponowanej Arwidowi tam pracy.
Arwid podarował mi sześć podniszczonych tektur pokrytych zagadkowym ekspresyjnym malarstwem, które znalazł w komisariacie policji w Leśnej. Zabrałem je do Warszawy.
Los sprawił, że w 1950 r. Arwid, Mama i Kubuś przenieśli się do W-wy i zamieszkali na ul. Oboźnej 9 w pobliżu CRZZ (Centralnej Rady Związków Zawodowych), gdzie Arwid zaczął pracować jako lekarz inspektor BHP. Był członkiem PZPR od 1956 r. Wkrótce ożenił się z Zofią, z którą szybko rozwiódł się, żeby ożenić się z Krystyną; ma z nią córkę Ingrid. W 1968 r. Arwid rozwodzi się z Krystyną, a żeni się z Benitą, z którą ma syna Hermana, Grzegorza. Ukończył on Wydział MeLu na Politechnice Warszawskiej oraz Wydział Filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Niedawno w 1995 r. uzyskał tytuł doktora nauki filozoficznych. Jest żonaty.Ma córkę Alicję Sirkkę. Obecnie pracuje w banku.
Arwid, jako wybitny specjalista w dziedzinach bezpieczeństwa i higieny pracy oraz ergonomii, a także wypadkoznawstwa i czynnego wypoczynku, wydał na te tematy szereg publikacji książkowych. Przebywał na stypendium MOP przez rok w Paryżu i Strasburgu. Jest twórcą systemowego badania przyczyn wypadków w Polsce. W roku 1985 uzyskał stopień doktora nauk społecznych na Uniwersytecie Warszawskim w Katedrze Socjologii. Arwid wielokrotnie reprezentował Polskę na konferencjach MOP przez ONZ w Genewie poświęcanych problematyce ochrony pracy. Ostatnio był członkiem Rady Ochrony Pracy przy Prezydium Sejmu, zwłaszcza w sprawach dotyczących poważnych wypadków. Utrzymuje kontakt z daleką rodziną w Norwegii, nawiązany w czasie pobytu w Norwegii w związku z 50-tą rocznicą szpitala, ufundowanego przez Martinę i Hermana Hansenów.
Arwid
Dekret Naczelnika Państwa Marszałka Józefa Piłsudskiego z dnia 3.01.1919 r. stanowi „O urządzeniu i działalności inspekcji pracy", W Głównym Inspektoracie Państwowej Inspekcji Pracy przepracowałem prawie pół wieku, w tym 16 lat jako zastępca Głównego Inspektora Prac. W 1983 r. zostałem emerytem. Dobrze poznałem polską rzeczywistość - stan bezpieczeństwa i higieny pracy w zatrudnieniu, a także stosunek do ochrony pracy Państwa i poszczególnych urzędów oraz Sejmu RP.
Znana, z kręgów okresu po pierwszej wojnie światowej, Halina Krahelska -państwowy inspektor pracy - w opracowaniu pt. „Ochrona pracy w Polsce" stwierdza, że zły stan warunków zatrudnienia uwarunkowany jest przede wszystkim ekonomiczno-socjologicznymi przyczynami ..."niedocenianiem wartości życia, zdrowia i praw pracowniczych. Działa przemożne myślenie i rozumowanie przemysłowców, którzy pod płaszczykiem interesów wytwórczości krajowej potrafili przez szereg lat zwalczać ideę ochrony pracy, zabezpieczając sobie wolna rękę w gospodarowaniu zdrowiem i energia pracownika...."
Tak widział sytuację pracownika „przedwojenny" państwowy inspektor pracy. Identyczny jest stan obecny ochrony pracy w Polsce. A ściślej ewidentnie zły. od roku 1989 do chwili obecnej.
W roku 2001 mamy w Polsce wciąż rosnące bezrobocie, które już przekroczyło 16 % zatrudnionych. Wdrażany jest brutalnie system kapitalistyczny wolnego rynku. Doprowadza to też do zmian w Ustawie Kodeks Pracy. Należy oczekiwać, że przedsiębiorcy w latach 2001 - 2005 zabezpieczą sobie wolna rękę w gospodarowaniu czasem pracy i zdrowiem oraz wydatkiem biologicznym pracowników.
W okresie lat 1989 - 2001 państwowi inspektorzy pracy nie posługiwali się dostatecznie współczesnym rozumowaniem i metodami doskonalącymi pojęcie pośredniego sprawstwa zagrożenia. Zwłaszcza w przypadkach wypadków przy pracy śmiertelnych, chorób zawodowych lub inwalidztwa w wyniku skutków zaniedbań pracodawców. Nikła w tym okresie była i jest skuteczność oddziaływania państwowych inspektorów pracy na decyzje prokuratorów i sadów.
Odpowiedzialność karna i cywilna pracodawców w Polsce za nieprzestrzeganie przepisów prawa i bhp w latach 1989 - 2001, które doprowadziły do ofiar pracowniczych (śmierci, kalectwa, choroby zawodowej, inwalidztwa) w zasadzie nie istniały. terenowe państwowych inspektorów pracy, działających w oparciu o ramowe wytyczne. W oparciu o pomiary natężenia występującej nozologicżnej szkodliwości, oceniali wielkość ryzyka utraty zdrowia - współpracując z lekarzem medycyny pracy. Ogłosiłem drukiem w broszurach obraz zagrożenia azbestozą w 5 przedsiębiorstwach używających różne azbesty. Podobnie zostały opisane stanowiska pracy zagrażające zatruciem ołowiem, rtęcią, dwusiarczkiem węgla, benzenem, szkodliwym hałasem, wibracją. Taktyka postępowania polegała na pokazywaniu stanu ewidentnego zagrożenia chorobą zawodową celem podjęcia decyzji wstrzymania pracy, zmiany technologii, wdrażania hermetyzacji, turnusowości, dodatkowych urlopów i inne. Niewątpliwie pionierską działalnością była w latach 1960 - 1990 moja aktywność wydawnicza dostosowana do percepcji odbiorców. Ukazująca metodologię TOL. Zainteresowania moje nie ograniczały się do szerokiej tematyki ochrony pracy. Wymieniam tytuły, objętości i ilości egzemplarzy książek - tylko wybrałem przykłady: 1. 1966 r. „Analiza uciążliwości pracy" (str. 200) - 5000 egzemplarzy 2. 1977 r. „Kompleksowa ocena poziomu bezpieczeństwai higieny pracy" - str. 335) wznowienia uzupełniające - 40.000 egzemplarzy. 3. 1972 r. „BHP dla szkół zawodowych (str. 235) - 300.000 egzemplarzy 8 wznowień uzupełniających 4. 1992 r. „Zarys wypadkoznawstwa" (str. 251) - l .500 egzemplarzy 5. 1994 r. „Wypadkoznawstwo na co dzień" (str. 227) - 2.000 egzemplarzy (accidentologie) Prewencyjne bezpieczeństwo każdego procesu technicznego, każdej czynności wymaga prospektywnego identyfikowania zagrożenia (m. innymi poprzez jego wpis), a także określenie uwarunkowań aktywizujących zidentyfikowane zagrożenie. Niejednokrotnie, istotne informacje o okolicznościach i przyczynach powstania zagrożenia, także poznajemy istotę czynnika aktywizującego zagrożenie podczas rzetelnej retrospektywnej analizy wypadku (katastrofy). Im ryzyko wypadku (katastrofy) jest większe, tym bardziej niezawodne winny być stosowane środki kontroli ryzyka zagrożenia. Polska 1919 - 1980 1 „[...] Działalność w dziedzinie bezpieczeństwa pracy jest dotychczas — zarówno u nas, jak i za granicą — działalnością przede wszystkim praktyczną. Wiedza ta rozwija się w powiązaniu z postępem technicznym i postępem różnych dyscyplin naukowych, jak np. mechanika, fizyka, wytrzymałość materiałów, chemia, technologia, nauki o człowieku, jak medycyna, fizjologa, psy¬chologia, ergonomia itp. Brak jest jednak dotychczas specjalnej dyscypliny, która by wiązała roz¬proszone wysiłki działalności praktycznej w jednolitą całość określonego systemu. Dyscypliny, która pozwoliłaby na ujednolicenie pojęć, a przez to umożliwiłaby stworzenie obiektywnych wa¬runków porównywalności. Obecnie mogą być one oceniane tylko subiektywnie. Brak dyscypliny, która przez stworzenie zasad i prawideł umożliwiłaby ustalenie hierarchii kierunków postępowa¬nia, wprowadziłaby ład i porządek [...]. Na potrzebę stworzenia specjalnej dyscypliny wskazują ponadto różne inne okoliczności. Pierwszą z nich jest niedostateczny dotychczas rezultat działal¬ności praktycznej w dziedzinie zapobiegania wypadkom przy pracy w Polsce i na świecie [...]. Jed-nym z największych hamulców postępu w dziedzinie zapobiegania wypadkom w Polsce jest brak właściwego kształcenia w lej dziedzinie w szkołach średnich i na wyższych uczelniach [...] nie ma dyscypliny, wokół której dydaktyka mogłaby się rozwijać, kształcąc własną kadrę specjalistów i naukowców". ...Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, ze działalność ta jest częścią lub łączy się wyraźnie z działalnością, mającą zasięg szerszy... Chodzi tu o to, że wypadki urazowe (i bezurazowe) człowieka zdarzają się nie tylko w pracy, ale także w domu, na ulicy, podczas zabaw i w szkole, podczas uprawiania sportu i turystyki l—]". (Stefan Filipowski: Powstawanie wypadków przy pracy i zasady profilaktyki IW ZZ 1975). Niemcy 1990 2 ...„Coraz wyraźniej dostrzega się w świecie, że wzrasta jakościowe i ilościowe zapotrzebo-wanie na specjalistów z dziedziny bezpieczeństwa, posiadających ogólnouniwersyteckie wykształ¬cenie połączone ze specjalnym wykształceniem w zakresie nauki o bezpieczeństwie. Również roś¬nie zapotrzebowanie na dokształcanie podnoszące kwalifikacje. Jest to uwarunkowane rozwojem coraz liczniejszych, występujących kompleksowo, a w przyszłości bardziej skomplikowanych form i systemów technicznych zabezpieczających egzystencję i rozwój ludzkości, przyczyną których bę¬dą częściej występujące duże katastrofy, a także może wzrosnąć ogólna liczba wypadków". ...„Na całym świecie, w wielu postępowych uniwersytetach i szkołach wyższych nauka o bez¬ pieczeństwie pracy rozwinęła się jako samodzielna dyscyplina. Nauka ta spełnia zasadnicze kryte¬ria, aby uchodzić za naukową dyscyplinę samodzielną, a przy tym autonomiczną. Po pierwsze jej zasadnicze treści, jak i społeczne misje, nie mogą być przyjęte z dotychczasowych, klasycznych dyscyplin. Po drugie, posiada ona własną terminologię i nazewnictwo, metody i metodologię, swo¬je własne zasady, określone techniki i instrumenty badawcze, dzięki którym może lepiej realizować kompleksowe zadania wynikające z praktyki". ...„Nieprawidłowy jest pogląd, że nauka o bezpieczeństwie ma być tylko lekko zaznaczona. Każda dyscyplina jest samą w sobie i sianowi odrębną jednostkę określonej specjalizacji. Jednakże może tworzyć z innymi specjalizacjami multidyscyplinarny związek, a postawione przez nią pro¬blemy mogą być natury interdyscyplinarnej lub transdyscyplinarnej. Nauka o bezpieczeństwie pra¬cy jest stosowaną, pozytywną, realną nauką jak nauki inżynierskie (...)". Prof. dr inż. P. C. Compes, Uniwersytet Górniczy Wuppertal — RFN,-
Mama
Wyniosła się od Arwida z Senatorskiej w 1968 r. w okresie jego rozwodu z Krystyną i nowego związku z Benitą. Mieszkanie dla Mamy i Kubusia na ul. Świerczewskiego, udało mi się wyprosić u prezesa WSM Ziółkowskiego dlatego, że z Zosią byliśmy głównymi projektantami w jednej z pracowni architektonicznych tej spółdzielni. Złożyliśmy się solidarnie na pokrycie wkładu pieniężnego, o ile pamiętam, Arwid wniósł największą sumę. On załatwił również mieszkanie dla Krystyny i Ingrid.
W tym czasie Zosia zainicjowała składkową, chociaż skromną, ale co miesięczną „pensję” dla Mamy, którą solidarnie składaliśmy na ręce Inki. Romek, który przebywał ciągle zagranicą, przesyłał pieniądze na utrzymanie Kubusia. Pewnego razu zastałem płaczącą Mamę, ponieważ Romek wyraził brak zaufania do Niej, przesyłając pieniądze na ręce Kuby. Nie wytrzymałem i napisałem Romkowi w b. ostrej formie, co myślę o jego zachowaniu się. Wszyscy mieszkający w Warszawie odwiedzaliśmy Mamę. Myślę, że najczęstszym gościem na Świerczewskiego był Arwid. Karin, z racji mieszkania we Wrocławiu, odwiedzała Mamę rzadziej, ale przebywała z nią dłużej, szczególnie że właśnie ona organizowała letnie wakacje Mamie i Kubusiowi, które spędzali razem. W tamtym okresie życia Mamy były to jej najmilsze chwile, kiedy mogła z dorosłą jedynaczką porozmawiać szczerze, nie mając na głowie obowiązków domowych.
Pamiętam moje wizyty na Świerczewskiego. Mówiła mi, że odwiedza ją Bolek, gdy jest służbowo w Warszawie. Mama każdego gościa zawsze częstowała. Nigdy nie zabrakło karmelowego przekładańca z wafli, który popijaliśmy „czajem”. Treścią jej życia był Kubuś nawet i wtedy, kiedy jako dorosły mężczyzna przyjmował swoją sympatię. Byłem kiedyś świadkiem tej macierzyńskiej nadgorliwości. Widziałem, jak ubierała swego wychowanka, już młodego lekarza, na randkę z wybranką. Widać było, że jest tym bardzo przyjęta. Myślę, że zdawała sobie sprawę, że wkrótce odejdzie i musi ją ktoś zastąpić. W tym okresie Mama czuła się coraz gorzej. Dolegał jej żołądek i miała trudności z wypróżnianiem. Polegała na Arwidzie, który w tamtym okresie, bardzo trudnym dla Mamy, odwiedzał ją często, stosował odpowiednie leki oraz sprowadzał odpowiedniego lekarza. Był najlepszym opiekunem i przyjacielem.
Mama odeszła od nas 13 października 1971 r. w wieku 82 lat. Została pochowana na Cmentarzu Ewangelickim w Warszawie.
Kuba
Ożenił się, mieszkanie na Świerczewskiego sprzedał i kupił większe.
W 1976 r. urodził mu się syn Arne. Pracował w szpitalu jako rentgenolog, a żona jako anestezjolog.
Wyjeżdżał kilkakrotnie do Norwegii pracować, w czym pomagał mu mój przyjaciel Svein Hatloy. Dzisiaj, wraz z rodziną jako obywatel szwedzki mieszka , pracuje w Sztokholmie i prawie zapomniał o rodzinie. Parę lat temu adoptował z Polski chłopca Fryderyka.
Karin
Karin z Bolkiem nadal mieszkają we Wrocławiu; z ul. Nowowiejskiej przenieśli się do Domu pod Gryfami przy Staromiejskim Rynku. Mają dwoje dorosłych dzieci: córka Astrid, dr biochemii, rozwiedziona, ma dwóch synów: Erika i Oskara, syn Arwid, mimo początkowych studiów medycznych, technik budowlany, ponownie ożeniony ma również dwóch synów: Patryka i Piotra.
Karin (ukończyła Technikum Budowlane i studia ekonomiczne) zdecydowała się pozostać w domu i wychowywać dzieci, a obecnie pomaga córce w wychowaniu wnuków. Tka piękne gobeliny w czasie z trudem wygospodarowanym. W fazie przygotowawczej wyręcza ją Bolek.
Bolek po ukończeniu Politechniki Wrocławskiej stał się wybitnym specjalistą w dziedzinie instalacji przemysłowych. Przez wiele lat był kierownikiem znaczącej na terenie Polski pracowni w tej dziedzinie. Jest autorem projektów instalacji sanitarnych szeregu największych zakładów przemysłowych w kraju. Do dzisiaj, już jako emeryt, działa w NOT. Karin i Bolek zakupili i wyremontowali własnymi rękami piękny dom w Antoniowie k. Jeleniej Góry, gdzie spędzają wakacje z wnukami.
Buba
pisze żona Inka
Po pobycie w Zakopanym nadal mieszkał z drem Kucharskim przy ul. Żwirki. Dla przybliżenia „klimatu” panującego w tym mieszkaniu opowiadał, jak to ich tęga gosposia woziła kocura na szczotce pracującego hałaśliwie odkurzacza, co kojarzyło mu się ze współczesną wiedźmą na miotle. Edgar studia prawnicze rozpoczął w Wilnie na Uniwersytecie Stefana Batorego, kontynuował je na uniwersytetach litewskim i radzieckim. Po przyjeździe do Łodzi wobec przedłużających się czynności nostryfikacyjnych dyplomów radzieckich zapisał się w 1946 r. na IV rok prawa na Uniwersytecie Łódzkim. W latach 1947-1948 studiował dodatkowo ekonomię. Tak więc na Uniwersytecie Łódzkim uzyskał stopnie magistra prawa i magistra nauk ekonomicznych. Na początku pobytu w Łodzi zarabiał na życie sprzedając na ulicy krawaty. I w tym okresie ujawniła się niezłomność jego charakteru. Był On bowiem w tym okresie rekonwalescentem po ciężko przebytej gruźlicy, poruszającym się z trudem początkowo na kuli, a potem na uwierającej stale protezie, miał również unieruchomiony bolący bark.
W czasie studiów pracował w prywatnym biurze pisania podań do sądów i innych władz, a następnie w Banku Spółdzielczym. Po ukończeniu studiów odbył praktykę aplikancką oraz zawodowy kurs sędziowski w Józefowie pod Warszawą. Kurs ukończył z wynikiem bardzo dobrym, mógł więc ubiegać się o pracę w prokuraturze w dowolnym mieście. Wybrał Wrocław, gdyż tam objął katedrę prawa państwowego prof. Mycielski, u którego rozpoczął konsultowanie swojej pracy doktorskiej na temat zagadnień związanych ze zmianą obywatelstwa. Odtąd pracę zawodową łączył z pracą naukową.
W październiku 1950 r. został mianowany podprokuratorem prokuratur miasta i powiatu wrocławskiego. Gdy przyjechał do Wrocławia miał już sporo materiału zebranego do pracy doktorskiej. Temat był Mu bliski, gdyż dotyczył częściowo i Jego samego i Jego rodziny. Niestety po kilku miesiącach konsultacji prof. Mycielski w ramach #czystki” (był hrabią z pochodzenia) został usunięty z uniwersytetu. Katedry nikt nie objął, a samo nazwisko profesora wywoływało u profesorów z innych uniwersytetów zrozumiały w tym czasie co najmniej brak zainteresowania doktoratem.
Edgar był jednak nieustępliwy. Nie zrezygnował z chęci zrobienia doktoratu, zmienił więc zupełnie temat. Interesowały go również zagadnienia lekarskie od strony prawnej, tajemnica prywatna pacjenta, odpowiedzialność lekarza. Kontaktował się we Wrocławiu z prof. Swidą, a po przeniesieniu do Warszawy z prof. Siewierskim z Uniwersytetu Łódzkiego, któremu przedłożył konspekt, a następnie maszynopis pracy „Tajemnica zawodowa w przepisach polskiego kodeksu postępowania karnego”. Niestety i tym razem ten wielki wkład pracy nie zakończył się obroną i uzyskaniem stopnia doktora.
Do września 1953 r. Edgar pracował w prokuraturze. Jednocześnie był asystentem w Szkole Prawniczej Ministerstwa Sprawiedliwości. Od września 1953 r. do września 1954 r. był wicedyrektorem Szkoły Prawniczej w Zabrzu, a z dniem 1 września 1954 r. został przeniesiony do Warszawy do Prokuratury Generalnej jako prokurator.
Edgara poznałam w październiku 1950 r., gdy przyjechał do Wrocławia. Miał list od znajomej, która była i moją znajomą, z prośbą o pomoc w znalezieniu pokoju, w którym mógłby zamieszkać. Ślub nasz odbył się 4 września 1951 r., Asmund urodził się 30 grudnia 1952 r., ale nasze pierwsze wspólne własne mieszkanie było dopiero w Warszawie (czerwiec 1955 r.). Było jednopokojowe, z maleńką kuchnią, mansardowe na 2 piętrze, do którego wchodziło się po dość niewygodnych krętych schodach, ale radość Edgara z tego pierwszego własnego mieszkania była bardzo duża. Tam Asmund chodził do przedszkola, tam zaczął chodzić do szkoły. Od czerwca 1961 r. zamieszkaliśmy przy ul. Dzielnej.
Pracując w prokuraturze we Wrocławiu, a potem w Generalnej Prokuraturze w Warszawie dążył do własnej wykładni prawa, do państwa prawa, co w tamtych czasach było trudne do osiągnięcia. O swojej pracy mówił niewiele i bardzo rzadko. Nie utrzymywał stosunków koleżeńskich z kolegami w pracy (z bardzo małymi wyjątkami). Nigdy nie korzystaliśmy z ośrodków wypoczynkowych należących do prokuratury. Kiedyś wyjątkowo opowiedział przypadek, który zdarzył mu się we Wrocławiu. Na ławie oskarżonych miał zasiąść jego partner gry w karty znad Wilii z lat dziecinnych, nożownik „Glinia” lub „Ryży”, którego wtedy przyłapał na oszustwie i zlał. Teraz poprosił o zastępstwo. Innym razem opowiadał, że gdy przygotowywał nieraz akty oskarżenia dotyczące przestępstw dygnitarzy partyjnych, poparte stertami dowodów, bywał wzywany do swego zwierzchnika (w prokuraturze obowiązywała zależność podobna do wojskowej) ten zabierał całą dokumentację i odkładał na półkę. Żadna z tych spraw nie została skierowana na drogę sądową.
Przykrości w pracy miał dużo, ale prawie nigdy o nich nie mówił, jak również o niepowodzeniach, które Go spotykały. Za przychylny stosunek do kolegów Żydów w 1968 r. został odsunięty na „boczny tor”, miał jednak wśród Żydów wielu życzliwych przyjaciół. Dowodem niedoceniania Go w Generalnej Prokuraturze jest odznaczenie Go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski dopiero w 1984 r., prawie 3 lata po przejściu na emeryturę, gdy pracował w Instytucie Problematyki Przestępczości. Odznaczenia tego nie zdążył odebrać...
Mimo ponad 30-letniej pracy w prokuraturze nikt z naczelnych władz Prokuratury Generalnej nie był na Jego pogrzebie, nie zezwolono również na umieszczenie klepsydry na budynku Prokuratury. Na pogrzeb przybyli jednak licznie koledzy i do dziś niektórzy przychodzą na Jego grób, zapalają lampki i kładą kwiaty. Są to nieraz ludzie, których zupełnie nie znam.
Jeszcze w okresie wileńskim, a potem w Łodzi należał do PPS, po zjednoczeniu stał się członkiem PZPR.
Mimo że był bardzo zaabsorbowany pracą zawodową, nie wypełniała ona Jego całego życia. Jego pasją była praca naukowa. Mimo dużych trudności i nieakceptowania przez zwierzchników jego zainteresowań naukowych zbierał materiały do kolejnej pracy doktorskiej, tym razem bardzo związanej z pracą zawodową. Pod kierunkiem prof. Jerzego Sliwowskiego, kierownika katedry prawa karnego w Toruniu, opracował pracę pt. Problemy nadzoru penitencjarnego. Niestety i tym razem praca ta kosztowała Go bardzo dużo wysiłku i czasu. Gdy bowiem była już gotowa, w polskim ustawodawstwie zapowiadane były zmiany w przepisach prawa karnego. Prof. Sliwowski nie chciał się zgodzić na obronę pracy według obowiązującego wtedy stanu prawnego. Czekał więc Edgar na zmianę kodeksu karnego, kodeksu karnego wykonawczego i kodeksu postępowania karnego i wprowadził do pracy wielokrotne poprawki zgodnie z kolejno proponowanymi zmianami. Sam zresztą był dla komisji sejmowych projektodawcą niektórych artykułów kodeksów. Trwało to kilka lat i praca była wielokrotnie zmieniana i przepisywana, a Edgar jeździł na seminaria doktoranckie do Torunia w ramach urlopu wypoczynkowego i za własne pieniądze. Nareszcie ukazały się obowiązujące kodeksy i Edgar po zdaniu przewidzianych egzaminów obronił 24 października 1972 r. pracę doktorską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Opublikowało ją Wydawnictwo Prawnicze.
Niezwłocznie po otrzymaniu stopnia doktora nauk prawnych zabrał się do kolejnej pracy, by ubiegać się o stopień doktora habilitowanego. Tematem były przestępstwa więźniów w okresie izolacji penitencjarnej. Pracę o objętości prawie 250 stron opublikowało Państwowe Wydawnictwo Naukowe. Kolokwium habilitacyjne odbyło się również w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w dniu 5 marca 1980 roku i Rada Wydziału Prawa na podstawie oceny ogólnego dorobku naukowego oraz rozprawy habilitacyjnej nadała Mu stopień naukowy doktora habilitowanego nauk prawnych w zakresie kryminologii i polityki kryminalnej. Edgar był jednym z nielicznych specjalistów tej dziedziny prawa.
31 grudnia 1981 roku przeszedł na emeryturę jako prokurator Prokuratury Generalnej, pracował jednak dalej - do ostatniego dnia swego życia - jako docent w niepełnym wymiarze godzin w Instytucie Problematyki Przestępczości.
Kolejne prace doktorskie i praca habilitacyjna nie wypełniały wszystkich zainteresowań Edgara. Mimo inwalidztwa i nękającej Go choroby nerek i kilku operacji, mimo bardzo absorbującej pracy zawodowej, umiał wygospodarować czas na czytanie, zbierania materiałów i opracowywanie kolejnych prac. Niestety było to często kosztem rodziny, a przede wszystkim Asmunda, któremu przydałoby się poświęcić więcej czasu.
Opublikował 2 monografie, prawie 150 artykułów w różnych czasopismach naukowych, w tym również w periodykach norweskim, fińskim, niemieckim i rosyjskim, a także 2 rozprawy w pracy zbiorowej „Socjologia zawodu” pod red. prof. Adama Sarapaty o tajemnicy zawodowej oraz o zawodzie prokuratora.
Oprócz zagadnień ściśle związanych z Jego pracą zawodową interesowały Go i inne dziedziny. Nawet po kilkutygodniowych pobytach w Norwegii, Szwecji czy Finlandii pisał „migawki” do wydawnictw popularnonaukowych, które ilustrował własnymi rysunkami. Miał bowiem zdolności rysunkowe i umiejętność podpatrywania życia, zwykłą więc kreską robił dowcipne karykatury. Rysował zresztą chętnie i tak „bez wysiłku”. Często listy opatrywał małym śmiesznym rysunkiem. Zawsze z wielką chęcią zdobił jajka na Wielkanoc, najczęściej na kolorowych już jajkach szpilką lub żyletką wydrapywał różne rysunki. Niestety tej twórczości Edgara zachowało się bardzo niewiele. Szkoda, że kalectwo uniemożliwiało Mu studiowanie akademii sztuk pięknych.
Przez wiele lat bardzo udzielał się w Polskim Towarzystwie Medycyny Sądowej, Psychiatrii i Kryminalistyki, współpracował z prof. W. Grzywo-Dąbrowskim i przez kilka kadencji był wiceprezesem zarządu głównego.
Chyba od założenia Towarzystwa Polsko-Norweskiego był jego członkiem i przez długi okres opracowywał kolejne wersje statutu Towarzystwa, wprowadzając poprawki zalecane przez odpowiedni departament ministerstwa spraw zagranicznych, by na końcu dowiedzieć się, że dla towarzystwa jest jeden wzór i wystarczy tylko wstawić odpowiednią nazwę.
Po pobytach w Skandynawii zainteresował się nieznaną wtedy w Polsce instytucją rzecznika praw obywatelskich (ombussman). Usiłował przybliżyć ją w Polsce i napisał na ten temat kilka artykułów do prasy fachowej.
W ostatnich latach interesował się historią więziennictwa i humanizacją wykonania kary. Opracował biografię prekursora więziennictwa Johna Howarda, mało znanego w Polsce Anglika, żyjącego w XVIII wieku. Celem dotarcia do źródeł był w Londynie po uprzednim wielokrotnym kontaktowaniu się listownym z Martinem Wrigtem, dyrektorem Howard Association. Edgar został przyjęty na członka londyńskiej Howard League. Pojechaliśmy także do Chersonia (Ukraina), gdzie Howard badał tamtejsze więzienia i gdzie zmarł. Niestety ponad 200-stronnicowa monografia leży do dnia dzisiejszego na półce. Państwowe Wydawnictwo Naukowe mimo bardzo pozytywnych recenzji musiało zrezygnować z jej wydania ze względów finansowych (deficytowe niskonakładowe książki naukowe). Już po śmierci Edgara praca została przetłumaczona na angielski, ale mimo wstępnych obietnic wydanie jej druku w Anglii również okazało się niemożliwe. Jedynie pod tytułem „John Howard and Peitencjary Problem Today” w kilku egzemplarzach odbitych na kserografie znajduje się w Sir Leon Radzinowicz Library of the Cambridge Institute of Criminology w Londynie.
We Wspomnieniu, króre opublikowały „Problemy Praworządności” napisano (Wspomnienie nie zostało podpisane!): Życiowym optymizmem zarażał otoczenie. W stosunkach koleżeńskich zawsze usłużny, wiele wymagający od siebie, a niczego od innych, budził uczucie szczerego oddania... nigdy nikomu nie sprawił zawodu. Ze zrozumieniem i z zapałem śledził postępy w pracy młodej kadry naukowej, której był opiekunem. W październiku straciliśmy dużo. Odszedł od nas człowiek wielkiego umysłu i wielkiej prawości charakteru, skromny, serdeczny, niezapomniany”.
W tę jego waleczność (której nam wszystkim nie brakuje) Appelsin wyposażył Bubę szczególnie.
Runar
Przeżył aresztowanie i katowanie w gdańskim UB (podobnie jak Erik w wileńskim Gestapo), za przynależność do wileńskiego AK. To pozbawiło go chęci uczestniczenia w życiu społecznym w Polsce.
Lekarz pediatra, specjalista chorób tropikalnych.
Studia medyczne ukończył w Akademii Medycznej w Gdańsku w 1952 r. Specjalizacja w pediatrii w Klinice Chorób Dziecięcych Akademii Medycznej w Warszawie 1959-1962.
Specjalizacja w Chorobach Tropikalnych w Londynie - London School of Hygiene and Tropical Medicine 1962.
Lekarz okrętowy Polskich Linii Oceanicznych i Polsko-Chińskiego Towarzystwa Okrętowego w Gdyni oraz Przedsiębiorstwa Dalekomorskich Połowów Rybackich „Dalmor”.
Osiem podróży dalekowschodnich do Indii, Chin na linii Europa - Daleki Wschód. Także Lekarz Okrętowy na statku bazie rybackiej „Morska Wola” na łowiskach na morzu Północnym.
W latach 1963-89 lekarz pediatra w Afryce Zachodniej w Ghanie i w Nigerii na stanowisku od Medical Officer to Chief Consultant.
1971 Egipt - nadzór lekarski nad pracami agrolotniczymi na terenie Egiptu od Sudanu do Morza Śródziemnego Aleksandrii.
Od 1992 do 1994 z ramienia ONZ jako UNV Pediatrician w Papua New Gwinea na Pacyfiku.
W swojej codziennej pracy lekarskiej w Afryce leczył i ratował tysiące afrykańskich dzieci chorych na malarię i inne choroby zagrażające życiu w tym rejonie świata. Także szkolił kadry młodych lekarzy z Afryki.
W Ghanie, urodziła mu się córka Essie w 1965 r. Żona Runara Iwona - matka Essie jest lekarzem okulistą, która mu towarzyszyła w większości jego pobytów zagranicą. Runar zwiedził wiele krajów na wszystkich niemal kontynentach.
Czuje się mieszkańcem planety „Ziemia”
Essie ukończyła anglistykę, rozwiodła się z mężem, ma córeczkę Aleksandrę...
Oskar
31 stycznia 1950 roku pełen nadziei, że przydam się krajowi, pełen wielkich i małych planów, pełen miłości do najdroższej i tęsknoty za Mamą i bliskimi, podobnie pełen jak moja wypchana ponad miarę stara, jeszcze fińska, mamina walizka, wysiadłem na dworcu głównym w Warszawie. Mój zasłużony rower odebrałem następnego dnia, jako przesyłkę towarową.
Paryski bagaż – książki, śródziemnomorskie kamienie, rower i brudną bieliżnę pozostawiliśmy w pokoju zejmowanym przez Zosię i jej sistrę Danusię i odbyliśmy wizyty u obojga rodziców.
Wizyta u mojej Mamy w Leśnej przebiegła w atmosferze radości z mego powrotu i pełnej akceptacji naszego z Zosią zbliżenia.
Wizyta u rodziców Zosi w Mińsku Mazowieckim miała inny przebieg. Pamiętam Rodziców Zosi, jak poważnie, pełni troski i lęku, słuchali naszego oświadczenia, że chcemy żyć razem. Ojciec wydawał się to akceptować. Matka musiała mieć wiele wątpliwości, tym większe, kiedy Zosia oświadczyła, że zamierzamy żyć bez ślubu. Były pertraktacje. W końcu ulegliśmy „słusznej społecznie” prośbie Mamy i odstąpiliśmy od młodzieńczego, nieprzemyślanego przekonania o braku potrzeby „zapadającej klamki” i 17 czarwca 1950 roku wzieliśmy cywilny ślub. Jednocześnie z naszym odbył się ślub siostry Zosi z Mietkiem Dłużewskim (ich kościelny). Zamieszkaliśmy na poddaszu domu przy ul. Sędziowskiej 3 m. 4, które stopniowo adoptowaliśmy na mieszkanie. W tej adaptacji pomogli nam rodzice Zosi, a w szczególności jej ojciec. W 1951 r. Urodził się Igor. Trudne warunki lokalowe oraz wyrozumiały stosunek Matki Zosi do startu życiowego młodej pary spowodował, że Igor zanim poszedł do przedszkola był wychowywany przez Babcię w Mińsku Mazowieckim wraz ze swoją rówieśniczką Joasią, córką starszej siostry. Do pomocy Babci były angażowane kolejne „pomoce”.
Po powrocie z Paryża zastałem w Warszawie socrealizm. Na Wydziale wśród większości kolegów odczuwałem manifestacyjny chłód w stosunku do mnie, wręcz bojaźń w słuchaniu relacji z mego pobytu zagranicą, jednego z pierwszych w tamtych czasach. Moja propozycja projektowa w konkursie wydziałowym na Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową została tendencyjnie wrogo zniekształcona, zaocznie osądzona i pokątnie, perfidnie wyśmiana. Przypomniałem sobie wtedy słowa Rogersa jurora z Letniej Szkoły CIAM-u w Londynie, który proponując mi pracę u niego, uprzedzał mnie i ostrzegał, że nie zdaję sobie sprawy, dokąd chcę wracać. Przychylność, wręcz przyjaźń okazał mi prof. Romuald Gutt. Zaliczył mi cały program projektowy za pracę u Jeannereta oraz tę londyńską i zalecił szybkie zdanie dyplomu, wobec nadchodzących zmian politycznych na wydziale. W celu uniknięcia rysowania socrealistycznych detali zdecydowałem się na dyplom urbanistyczny. Chcąc przebrnąć przez tą przeszkodę nie narażając przychylnego mi grona profesorskiego, oparłem swój dyplom na urbanistyce przerysowanej niemal żywcem z sowieckiego czasopisma. Pamiętam do dzisiaj porozumiewawczy uśmiech mego profesora.
Schronienia przed socrealizmem udzielił mi prof. Jerzy Sołtan proponując stanowisko asystenta w organizowanej przez niego Pracowni Wzornictwa Przemysłowego w warszawskiej ASP. Razem projektowaliśmy wystawy okolicznościowe, gdzie forma socrealistyczna nie obowiązywała. Z nim też próbowaliśmy wyjść z socrealistycznego impasu nadrealistyczną architekturą przy projektowaniu wnętrz podziemi trybun na Torach Wyścigów Konnych na Służewcu. Wtedy wiele się od niego nauczyłem, a może najważniejsze - zetknąłem się na terenie Warszawy z pojęciem i rangą moralności w architekturze tak bardzo poszukiwanej przeze mnie, a występującej niesłychanie rzadko w tamtych czasach.
W okresie socrealizmu braliśmy udział z Zosią w dwóch konkursach architektonicznych i dwóch rzeźbiarskich. Pierwszy dotyczył otoczenia Cedergrenu, drugi przy współautorstwie rzeźbiarki Aliny Szapocznikow - pomnika Fryderyka Chopina. Konkursy rzeźbiarskie dotyczyły obozu w Oświęcimiu - Pomnika Wyzwolicielom Obozu i Pomnika Ofiarom Obozu. Pamiętam jak w piwnicy pełnej węgla, stojąc na nim rzeźbiłem po raz pierwszy w życiu, i to w świetle jednej żarówki, potężne głowy bohaterów obu konkursów. Pamiętam również, jak wzruszona tym widokiem Alina pomogła mi wyrzeźbić „patrzące” oczy, niemal jednym ruchem mistrzowskiej ręki.
Również w okresie socrealizmu podjęliśmy z Leszkiem Rosińskim, naszym przyjacielem, próbę ominięcia obowiązujących norm socrealistycznych przy projektowaniu wnętrz tymczasowego ratusza w lokalu byłego kina „Świat”, mieszczącego się w oficynie przy Nowym Świecie. Zostaliśmy „złapani na gorącym uczynku” i decyzją „sądu Pod Blachą” w składzie: S. Jankowski, J. Knothe, J. Moszyński, H. Rutkowski, Z. Stępiński, i Sz. Syrkus, podjętą wcześniej przez J. Sigalina, architekta W-wy, „o włos” nie pozbawiono nas praw praktyki za niesubordynację wobec panującego socrealizmu. Uratowało nas wstawiennictwo Szymona Syrkusa. Skończyło się na naganie i oczywiście odrzuceniu projektu.
Od czasów tego zdarzenia przestałem się „wychylać”. Zosia pracowała w pracowni WSM, gdzie rachunek ekonomiczny spółdzielców osłabiał nieco nakazy oficjalne. Ja zająłem się głównie malarstwem, co trwało do 1956 r., to jest do powrotu Gomółki. Kilka dni w tygodniu prowadziłem zajęcia z Kompozycji Brył i Płaszczyzny w ASP, a także projektowałem od czasu do czasu wystawy krajowe czy też polskie pawilony na targach zagranicznych, gdzie kryteria socrealistyczne nie obowiązywały. I tak w 1953 r. zaprosił mnie do współpracy przy projekcie Pawilonu Polskiego w Sztokholmie Stanisław Zamecznik. Grafikę projektował Wojciech Zamecznik. Po powrocie ze Sztokholmu odmówiono mi paszportu na wyjazd do Bułgarii. W ekipie sztokholmskiej musiał być „kapuś”, który doniósł, że spotkałem się z Bridge Kennedy, koleżanką ze szkoły CIAM-u w Londynie. Odwołałem się do „wszystkich świętych” i wkrótce byłem inwigilowany przez UB, a następnie przesłuchiwany z początku na ulicy, potem w barze przy Hali Mirowskiej, a następnie w gmachu UB na Koszykowej.
W 1955 r. projektowałem z Lechem Tomaszewskim i Janem Lenicą Polski Pawilon na Międzynarodowe Targi w Izmirze, za który otrzymaliśmy II nagrodę KUA. W 1956 r. również w Izmirze projektowałem Pawilon Polski ze Zbigniewem Kają. Będąc w Sztokholmie zwiedzałem tereny krematorium, znaczące dzieło Asplunda i Lewrentza, a w drodze powrotnej z Turcji ateński Akropol, jeden z moich cudów świata.
Za zarobione pieniądze za ostatni projekt pawilonu rozbudowaliśmy nasze mieszkanie, a ściślej Zosia wspierana Leszkiem Rosińskim podczas mego pobytu w Turcji rozbudowała je, przykrywając dwupoziomowo taras. Igorek otrzymał swój pokój i od tego czasu był z nami. W połowie lat 50 kupiliśmy za pośrednictwem Leszka samochód - przedwojenne DKW, który nazwaliśmy Błękitną Strzałą. Jeździliśmy całą rodziną na różne wycieczki, między innymi na połów łososia na Parsętę do Karlina. (Kiedyś jadąc do Gdańska wyprzedziło nas koło z naszego samochodu).
W 1957 r. zostałem laureatem Przeglądu Kulturalnego w dziedzinie plastyki, co sprowokowało zdefiniowanie i opublikowanie w Przeglądzie Kulturalnym teorii Formy Otwartej, oraz umożliwiło mi zrobienie retrospektywnej wystawy „Architektura , Malarstwo, Rzeźba z lat 1947-1957” w Salonie „Po prostu” w Teatrze Żydowskim w Warszawie. W latach późniejszych wystawa ta została uznana przez krytyków sztuki za pierwszy przykład sztuki environoment na terenie Polski.
W listopadzie 1958 r. w Paryżu został rozstrzygnięty II etap Międzynarodowego Konkursu na Pomnik w Oświęcimiu-Brzezince. „Pomnik Droga” naszego zespołu (O. Z. Hansen, J. Jarnuszkiewicz, J. Pałka i L. Rosiński) otrzymał nagrodę ex aequo z dwoma zespołami włoskimi. Opinie na temat naszego projektu oraz relacje z przebiegu jury naświetla opublikowana w Życiu Warszawy „Rozmowa przy okrągłym stole”. Wzięli w niej udział: członkowie jury prof. R. Gutt, krytyk Artur Sandauer oraz więźniarka Oświęcimia, autorka „Dymów nad Birkenau” S. Szmaglewska. Nagroda ex aequo zobowiązała nas do współpracy i szukania kompromisu z zespołami włoskimi (w Rzymie). Nie udało się pogodzić naszej „ciszy” z włoskim „hałasem”, modelu poznawczego z konsumpcyjnym. Niestety w finale zwyciężyła i tym razem koncepcja konwencjonalnie przedmiotowa, komercjalna w postaci naśladownictwa przestrzeni kirkutu, pomyślana przez autorów jako „dojna krowa”, która umożliwiałaby sprzedaż makietek odlanych w złocie, srebrze lub brązie części składowych słynnego pomnika dla ambasad, konsulatów czy przedsiębiorstw. Za pobyt w Rzymie „zapłaciłem” wrzodem na dwunastnicy. W 1958 r. uczestniczyliśmy z grupą kolegów w konkursie na Polski Pawilon na EXPO 58 w Brukseli. Wygrał Sołtan z zespołemi, my dostaliśmy wyróżnienie. Z Zosią i Lechem Tomaszewskim brałem udział w konkursie na pomnik Jose Battle w Montevideo, który zaprojektowaliśmy jako przekształcalne przestrzennie Centrum Kulturowe. W tym też roku opracowaliśmy z Lechem Tomaszewskim i Stanisławem Zamecznikiem rozbudowę „Zachęty” w formie dostawionego sześcianu ze szkła z ruchomymi przesłonami światła oraz ruchomymi stropami w celu dostosowania przestrzeni do zmiennych i nieprzewidywalnych potrzeb ekspozycji. Swoim projektem wyprzedziliśmy ideę zmiennych przestrzeni w Centre Ponpidou w Paryżu. Również w 1958 r. rozpocząłem pracę w pracowni WSM kierowanej przez Zasława Malickiego. Z Zosią braliśmy udział przy projektowaniu Rakowca.
W 1959 r. uczestniczyliśmy w przełomowym w historii architektury ostatnim kongresie CIAM-u w Otterlo w Holandii. Było to pierwsze zaprezentowanie idei Formy Otwartej na forum międzynarodowym. Od tego momentu idea Formy Otwartej „poszła” w świat, wywołując dyskusję, „rodząc” gorących zwolenników i takiż przeciwników. Dokumentacja z tego kongresu została wydana w książce Oscara Newmana pt. CIAM 1959 Otterlo.
W 1959 r. zrealizowałem przy współpracy z Lechem Tomaszewskim Polski Pawilon w Sao Paulo w Brazylii. Była to biotechniczna struktura z tkaniny i stali, uwzględniająca trudne warunki klimatyczne - potężne deszcze i wiatry, dostosowywująca się do dowolnej wielkości i kształtu działki, rozrastająca się dowolnie, aerodynamiczna, elastyczna w pracy konstrukcji, osłaniająca przed słońcem i deszczem, a przepuszczająca wiatr w miarę potrzeby - „oddychająca”.
W 1960 r. zrealizowaliśmy w zespole Studio Eksperymentalne Muzyki Elektronowej dla Polskiego Radia, którego kierownikiem był Józef Patkowski - słynny muzykolog i twórca idei Studia.
Od tego roku mieliśmy z Zosią własną pracownią w ramach WSM, mieszczącą się na Żoliborzu, początkowo na „Serku”, a później na terenie starej kotłowni; kierownikiem był konstruktor, mój kolega ze Szkoły Technicznej w Wilnie - Jerzy Dowgiałło. W ramach tej pracowni zaprojektowaliśmy i zrealizowaliśmy dwa osiedla: w 1960 r. osiedle LSM im. J. Słowackiego w Lublinie (Czyżby “proroczy” sen mego dzieciństwa dopełnił sie?), 1970 r. osiedle „Przyczółek Grochowski” i marginesowo - osiedle „Torwar” w Warszawie. Idea tych osiedli było czytelne urbanistycznie zdefiniowanie stref obsługujących i obsługiwanych dla właściwego funkcjonowania osiedla, w tym zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom, a głównie dzieciom oraz dążenie do maksymalnego uwzględnienia potrzeb indywidualnych mieszkańców w ramach kolektywnej organizacji i plastyczne wyrażenie tej tendencji. Liniowy układ tych osiedli, długość budynków, równoległość stref oraz zbiorcze prowadzenie instalacji pod budynkami w instalacyjnym korytarzu było nowością nie tylko na terenie Polski.
Dalej ograniczę się do omawiania tylko tych projektów, które w sposób zasadniczy proponowały coś nowego.
I tak w 1964 r. zrealizowałem z Emilem Cieślarem nagrobek Skoczylasa, słynnego grafika, w Alei Zasłużonych na Powązkach w Warszawie. Zamiast płyty grobowej zaproponowałem naturalną ziemię porośniętą trawą i z identyfikującą „wizytówką” z brązu, określoną przestrzennie pomiędzy dwoma krzyżami. Na pierwszym planie w pozytywie, na drugim w negatywie, w postaci czterech narożników umocowanych w murze.
Pozytywne doświadczenia z realizacji osiedli, liniowych - układów osadniczych w mezoskali ośmieliły mnie do poszukiwań układu osadniczego w makroskali. Ten „Kaziukowy słoń” nie dawał mi spokoju, tym razem w skali kraju. W 1966 r. zdefiniowałem z dużym zespołem specjalistów w organizacyjnych ramach Zakładów Artystyczno-Badawczych ASP Model Linearnego Systemu Ciągłego (LSC). Główną różnicą pomiędzy centrycznym układem osadniczym (w których mieszkamy) a układem LSC jest to, że w pierwszych strefa obsługująca mieszkańców, centrum, jest „zniewolona” strefą obsługiwaną. Im bardziej rozwija się strefa obsługiwana (wzrost liczby mieszkańców), tym ciaśniej jest w centrum, tym trudniej żyć, natomiast w LSC obie strefy rozwijają się równolegle, stąd są one w stałej założonej równowadze, przy czym im układ LSC jest większy, tym wyższy staje się standard obsługi mieszkańca.
Również w 1966 r. uczestniczyłem z zespołem (B. Cybulska, L. Fasting, S. Hatloy) w konkursie na Muzeum Sztuki Współczesnej w Skopje. Wychodziliśmy z założenia, że sensem sztuki jest jej odkrywczość, nieprzewidywalność jej rozwoju, stąd zaproponowaliśmy budynek-instrument, który miałby nie tylko możliwość ekspozycji form sztuk już istniejących, ale jego zadaniem byłoby prowokowanie powstawania całkiem nowych form. Ruchome człony muzeum chowały się do magazynów ukrytych pod ziemią, kiedy ekspozycji nie było, natomiast muzeum powstawało „jak roślina” wg zaprogramowanego scenariusza wynikającego z formy eksponowanej sztuki, żeby następnie po ekspozycji dostosować się do innej formy lub ukryć się w magazynie.
W 1968 r. nastąpiły dwa ważne wydarzenia. Zbudowaliśmy letni dom w Szuminie, co w zasadniczy sposób zmieniło nasz dotychczasowy tryb spędzania wakacji. O ile dotąd spędzaliśmy je w różnych miejscach, o tyle od tej chwili spędzamy je wyłącznie w Szuminie. Drugim ważnym wydarzeniem tego roku była konkretyzacja projektowa modelu LSC, której dokonaliśmy w gronie twórczych specjalistów projektując rozbudowę Warszawy w kierunku południowym: Ursynów, Lasy Kabackie, odcinek pasa LSC na 150000 mieszkańców. Trzeba tutaj przypomnieć, że do decyzji realizacji tego projektu zabrakło jedynie poparcia ze strony warszawskiego SARP-u. Mimo to, a może właśnie dlatego, 20 września tegoż 1968 r. Zarząd Okręgu Warszawskiego SARP zgłosił „prof. Oskara Hansena, autora realizowanej konsekwentnie koncepcji Linearnego Systemu Ciągłego LSC w dziedzinie kształtowania przestrzeni, do Wielkiej Międzynarodowej Nagrody Urbanistyki i Architektury”. Czy to głos sumienia? czy to na otarcie moich łez?...
W 1969 r. kupiliśmy samochód warszawę combi, ponieważ „Błękitną Strzałę” przekazałem Krzysztofowi Meisnerowi za opracowanie przestrzennych wykresów harmonicznych na podstawie moich obserwacji w czasie podróży po Francji. Tym samochodem jeździliśmy do 1995 r., potem polonezem, a po kraksie skodą favorit – coraz mniej luksusowo.
W 1969 r. spotkało mnie wielkie wyróżnienie. Zostałem zaproszony przez ONZ jako jedyny reprezentant krajów obozu socjalistycznego do wzięcia udziału w międzynarodowym zamkniętym konkursie, dotyczącym propozycji taniego budownictwa mieszkaniowego dla Ameryki Południowej. Do konkursu zostało zaproszonych 8 zespołów z całego świata i 3 z Ameryki Południowej. Zaprosiłem do współpracy Sveina Hatloya, mego ucznia i przyjaciela. Realizacja projektów miała odbyć się w Limie. Objeżdżaliśmy teren i zetknęliśmy się z ludźmi - przyszłymi mieszkańcami proponowanych przez nas domów. W czasie pobytu w Peru zwiedziliśmy Cuzco, dawną stolicę Inków, a następnie ich ostatnią stolicę Machu Picchu - mój drugi cud świata. W drodze do Peru odebraliśmy pieniądze w gmachu ONZ w Nowym Jorku, który zrobił na mnie wrażenie tandetnej prowincji, oraz odwiedziliśmy w Bostonie mego przyjaciela Jerzego Sołtana, dziekana Wydziału Architektury na Uniwersytecie w Harwardzie.
W 1972 r. na zlecenie Komitetu 2000 PAN opracowaliśmy ze S. Hatloyem prognostyczny plan zagospodarowania przestrzennego terenu Polski, „Kaziukowy słoń” stawał się coraz realniejszy, chociaż ówczesny prezes Komitetu do spraw Urbanistyki i Architektury Zygmunt Skibniewaski gromił z trybuny LSC: „Nie pomoże mu nawet największy poeta” - miał na myśli Juliana Przybosia, który w swoich artykułach propagował LSC. Nasza prognostyczna propozycja bazowała na 4 pasmach LSC, biegnących z przeludnionego południa ku luźniejszej północy, relacjonując się przy tym z biegiem głównych rzek oraz z istniejącymi układami osadniczymi. I tak powstały we fragmentach projekty Pasma Zachodniego, opartego o przebieg Odry, Pasma Wielkopolskiego opartego o Wartę, Pasma Małopolskiego opartego o przebieg Wisły, oraz Pasma Wschodniego opartego o Bug i Narew.
W tym samym 1972 r. w ramach udziału w konkursie na duże osiedle w Poznaniu zaproponowaliśmy rozwój tego miasta, opierając się na prognostycznym planie zagospodarowania Polski i tym samym dokonaliśmy drugiej konkretyzacji projektowej pasma LSC (pierwsze Warszawa, Ursynów - Lasy Kabackie), tym razem na fragmencie Pasma Wielkopolskiego. W 1974 r. w BiProMasz-u w ramach pracy nad Ośrodkiem Przemysłowym i strefą mieszkaniową w Przemyślu zaproponowaliśmy rozwój tego miasta również w nawiązaniu do prognostycznego studium Polski i tym samym przeprowadziliśmy trzecią konkretyzację projektową LSC, tym razem fragmentu Pasma Wschodniego. Konkretyzacji projektowej fragmentu Pasma Zachodniego dokonaliśmy w 1975 r. w ramach zleconego nam Studium Humanizacji Miasta Lubina. W ten sposób zakończyliśmy studyjną część nad LSC w makroskali. Realizacja niestety nie zależała już od nas.
W tym miejscu warto wspomnieć, że poszukiwania nasze oparte na teorii Formy Otwartej zostały dostrzeżone również zagranicą. Podsumowaniem tych opinii była książka dotycząca rozwoju strukturalizmu w urbanistyce i architekturze na świecie w okresie ostatnich 25 lat, wydana w Sztokholmie (Utvecklingen mot Strukturalism i Arkitekturen, praca zbiorowa Stockholm 1980), w której znalazłem się na trzecim miejscu.
Myślę, że warte są wymienienia podjęte przez nas studia humanizacji, a raczej studia nad przywróceniem równowagi ekologicznej. Ówczesny brak opracowań tego typu zmusił nas do poszukiwania metody pracy nad tymi zagadnieniami, a w rezultacie doprowadził do określenia modelu tego typu opracowania. W 1975 r. powstało takie studium dla miast Lubina w 1978 r. dla miasta Chocianowa i Fabryki Automatów Tokarskich w tym mieście, a następnie w 1981 r. dla Pruszkowa i Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego.
W 1977 r. reprezentowałem Polskę na Biennale w Wenecji.
Tyle o mojej działalności w urbanistyce i architekturze.
Co do mojej 30-letniej pracy w ASP trzeba przyznać, że choć byłem bezpartyjny (a pracowałem głównie na Wydziale Rzeźby, gdzie większość należała do partii), nie spotkało mnie wiele upokorzeń, poza nielicznymi. Na przykład podczas obrad wydziału: tak kiedyś podsumowywał Stanisław Słonina: ” pan profesor ma rację, ale będzie tak, jak zdecydują rzeźbiarze” (tzn. partyjni). Kiedy broniłem bliskich mi racji prawdziwie lewicowych, Bohdan Chmielewski, sekretarz akademickiego PZPR, potrafił i tak zażartować: „trzeba by profesora spalić na stosie”. Kiedyś naraziłem na stres bezpartyjnego, a przy tym bojaźliwego dziekana Tadeusza Łodzianę, gdy na jego ręce złożyłem krytykę wydziału i propozycję nowego programu, które to pismo miał obowiązek odczytać na Radzie Wydziału. Wreszcie za tak zwanych czasów „Solidarności”, kiedy wraz z Alvarem i studentami strajkowaliśmy i kiedy to byłem przerażony agresywnością katolicyzmu, zostałem wybrany w tajnym głosowaniu, jak się później okazało, głównie głosami studentów na dziekana Wydziału Rzeźby, a wkrótce po podjęciu próby zmian kadrowych zostałem zmuszony głosami jawnej demokratycznej większości partyjnych pedagogów i od nich uzależnionych sił pomocniczych do zrezygnowania z funkcji dziekana i szczęśliwego dla mnie opuszczenia mego i nie mego wydziału. Wtedy to spełniło się jedno z moich dydaktycznych marzeń - powołanie do życia katedry Plastyki Zintegrowanej, której zostałem kierownikiem. Śmierć rektora Lecha Tomaszewskiego oraz wrogi stosunek do nowo powstałej katedry, partyjnego nowego rektora Burszego, spowodował moje odejście z ASP w 1983 r. z tytułem prof. nadzwycz. od 1968 r. Tak jak w życiu, tak i w moim pamiętniku sprawy zawodowe zajmowały więcej czasu niż życie rodzinne.
Wycieczka rowerowa, Alvar i Igor
Igorek miał wtedy dwa lata. Był w Mińsku Mazowieckim, u rodziców Zosi. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Decyzja wycieczki rowerowej musiała mieć swoje podłoże psychiczne. Byliśmy z Zosią rozdzieleni. Ona w tym czasie była w Mińsku, ja w Warszawe. Odwiedzałem rodzinę w soboty i niedziele. Potrzebowaliśmy wspólnych przeżyć – bycia razem tylko ze sobą. Nie bez znaczenia na naszą decyzję wycieczki, miały wpływ moje przeżycia z wyprawy z Leszkiem Kunką: Paryż – Marsylia. Wybraliśmy się w Kieleckie, na tereny kolebki polskiej gotycko – renesansowo – barokowej architektury: Pińczów, Bejzce, Bodzentyn, Rytwiany, Staszów, Nietuliska, Miechów, Święty Krzyż wreszcie Książ Wielki. W czasie zwiedzania znajdowałem i pokazywałem Zosi zależności przestrzenne w mniejszej skali, ale podobne do tych z Francji
Alvar urodził się 1 maja 1960 r.(9 lat po Igorze). Opieką nad nim objęła Jasia Reszczyk, młoda, uczciwa dziewczyna z Lasomina koło Mińska Mazowieckiego. Od tego czasu Alvar sądził, że ma dwie Mamy, bo Jasia była tak dla niego serdeczna. Był to jednak układ konfliktowy – Jasia często bezpodstawnie broniła Alvara w sporach z Igorem, który słusznie czuł się pokrzywdzony. Kończyło się to na ogół telefonem do pracujących rodziców z prośbą o interwencję. Jak to dzieci, Igor i Alvar b. lubili rysować. Interesowałem się ich twórczością - oczekiwałem każdego następnego rysunku. Oni o tym wiedzieli. Komentowałem i oceniałem każdy rysunek. Mogło to podtrzymywać dodatkowo ich zapał tworzenia. W oparciu o tą pasję, starałem się poszerzać ich zainteresowania proponując różne tematy i możliwości ich interpretacji: kopalnia węgla, instalacje w budynku, corrida, głowa byka itp. Najczęściej ich odpowiedzi przerastały moje oczekiwania: np. od Alvara dostałem prezent na urodziny - album rysunków „Realizacja LSC”. Igor zaskoczył mnie corridą. Przechowuję do dziś ich rysunki - zawsze wnoszą wiele radości i są natchnieniem w mojej pracy. Po pójściu do szkoły ich ochota rysownia stopniowo wygasała, ale jako kilkunastoletni chłopcy z zapałem rysowali samoloty, sceny wojenne itp. Alvar doskonale rysował właśnie samoloty, zaczynając od dowolnego szczegółu. Do dziś rysuje (i maluje) b. dobrze – mało z braku czasu.
Przed urodzeniem się Alvara spędzaliśmy wakacje głównie w okolicach Warszawy między innymi w Białku k. Wiązowny, Pomiechówku nad Wkrą. Pewnego razu, mały, bawiący się z dziećmi Igorek nie zareagował na moje kilkakrotne wołanie. Kiedy wziąłem go za rękę, zaczął się szarpać i dostał spazmów. Nie wiedziałem jak się zachować. „Zlałem „ go w dobrej wierze, że pomogę mu opanować się. Do dzisiaj nie mogą tego sobie wybaczyć. Igor, od momentu, kiedy go przekazałem Mietkowi Rudzińskiemu (memu dobremu koledze z Wilna), kierownikowi Ośrodka Sportowego YMCA na Powiślu, pod opiekę, polubił sport. O ile pamiętam, uprawiał siatkówkę, wiosłował na dwójce, nurkował z akwalungiem, a potem jeździł konno i wtedy poznał swoją obecną żonę Małgosię Żebrowską. Mają dwie córki: Weronikę i Honoratę. Ostatnio pasjonuje się narciarstwem zjazdowym. (Igor, wszechstronnie uzdolniony, pasjonował się również urządzaniem wnętrz). Ukończył Wydział Elektroniki na Politechnice Warszawskiej, gdzie w 1979 r. zrobił doktorat. Na te studia namawialiśmy go, bo był b. uzdolniony matematyczne i b.odkrywczy już przy rozwiązywaniu zadań szkolnych. Tę pasję odkrywania ma do dziś. Skąd? Myślę, że po Zosi, po jej uzdolnieniach matematycznych. Zadziwiał mówieniem slów od tyłu. Próbował wprowadzić to jako „szyfr” w szkle, ale nie znalazł partnerów z takimi możliwościami. Jest dyrektorem technicznym firmy projektowej CLAN w Edynburgu, którą prowadził do niedawna ze swoim przyjacielem Szkotem. Wciąż jednak odzywa się w nim pasja do organizowania przestrzeni wokół siebie: na Sędziowskiej, w Szuminie, wreszcie w Szkocji w domu i we własnym samochodzie – to, może ma po mnie.
Alvar zajmował się sportem mniej niż Igor, jeździł konno, był szybownikiem, skakał ze spadochronem, pływał; (pływać b. lubi). Uzdolniony humanistycznie. Pasją Alvara było amatorskie kręcenie filmów, a później modelarstwo kartonowe. Dzisiaj uprawia je zawodowo, jako projektant. Studiował Wzornictwo Przemysłowe, które ukończył na ASP w Warszawie. Tam poznał swoją żonę Wandę Pietrasińską. Mają córkę Karolinę. Jego uzdolnienia litrackie (b. „lekkie” pióro i język) dyskonyuje na razie w pismach fachowych (za granicą również), ale Zosia wróży mu w tej dziedzinie większą karierę.
Zakończenie (lub „ wyraźnie z górki”)
Już jako emeryt, przez kilka lat prowadziłem zajęcia w Bergeńskiej Szkole Architektury (BAS) jako „visiting profesor”, oraz letnią szkołę Formy Otwartej dla studentów tejże uczelni u siebie w Szuminie. Teraz jest zima 2001 roku. Od pięciu lat mieszkamy na stałe w Szuminie.
Sędziowska 3 m 4
W 1996 r zmuszono nas do opuszczenia naszego „domu” - mieszkania na Sędziowskiej w Warszawie, które rozbudowaliśmy w1956 roku, za zgodą przedstawiciela właściciela, ówczesnego ministra budownictwa inż. Roman Piotrowskiego (później ambasadora w NRD) - teścia obecnego właściciela, krytyka sztuki Andrzeja Osęki - pracownika Gazety Wyborczej. 46 lat partycypowaliśmy we wszystkich remontach W tamtym okresie obecny właściciel pisał o naszym mieszkaniu, o mojej twórczości pozytywne artykuły - zarabiał pieniądze nie musząc być nawet, jak go określano „różowym pomidorem”. Przyszedł kapitalizm, miłośnik sztuki, znów chce zarobić na artyście, podnosi czynsz i pozbawia go domu, a dawne opinie motywuje „innymi czasami”. Zwróciłem się w tej sprawie przez p. Szajnert ,która znała bardzo dobrze moją twórczość w trudnym okresie Polski Ludowej, do kierownictwa Gazety Wyborczej. Adam Michnik i jego zastępca odmówili w tej sprawie pomocy. Wyjaśnili, że jeżeli prawo jest po stronie naszego gospodarza, oni nie mogą wpływać na jego morale, szczególnie, że jest kolegą redakcyjnym.
Piszę o tym fakcie dlatego, że uważam że stała się KRZYWDA KULTURZE.
Sędziowska 3 m. 4 w Warszawie to PRZESTRZEŃ - główny eksponat Polskiego Pawilonu na 12 Triennale w Mediolanie w 1960 r. to eksponat Polskiego Pawilonu na Biennale w Wenecji w 1977 r., to eksponat wielu wystaw w kraju i zagranicą, przedmiot wielu recenzji w fachowych pismach. Było to MIEJSCE w którym spotykali się i dyskutowali oraz tworzyli: Jerzy Sołtan ,Lech Tomaszewski, Stanisław Zamecznik, Wojciech Fangor, Jan Kosiński, Zbigniew Kaja, Alina Szapocznikow, Jerzy Jarnuszkiewicz, Julian Pałka, Jan Kucz, Wojciech Zamecznik, Adam Mauersberger, Artur Sandauer, Joanna Guze, Jerzy Andrzejewski, Julian Przyboś, Józef Patkowski, Jan Lenica i wielu wielu innych, poza tym poznali to miejsce: Jacob Bakema, Pierre Courthion, Svein Hatloy, Lars Fasting, Aulis Blomstedt, Ralph Erskine i inni. Tu powstały projekty: „Płyty” a następnie „Drogi” pomnika Auschwitz-Birkenau, pięciu Polskich Pawilonów, rozbudowy Zachęty, wielu konkursów i inne oraz idee: Formy Otwartej, Linearnego Systemu Ciągłego (LSC). Znaczenie Sędziowskiej dla problemów przestrzeni w okresie socrealizmu możnaby skojarzyć ze znaczenim Maison Lafitte dla problemów literatury.
Szumin
Dom w Szuminie jest teraz naszym jedynym domem. Czujemy się tu dobrze. Mamy czas na przemyślenia. Ja porządkuję moje dawne pisaniny i w miarę możliwości maluję, odwiedzam ogród, bawię się z naszym psem Purycem i co którąś środę z Darkiem, naszym „szumińskim synem” oglądamy mecze piłkarskie. Darek jest moim komputerowym nauczycielem, a poza tym można z nim pogadać o malarstwie, muzyce i literaturze. Zosia pomaga mi we wszystkim, koryguje moje teksty, czyta, trochę maluje, słucha muzyki, projektuje i przeprojektowuje sąsiadom domy.
W przeddzień moich 75 urodzin Zosia złamała rękę. Po miesięcznym leżeniu w wyszkowskim szpitalu, z łokciem zawieszonym na haku, wyszła ze zdrową ręką.
Nazajutrz rano, po odwiezieniu Zosi do szpitala, niespodzianka! Przyjechał Svein z Marią i synkiem Brage, żeby przy okazji moich urodzin wypić szklaneczkę whisky i „zakąsić” łososiem. Świat o mnie nie zapomina.
Całkiem nową naszą rzeczywistość w Szuminie stworzył Igor przez wyposażenie nas w komputer, a przede wszystkim w telefon. C.B.-radio umożliwia nam kontakt ze mieszkańcami naszej wsi. Stan zdrowia Zosi nie jest dobry - trudności z oddychaniem, chodzeniem, nadciśnienie, zaćma, nocne bóle rąk – dość!
Ja, w związku z moją chorobą - chłonniakiem, muszę odwiedzać co jakiś czas Klinikę Hematologii przy Szpitalu Wojskowym w Warszawie. Te pobyty trwają najczęściej tydzień, wtedy z Zosią przebywa, w miarę jego możliwości, Alvar. Naszym zdrowiem opiekuje się mieszkający w Szuminie doktór.On opiekuje się Zosią, „wsadził” mnie do szpitala, zawozi i przywozi przy każdym moim tam pobycie. Byłby z niego niezły „kumpel”, gdyby nie zbyt duża „dynamiczność” charakterów jego i Zosi. Moje lanie oliwy na wzburzone fale niewiele pomaga.
A o następnych pokoleniach piszcie Wy nasi „zstępni”!