pierwsze zwiedzanie Paryża

Nazajutrz Krystyna zabrała mnie na obiecaną przejażdżkę po Paryżu i okolicach, oczywiście jakimś "kazionnym" samochodem, z "kazionnym" kierowcą.

St. Germain en Laye

Wyjechaliśmy do St. Germain en Laye, położonego o kilkanaście km od Paryża.

Monumentalne, szesnastowieczne założenie parkowe z potężnym zamkiem oflankowanym wieżami. Do pałacu przylegał wtedy jesienno-złoty, liściasty las, który dochodzi do wysoko spiętrzonych tarasów, projektowanych przez Le Notre’a, a z tarasów rozległy widok na Paryż z dostrzegalną sylwetką wieży Eiffla.

Wersal

Innego dnia zwiedzaliśmy Wersal.

To była prawdziwa lekcja zgodności treści - władzy absolutnej z formą przestrzenną. Trzy arterie prowadzą na obszerny, zewnętrzny, szeroko obudowany plac wejściowy, a ich osie zbiegają się na pomniku Króla Słońce. Wnętrza pałacu przytłaczają wielkością i oszałamiającą ilością dekoracji. Od strony ogrodów całość kompozycji podporządkowana jest potężnej osi, prowadzącej w „nieskończoność” - osi władcy absolutnego. Tę apodyktyczną oś budują duże, geometryczne w zarysie, obszary wodne, fontanny ujęte w kamienne ramy, których górne powierzchnie przedłużają poziom nawierzchni placów. To scalenie powierzchni placów z obramowaniami wody, eliminując ich detal, jeszcze bardziej monumentalizuje całość. Na tym nie koniec. Kamienne ramy uformowane w postaci głębokich wsporników, nie wyjaśniają, gdzie kończy się lustro wody. Plusk, a właściwie łomot rozfalowanej przez wiatr i fontanny wody, uderzającej o głęboko wycofane ściany basenów, podkreślają wrażenie potęgi.

Sztucznie formowana roślinność - gazony, pojedyncze formy drzew, ściany zwartej zieleni - wszystko sztywne, podporządkowane woli twórcy. Ponadto białe kamienne wazy i posągi kontrastujące z zimną zielenią strzyżeńców, ich ilość i agresywność świadczą o mistrzostwie twórców w wyrażeniu idei absolutyzmu w czasoprzestrzeni architektonicznej.

Po Wersalu wpadliśmy do wspaniałego parku Saint Cloud, ze starą rezydencją królewską.

Zwiedzaliśmy przede wszystkim park, gdzie poza okazami rozrośnietych drzew, w przewadze liściastych, podziwialiśmy zróżnicowane i rozbudowane urządzenia parkowe eksponujące wartości natury: widokowe tarasy, czy kaskady fontann. Uderzyła mnie mnogość zwiedzających, których nie było słychać, a których obecność sprzyjała odbiorowi oglądanych form natury - uczytelniała je swym ruchem.

Louvre - pierwszy kontakt: starożytność „uśmiercona”

Następnym szokiem był dla mnie Louvre.

Był to krótki i powierzchowny kontakt, wyłącznie ze starożytnością grecką i rzymską. Pełny i pogłębiony kontakt nastąpił później, po poznaniu Leszka Kunki - wychowanka Strzemińskiego, którego poznam wkrótce, a któremu zawdzięczam otwarcie oczu na to, co w sztuce istotne.

Ten pierwszy kontakt - to spotkanie u wejścia całej plejady siedzących i stojących brązowych kopii greckich i rzymskich bóstw, ale również, w dalekiej perspektywie - białej, spokojnej, majestatycznej, a przy tym kobiecej, bezrękiej Wenus z Milo. Dochodząc do Wenus widziałem dzieła Praksytelesa (lub kopie antyczne jego dzieł). Apollo z jaszczurką - gdyby nie widome oznaki, powiedziałbym, że to kobieta. „Przekobieceni” mężczyźni Praksytelesa, jego bohaterowie, są zawsze o coś oparci, jakby byli słabi, w zmniejszonej skali, o bardzo pięknych proporcjach. Były tam również antyczne kopie dzieł Fidiasza - Pallas Atena i kilka torsów. Było to wszystko piękne, ale nie budziło emocji. Może dlatego, że Pallas Atenę trzeba było oglądać zintegrowaną z Akropolem - jako część zespołu.

Dzieło wyrwane z kontekstu przestrzennego, jak słowo z poematu, zmienia swoje semantyczne znaczenie, swoje oddziaływanie. Rzeźby rzymskie, eksponowane w pobliżu, robiły wrażenie ludzkiej prozy w porównaniu z boską poezją rzeźb greckich. Ten przedmiotowy sposób ekspozycji, szczególnie starożytnego Rzymu, kojarzył mi się, podobnie jak Hemingwayowi, z atmosferą cmentarza.