dostałem stypendium

Jednym słowem stypendium mi przyznano i czekałem na spełnienie moich, tak jak wszystkich młodych architektów, marzeń o poznaniu legendarnego Le Corbusiera, zobaczeniu nowoczesnej sztuki na żywo, nie z ilustracji.

Napisałem do Krystyny, która spędzała wakacje w Paryżu i miała pomóc mi w zaaklimatyzowaniu się w tym obcym dla prowincjusza mieście. Nie znając adresu, wysłałem depeszę na jej imię do polskiej ambasady, podpisując się dla oszczędności, tylko imieniem.

Gare de l’Est

Do Paryża jechałem pociągiem przepełnionym żydowskimi emigrantami. Był to prawdziwy exodus. Patrzyłem ze zrozumieniem, z punktu widzenia emigranta wyrwanego z korzeniami ze środowiska, na frustrację i gniew moich współpartnerów, na ich zaciśnięte pięści, wygrażające przez okna pociągu ludziom na peronach i pracującym w polu na terenie Polski i Niemiec.

Wreszcie wysiadłem na Gare de l’Est. Wysiadłem ze swoją ciężką walizką i przeczekałem, aż rozluźni się tłum wysiadających. Było to w południe 1 października 1948 r. Na pustym już prawie peronie, z daleka rozpoznałem Krystynę. Spodziewałem się, że się ucieszy, a tymczasem była zakłopotana i wręcz zła.

Okazało się, że na skutek mojej oszczędnościowo-lakonicznej depeszy, podpisanej „Oskar”, zmobilizowana została cała ambasada z Putramentem na czele. Zjechali przed dworzec na spotkanie Oskara Langego. O ile pamiętam był kimś bardzo ważnym z ramienia Polski w ONZ. Tylko dzięki mojej opieszałości w wysiadaniu z pociągu, na peronie nie witała mnie delegacja z kwiatami, ale ponura i zła mina Krystyny, która zdążyła zorientować się w pomyłce. Było mi przykro, ze względu na Krystynę, ale z trudnością ukrywałem rozradowanie tym lapsusem.

Paryż jeszcze nie mój - ale już go lubię

Krystyna odwiozła mnie do Alliance Française.

Tu wręczono mi pierwsze pieniądze oraz adres mego zamieszkania: Hotel L’Epoque na rue St. Charles, na Grenelle. Może nieco o tym, czym była ta instytucja dla cudzoziemców. Tu organizowano przede wszystkim kursy francuskiego. Korzystałem z nich przez parę miesięcy, bo mój niezły francuski był jednak francuskim nieco domowym i miałem w nim kilkuletnią przerwę. Tu organizowano spotkania z francuską kulturą - pamiętam np. występ Jean Louis Barrault’a.

Tak więc powędrowałem z tej zacnej instytucji piechotą, z planem Paryża w ręce i z moją ciężką walizką w kierunku hotelu. Na pierwszym skrzyżowaniu podszedł do mnie policjant, zapytał dokąd idę i pomógł mi nieść walizkę do następnego skrzyżowania, gdzie przekazał mnie jakiemuś zdrowemu osiłkowi z prośbą o pomoc.

 

Tak po kolejnej zmianie tej sztafety znalazłem się pod wiaduktem na olbrzymich słupach - Grenelle. Był to wiadukt metra, które w tym miejscu przebiegało w powietrzu, wkomponowane bezkolizyjnie w miasto. Pod wiaduktem - wesołe miasteczko - kręcące się poziomo karuzele i pionowo rakiety, elektryczne samochodziki, sprzedawcy baloników i zabawek - radosny Paryż.

Oczarowany tym nastrojem, bezinteresowną uprzejmością ludzi, a równocześnie przybity nieco skalą miasta, dotarłem do mego hotelu. Miałem potem okazję konfrontacji tego nastroju z zimną, wręcz obojętną, atmosferą Londynu.

mój hotel

Mój hotel był to jednopiętrowy budynek, a w jego holiku, za ladą starsza pani, już nie tak serdeczna, jak moi przewodnicy. Dlatego nasze późniejsze relacje ograniczały się wyłącznie do załatwiania formalności.

Pokój, który zająłem, znajdował się na pierwszym piętrze. Było to dość duże pomieszczenie z wielkim podwójnym łożem. Kiedy wniosłem walizkę i usiadłem na tym łóżku, zrobiło mi się smutno i poczułem się samotny.

Zanurzyłem się we wspomnieniach, marzeniach i w pewnym momencie wydawało mi się, że majaczę... słyszę jakąś znajomą melodię, jakby Wertyński, tak często słyszany w Wilnie... Ale dźwięki były realne. Dobiegały z wychodzącego na dziedziniec hotelowy okna. To, jak się okazało, śpiewali mieszkający w hotelu rosyjscy emigranci.