żaglem przez Zatokę Fińską

w “Młodzi Idą” Nr 22 i Nr 23/1947 r, pisze Erik Hansen

Wróciwszy z kampanii 1939 r., w której brałem udział jako ochotnik, znów zacząłem uczęszczać do drugiej licealnej. Ale nauka szła opornie. Zbyt wielki był wstrząs, który przeżyłem, by móc normalnie dzień w dzień, jak dawniej chodzić do swej starej szkoły i odsiadywać rzetelnie wszystkie godziny męczących lekcji.

Szkoła była już pod zarządem władz litewskich. Wprawdzie nie zniesiono jeszcze języka polskiego, jako wykładowego, ale dyrektora i profesorów - Polaków zastąpiono już Litwinami. Trzeba było uczyć się geografii, historii i języka litewskiego... Nie o tym się wówczas myślało i marzyło. Gorące głowy były pełne zapału, energii i chęci czynu. Czuliśmy, że zbyt blisko nas przechodzi Wielka Historia, by móc po tym wszystkim, cośmy przeżyli, bezczynnie siedzieć i wkuwać... litewskie słówka i gramatykę.

I nagle jak zapalony grom, spadła na nas wieść o zajęciu przez oddziały polskiej dywizji Podhalańskiej - Narwiku. Nasza narada “trzech” nie trwała dłużej, niż piętnaście minut. Mieliśmy się spotkać nazajutrz rano na dworcu, z odpowiednim “ekwipunkiem forsy i żarcia”. Ponadto miałem zabrać swój nieodłączny kompas ręczny, oraz mapkę z atlasu Romera, obejmującą kraje nadbałtyckie. Czerwonym ołówkiem nakreślona tam była trasa “naszego skoku” - jak nazywaliśmy nasze przedsięwzięcie. Czerwona kreska biegła z Wilna przez Turmonty, Dynaburg, Rygę, Ainezi, Pärnu, Tallin, Zatokę Fińską, Helsinki, półn. Finlandię do Norwegii. Ostatnim punktem czerwonej trasy było małe kółko, grubo podkreślone u północno-zachodniego wybrzeża Norweskiego - Narwik.

Trasę Wilno - Tallin przebyliśmy przeróżnymi środkami lokomocji: pociągiem, wozem, autem i pieszo. Granice państw z zasady przekraczaliśmy “per pedes”. Po wielu tarapatach dobrnęliśmy szczęśliwie do stolicy Estonii - Tallina.

Staliśmy na terenie starego zamku i spoglądaliśmy na szeroką panoramę zatoki Fińskiej. Obawy nasze, że zastaniemy ją jeszcze w okowach lodu, okazały się bezpodstawne. Zatoka w całej swojej rozciągłości była wolna od lodu i kry. Morze, oglądane z wielkiej wysokości było zielono-szare, pokryte mnóstwem wolno-posuwających się z jednego kierunku długich zmarszczek - fal. Wiatr wiał południowo-zachodni, rzeźki, ciepły i wiosenny. Przechyleni przez poręcz tarasu wbijaliśmy wzrok w dal, starając się wypatrzeć przeciwległy fiński brzeg... Wiedzieliśmy, że przy odpowiednio dobrej widoczności można stąd dojrzeć Helsinki - następny etap naszej wyprawy. Przeczuwaliśmy wszyscy, że będzie on również najtrudniejszym odcinkiem. Zorientowaliśmy się w Urzędzie Morskim w możliwościach oficjalnego przedostania się na brzeg fiński. Były znikome. Mimo to, zarejestrowaliśmy się tam na wszelki wypadek jako bezrobotni marynarze. Obiecano nam, że wkrótce będziemy zatrudnieni na którymś z estońskich trampów. Mieliśmy się co dzień dowiadywać o pracę.

Mimo tych zapewnień, postanowiliśmy działać na własną rękę. Lopek i Ziuk poszli “zarobić na życie” - jak nazywaliśmy dorywcze fizyczne zajęcia, o które było tu dosyć łatwo. Ja zaś udałem się na brzeg zatoki w celu rozejrzenia się w ewentualnych możliwościach “prywatnego” przejazdu przez zatokę. Po dosyć długim włóczeniu się po nabrzeżu natrafiłem właśnie na to, o czym skrycie marzyłem. Przy drewnianym molu maleńkiej przystani stała duża, solidna szalupa żaglowa. Wkoło niej krzątał się starszy człowiek z krzaczastymi brwiami i rozmierzwioną brodą, bez czapki. Jednym spojrzeniem zlustrowałem całą jednostkę i gdy zobaczyłem na jej dnie fałdy nowych żagli serce mi zaczęło tak mocno walić, że dla uspokojenia go musiałem przejść się wzdłuż morza, by po dłuższej chwili dopiero powrócić znów do łodzi.

Wdałem się w rozmowę z brodatym człowiekiem. Mówił dosyć płynnie po rosyjsku. Wkrótce dowiedziałem się, że jest on właścicielem tej szalupy i dziś po raz pierwszy po przerwie zimowej ma zamiar wypłynąć na przejażdżkę w morze. Łódź zimowała w pobliskim budynku, skąd sleepem (specjalny wózek na szynach) została spuszczona na wodę. Burty miała świeżo pokryte białą emalią. Przed wyruszeniem staruszek chciał sprawdzić nowe, kupione żagle. Ponieważ grot-maszt był ustawiony na stałe, zachodziłem w głowę, jak staruszek poradzi sobie z założeniem grotfału. Nadarzyła się też wnet okazja do zaoferowania mu swej pomocy. Po chwili siedziałem na maszcie szalupy przeciągając fał przez odpowiedni bloczek... Staruszek był uprzejmym człowiekiem i z uśmiechem zgodził się na moją propozycję pomagania mu w doprowadzeniu łodzi do całkowitego porządku.

Tak zawarłem znajomość z poczciwym Karlem Pertelem, którego miałem potem tak bezczelnie i haniebnie wywieść w pole i oszukać. Jeszcze dziś kiedy wspomnę jego szczerą, otwartą, gęsto pomarszczoną twarz, w której skrzyły się żywe, naiwne oczy - ściska me serce żal, żem postąpił względem niego tak niegodnie. I choć tłumaczę sobie, że postępek mój dyktowany był względami natury wyższej, że uczynić tak musiałem, mając na względzie dobro naszej sprawy - to jednak patrzące z wyrzutem jasne oczy Karla prześladują mnie po dziś dzień, jak niemy wyrzut sumienia.

Karl Pertel widocznie polubił mnie, gdyż dowiedziawszy się, że nie mam pracy i nie mam gdzie spać zaproponował mi służbę u siebie. Miałem za zadanie pomagać mu w pracy koło domu, rąbać drwa, nosić wodę i doglądać żywego inwentarza: dwóch krów, konia i paru świń. Po chwilowym udawaniu namysłu, propozycję przyjąłem. Spać miałem w szopie, nad stajnią, w sianie. Między innymi miałem mieć pieczę nad żaglówką. Jej żagli miałem używać zamiast kołdry. Propozycja ta na tak sprzyjających warunkach, naturalnie nie chodzi o te 20-cia koron miesięcznej płacy, o które zawzięcie, niby się spierałem i ostatecznie uzyskałem - ale możliwość dysponowania łodzią, wyprowadziła mnie mocno z równowagi. Czułem, że los pcha nam w ręce okazję, o której nawet nie śniliśmy marzyć. Gdy Pertel oprowadzał mnie po swoich zabudowaniach i z pewną dumą pokazywał owoce swej pracy, przeżywałem prawdziwą wewnętrzną burzę. Gospodarz z wielką drobiazgowością wskazywał mi wszelkie szczegóły swego gospodarstwa. Pertel był bezdzietnym wdowcem. Gospodarstwo prowadziła mu niewiasta w średnim wieku, którą też wkrótce poznałem. Podczas tak krótkiego okresu czasu jaki w domku Karla spędziłem, zdążyłem się przekonać o jej niezbywalnych zdolnościach kulinarnych. Bliny, którymi zostałem na wstępie przyjęty wprawiły mnie w niemy zachwyt i wywołały przelotną refleksję, że byłoby mi u Karla jak u Boga za piecem.

Ale wraz z obiadem i blinami pierzchła też i ta zwodna myśl. Paliła mnie chęć pochwalenia się jak najszybciej “uzyskanymi przewagami” nad kolegami. Pod pozorem sprowadzenia z miasta własnych rzeczy prosiłem mego gospodarza o zwolnienie mnie na wieczór. Na siódmą miałem wrócić na kolację. Kamratów swych zastałem na ławce w umówionym miejscu parku. Zarobili trochę grosza i byli zadowoleni. Gdy w krótkich słowach opowiedziałem im o swojej przygodzie, zapanowało milczenie. Zdawało mi się, że słyszę przyśpieszony rytm ich serc. Gorejącymi oczyma wpatrywali się we mnie. W jednej chwili pierzchłe wszelkie “ale” i moralne skrupuły, które nękać zaczęły mą duszę na wspomnienie zaufania, jakim bez uprzedzeń obdarzył mnie od pierwszego spotkania dobroduszny Estończyk.

Trudno! Nie było czasu do namysłu i wahań. Trzeba było decydować się szybko, odrzucając precz wszelkie sentymenty. Wkrótce też plan działania był gotowy. Miałem tejże nocy wykraść się z żaglami do łodzi - w pobliżu czekaliby mnie towarzysze. Pod osłoną nocy mieliśmy “przeskoczyć” szalupą zatokę. Teraz powiodłem ich w kierunku naszej przystani. Było jeszcze dosyć jasno. Z dala pokazałem im domek gospodarza, stajnię, w której miałem sypiać i łódź. Dłuższą chwilę gapiliśmy się na smukły maszt “naszego statku”. Przed odejściem umówiliśmy się jeszcze co do miejsca, gdzie będą mnie oczekiwać. Przestrzegłem ich, naturalnie, by zachowywali się jak można najostrożniej, głośno nie gadali i nie palili. Rozstaliśmy się w milczeniu. Koledzy poszli do miasta, by zaopatrzyć w prowiant nasz rejs, a ja do Karla.

Staruszek powitał mnie z uśmiechem, a Anna nałożyła na talerz całą górę blinów, które wydały mi się jeszcze pyszniejsze, niż rano. Jak się czułem wolę nie wspominać. Przebrnąłem jakoś w końcu przez tę najcięższą kolację w moim życiu i chociaż bliny były naprawdę epokowym dziełem Anny, nie chciały mi przejść przez ściśnięte gardło. Wreszcie pożegnałem się z miłymi ludźmi i udałem się do mojej szopy. Wlazłem po drabinie na stryszek, po omacku umościłem sobie z siana leże. Noc zapadła ciemna i chmurna. Było zimno. O śnie nie mogło być mowy, choć początkowo usiłowałem się zdrzemnąć. Leżałem więc przykryty kocem, kurtką i żaglem, i czekałem.

Jak długo to trwało - nie mogę określić wydawało mi się jednak, że już można było rozpoczynać “akcję”. Chociaż złaziłem po drabinie jak mogłem najciszej, to jednak wydawało mi się, że robię to tak niezgrabnie i hałaśliwie, iż miałem obawy, czy nie obudzę śpiącego w domu Karla. Najgorzej było z kocem i żaglami, które sprawiały tak wiele szumu przy każdym najlżejszym zetknięciu się ze szczeblami, że byłem wprost zrozpaczony i lada moment wyczekiwałem zjawienia się gospodarza.

Ale obawy moje były płonne. Domek był zbyt odległy, by można było z jego wnętrza słyszeć moje najgłośniejsze chociażby szamotanie. Przeczulony nocą i zdenerwowaniem słuch mój reagował zbyt wrażliwie na każdy sprawiony przeze mnie szelest. Wyszedłem. Wiał zimny, przenikający wiatr i chociaż byłem w ciepłej watowanej kurtce, przewiał mnie na wskroś. Zapiąłem się, jak mogłem najszczelniej, zwinąłem jak mogłem najściślej żagle i koc, i skierowałem się w kierunku przystani. Na tle ciemnego szumiącego morza z trudem wypatrzyłem kontury łodzi. Rzuciłem koc i żagiel do jej wnętrza. Postanowiłem sam przygotować łódź do drogi, by zwoławszy kolegów, jak najszybciej odbić. Założyłem fok, wyklarowałem jego szkoty, z fałem - grota wdrapałem się na maszt. Tam przewlekłem grota szkot i sprawdziłem ster. Zauważyłem, że mimo woli drżały mi ręce. Skończywszy przygotowania, wyszedłem na poszukiwanie kamratów. Znalazłem ich skulonych, siedzących razem na pniaku w pobliskich krzakach.
- Myśleliśmy, że już nie przyjdziesz... - szepnął Ziuk.
- No, jak tam?
Miast odpowiedzi zapytałem, co kupili do jedzenia. Lopek milcząco wyciągnął jakiś worek. Zanurzywszy weń rękę, wyczułem bochny chleba, bułki, zwój kiełbasy... cebulę i czosnek.
- No to chodźcie!

Wiatr zmienił kierunek na wschodni i stawał się porywisty. Chociaż chłopcy nic nie mówili, wiedziałem, że byli już solidnie przemarznięci oczekiwaniem. Doszli do przystani. Cicho, chlupotała woda o nabrzeże i burty szalupy, która leciutko chwiała masztem. Szeptem wskazałem przyjaciołom miejsce w łodzi i podzieliłem przyszłe funkcje. Siedli pod grotem, obok siebie, okrywszy się kocem. Ziuk miał pilnować fałofoka i jego lewego szkotu. Lopek miał się zająć grotfałem i pozostałym szkotem foka. Zwolnione cumy wrzuciłem do łodzi i siadłem przy strze. Zgrzytając reksami czarny trójkąt foka, zaczernił się na chmurnym niebie i wnet znieruchomiał, wypełniony wiatrem. Gdy zarzuciło nam dziób na wodę, odepchnąłem silnie rufę od nabrzeża. “Grot staw” - Chrobocząc segarsami cień dużego żagla wspinał się po maszcie. Radośnie zadrgało serce, gdy uczułem w ręce mocny ciąg grotszkota.

Odbiliśmy szczęśliwie. Do ostatniego momentu nie opuszczał mnie niepokój niepewności, a raczej wprost przeciwnie, potęgował się co chwila. Teraz już napewno wiedziałem, że wszystko poszło jak najpomyślniej. Poprosiłem Ziuka o zapałki i przez chwilę przyglądałem się kompasowi, który towarzyszył nam wiernie we wszystkich momentach naszej marszruty.

Kurs mieliśmy jasny, wprost na północ. Wiatr był prawie wschodni. Ponieważ wolałem na wszelki wypadek, ze względu na dryf, trzymać się ostrzej, sterowałem tępym beidewindem prawego halsu. Chciałem przybić do fińskiego brzegu z dala od portu i miasta po prawej jego stronie. Na razie żeglowaliśmy sucho. Panowało przeraźliwe zimno. Z lewej strony za rufą, jakiś czas widać było światła Tallina, które wnet znikły. Co chwila zapalałem zapałkę dla sprawdzenia kompasu. Gdy wiatr zaczął zachodzić więcej z północy, zmuszeni byliśmy iść coraz ostrzej na niego. Fala zaczęła się zwiększać. Raz po raz lodowaty tusz bryzgał nam w twarz. Niebo zaciemniło się. Zawieszeni w czerni, drżący z zimna, zasłuchani w chlupot ciągle powiększających się fal, uparcie milczeliśmy. Zaczęło kropić. Po chwili przejmujący deszcz ze śniegiem siekł coraz ostrzej i zawzięciej nasze twarze. Zgrabiałymi rękoma z trudem rozniecałem zapałczany ogienek, by co jakiś czas sprawdzić kurs. Gdy zaproponowałem kolegom, by coś przejedli, nawet nie ruszyli się z miejsc. Lodowaty deszcz dostawał się za kołnierz, nogi wystające z pod krótkiej kurtki przemokły do cna. Kolana drżały wbrew mej woli, konkurując w tym względzie z szczękającymi przeraźliwie zębami. Skuliłem się, jak mogłem najbardziej, zwracając się bokiem do siekącego niemiłosiernie deszczu, który chwilami przechodził w grad szyderczo bębniąc po burtach i wnętrzu naszego statku.

Nagle hałaśliwie zatrzepotał fok... To Ziuk wypuścił ze zgrabiałej ręki szkot... Po chwili szamotania się, znów wszystko ucichło. Czułem, że wiatr nieustannie się wzmagał i chociaż było zupełnie ciemno, wiedziałem, że płyniemy bardzo szybko. Po jakimś czasie zauważyłem ruch pod grotem i zaraz potem podczołgał się do mnie Lopek. Przybliżył swą twarz tuż do mojej tak blisko, że dosyć wyraźnie wybłysły w ciemności w szerokim uśmiechu dwa rzędy jego zębów:
- No, jak tam? Czy nie widzisz, Kolumbie, Ameryki?
- Widząc małpę, wnioskuję, że już niedaleko...
- Masz, wsuń między zęby ukochaną cebulkę, bo inaczej pobudzisz swym trzaskaniem kłów śpiące rybki...
Wyciągnął rękę, w której wyczułem pajdę, chleba - zapachniało cebulą i kiełbasą... Już miałem mu coś odpowiedzieć o pociesze, jaką sprawię tym przebudzonym rybkom wyrzuceniem jego plugawego ciała za burtę, ale nagły napływ śliny do ust. uniemożliwił mi zrobienie tej wdzięcznej aluzji. Mimo chłodu, i przejmujących dreszczy, które wywoływało każde najmniejsze nawet poruszenie się, gryzłem zapamiętale swoją skibkę chleba. Robiłem to nie tyle z głodu, ile z chęci odczuwania odmiennych wrażeń, niż ciemność, chłód, nieustanny deszcz, czy oblepiające całe ciało, przemoczone do nitki - ubranie. Zapach cebuli i kiełbasy wprowadził w tę zimną, mroczną, paskudną noc cały ten inny, wygodny świat, który pozostał gdzieś za nami i który gdzieś się kryje w tej nieprzeniknionej czerni przed nami. Dotychczasowe uczucie beznadziejności, owładniające coraz bardziej w miarę upływającego czasu, na moment prysło. Towarzysze moi przekomarzali się, docinając sobie nawzajem. Naturalnie, nie oszczędzili i mnie.
- Te, zmokły nietoperz, czy nie lepiej ci było w ciepłym domu siedzieć i warkocze Niuśce zaplatać? - naigrywał się Lopek.
- Nie otwieraj tak szeroko psyka, bo ślepą kiszkę przeziębisz! - próbowałem się bronić.
- Kapitan, nie zawalaj. Czy długo tak zażywać będziemy tej rozkosznej, krajoznawczej wycieczki? - podtrzymywał przyjaciela Ziuk.
- Jeśli chcesz, możesz wysiąść...
Deszcz jakby chwilami zanikał, wreszcie ustał zupełnie, ale wiatr wzmagał się nieustannie. Szalupa coraz energiczniej wyrzucała swój dziób przeciwko nadskakującym falom. Żeglowaliśmy coraz bardziej “mokro”. Kamraci moi zamilkli, ale przy każdej większej fali, której solidne bryzgi dosięgały raz po raz mnie, dwa zgodne głosy z pod grot-masztu za każdym razem wyrażały swoje oburzenie w wielce nieprzystojnych słowach. Wkrótce i te budujące głosy umilkły. Huśtało coraz mocniej. Myślałem o referowaniu grota, gdy do moich uszu doszły pierwsze odgłosy, zwiastujące pojawienie się “na dziobie” morskiej choroby. Współczułem kolegom z całego serca, jednocześnie siłą woli starałem się odwrócić swą uwagę od tego, co się działo pod masztem, by nie ulec psychozie narzucającej się sugestywnie wraz z dźwiękami i zapachami, dolatującymi z dziobu. Trudno jednak było oderwać się myślą od nieszczęścia towarzyszy, tym bardziej, że jakby mi na złość, chorowali tak precyzyjnie i donośnie, że uszu moich nie omijała żadna, najintymniejsza nawet intonacja ich nieszczęsnej jazdy do Łotwy. Ufałem w swoją odporność, chociaż parę razy maluczko brakowało, bym poszedł w ślady mych chłopaków.

Gdy tak wytężając raz po raz wzrok w ciemności, zdawało mi się chwilami, że widzę ląd, ale również raz po raz przekonywałem się, że to złuda. Parę razy już miałem radośnie zakrzyczeć: “Ląd” - gdy w ostatniej chwili stwierdziłem, że to nowe przywidzenie. Wybujała imaginacja podsuwała ciągle zarysy nowych nieistniejących brzegów... Gdy myśl czasem wracała do estońskiego brzegu, wydawało mi się, że to już wieki minęły, kiedyśmy go porzucili. Niemożliwością wydawało mi się, że ta piekielna jazda trwa niecałą noc. A Karl Pertel wydał mi się odległy co najmniej o tysiąc mil i z tej odległości oczy jego patrzyły na mnie już nie z wyrzutem, a raczej z ojcowskim współczuciem.

Od dłuższego czasu oszczędzałem zapałki, gdyż dwa ich pudełka zamokły mi w kieszeni spodni i były nie do użytku. Ostatnie pudełko schowałem na piersiach wewnętrznej kieszeni mej marynarki. Przemarznięty byłem na wylot i zmęczony okropnie. Oczy oślepione raz po raz błyskiem zapałek, wlepione uważnie w strzałkę kompasu z coraz większym trudem kontrolowały odpowiednie ustawienie ledwo majaczących w czerni nocy żagli. Mimo to podwajałem wysiłki, by płynąć według oznaczonego kursu. Wytężałem wzrok przed łódź, starając się przebić przeklęty mrok. I ciągle ta sama ciemność i nieprzenikniona noc i ten chlupot, którego się już prawie nie zauważa. A najgorszy ten beznadziejny ziąb. “Żeby to szlak! Jasna cholera... nie wytrzymam”. - mówi któryś z pod grota, ale głosem tak zmienionym, że nie mogę poznać który.

Nie mieliśmy zegarka, by przynajmniej według niego zorientować się w czasie i w przypuszczalnym położeniu. Według mnie już dawno powinniśmy byli być u celu. Właśnie teraz przypomniało mi się jedno z omawianych kiedyś zagadnień propedeutyki filozofii - Czas rzeczywisty i psychiczny. Mile spędzony dzień wyda się krótką chwilą - to znów noc taka jak ta ciągnie się w nieskończoność.

Nagle do uszu moich przywykłych do jednostajnego chlupotania fal o dziób doszła jakaś nowa, “nienormalna” gama dźwięków. Zasłuchany nie mogłem się dłuższą chwilę zorientować co to jest, dopiero po zupełnym oprzytomnieniu coraz dokładniej zacząłem rozróżniać obcy szum, jak gdyby fal uderzających o daleki brzeg. Schyliłem się po żagiel, by rozejrzeć się dokładniej w sytuacji. Zanim zdołałem krzyknąć, kil łodzi zgrzytnął głośno po dnie. O jakieś najwyżej dziesięć metrów dosyć wyraźnie rysował się brzeg - utęskniony fiński brzeg...

Na niebie między chmurzyskami zaczęły przecierać się jaśniejsze plamy opóźnionego świtu...