pierwsze samodzielne kroki w Paryżu
Kiedy po tych samochodowych penetracjach Paryża i okolic zdałem sobie sprawę z rozmiarów miasta, ostrożnie stawiałem w nim pierwsze samodzielne kroki. Zacząłem od rozpoznawania najbliższych okolic mojego hotelu. Punktem odniesienia był wspomniany już wiadukt Granelle i niemal u wylotu mojej ulicy, stacja metra o tej samej nazwie.
mieszkańcy mojego hotelu i stołówka
Jak się wkrótce okazało, w moim hotelu mieszkała grupa stypendystów polskich, niektórych zadomowionych już w Paryżu. Dzięki jednemu z nich poznałem metro i już wkrótce znalazłem się w stołówce polskich stypendystów przy boulevard St. Michel - w centrum Paryża.
Zanim o stołówce, chciałbym napisać o przestrzeni metra paryskiego. Dziś widzę ją w kontekście wnętrz metra sztokholmskiego, moskiewskiego, londyńskiego i ostatnio warszawskiego. Najmilej wciąż wspominam paryskie, może dlatego, że było to moje pierwsze metro, a może i dlatego, że jego nieco “koślawa” , pozornie przypadkowa, nieporadna miejscami forma, urzekła mnie swoją prawdziwością, autentycznością w porównaniu z metrami póżniej widzianymi - poprawnymi, sterylnymi, niemal “wylizanymi”, a często pretensjonalnymi. Ta pewna “gruboskórność” przestrzenna staje się w moich wspomnieniach najbardziej ludzka. Informacje słowne były tu zaledwie dodatkiem do informacji przestrzennych - sytuacyjnych, wynikłych najczęściej z niedoskonałości techniki, jaka musiała towarzyszyć piątej na świecie próbie realizacji metra i jego rozbudowie.
ziomkowie, znajomi i przyjaciele
Wyszliśmy z metra na bd. Saint Germain w pobliżu stołówki.
Spotykali się tu niemal wszyscy stypendyści, a także Polacy mieszkający w Paryżu: muzycy - Skrowaczewski i Żmudziński (stypendyści Nadii Boulanger), architekt Olek Kujawski, pracujący wtedy u Le Corbusiera, grafik Leszek Zahorski, działający tu z wolnej stopy, malarze - Lutka Pink, Kaziel (Kazimierz Zielenkiewicz), Jerzy Kujawski, Kazik Ostrowski, ostrzyżona na rekruta piękna rzeźbiarka Alina Szapocznikow, jej „kawaler” Ryszard Stanisławski, fizyk Rydel i jego kolega, który żałował, że przyjechał i zaraz miał wracać, a przede wszystkim moi hotelowi współmieszkańcy - skrzypaczka Warszawska, malarze - Tadzik Romanowski i jak się wkrótce okazało, najbliższy mi - Leszek Kunka.
W tej stołówce widziałem np. kiedyś Eryka Lipińskiego, dość ekscentrycznie wyglądającą scenografkę Teresę Roszkowską, oraz krytyka sztuki Mieczysława Porębskiego.
Tu też, po raz pierwszy, zetknąłem się z francuską kuchnią i chociaż w bardzo stołówkowym wydaniu, była zadziwiająco różna. Wszystko podawano oddzielnie: każde warzywo, mięso, do tego karafka z czerwonym winem i druga z wodą. Myślę, że na życzenie Polaków podawano czasem jakąś zupę, ale było to coś bardzo cienkiego i trudnego do zidentyfikowania.
ulica paryska - zachwyt i odraza
Moje pierwsze odbiory paryskiej ulicy: architektury, plakatów, witryn sklepowych, to z listu do Zosi:
... O ciuchach napiszę Ci innym razem. Chcę Ci przekazać Paryż taki, jaki jest, a nie taki, o jakim śniłem. Potężny i kameralny, przesadnie wrażliwy, uprzejmy i brutalny, przeładowany i samotny, radosny i smutny. Dopingujące się przeciwieństwa. Obok wspaniałych dzieł sztuki (oglądanych na razie tylko w witrynach) - najohydniejsze, lepkie, niesmaczne kicze. Takich kiczów u nas nie ma. Francuzi albo nie odróżniają, albo celowo zestawiają ohydę z pięknem - takie to nasuwa wnioski. Okropne plakaty, ponalepiane na murach tysiącami, każdy kilkunastometrowej wielkości - aby więcej. U nas spotyka się nowoczesne plakaty lepsze i gorsze, w skromnej skali, ale są to próby na jakimś jednak poziomie: Zamecznik, Tomaszewski, Staniszkis i inni. Tu natomiast przeważają naturalistyczne, najczęściej nieudolne wypociny. Z rzadka zdarza się coś lepszego, ale to jak rodzynek nie w cieście a w g... Zestawienie dwóch obrazów - zrujnowanej Warszawy i szalonego Paryża, jak na razie, jest dla mnie wstrząsem, ujemnym stresem. Może z czasem, kiedy tu pomieszkam, ten stres zmieni się na dodatni, zdopinguje mnie do jeszcze intensywniejszych poszukiwań.
Te pierwsze, mieszane uczucia, zmieniły się z czasem w miłość do paryskiej ulicy. Paryż stał się prawie moim drugim Wilnem, no może trochę większym. Bukiniści nad Sekwaną, to w Wilnie ul.Kościuszki przy Wilence, a przede wszystkim Zygmuntowska; spojrzenie na Notre Dame przez Sekwanę z bd. St. Bernard, czy Voltaire, przypominało mi spojrzenie przez Wilię na pomnik Mickiewicza Pronaszki z ul.Arsenalskiej; ale słynny Lasek Buloński “nie dorastał do pięt” naszym zwierzynieckim Karolinkom; relacja przestrzenna placu Zgody, Pól Elizejskich i placu Gwiazdy w Paryżu, nawiązywała w mojej wyobrażni do relacji przestrzeni mostu Zwierzynieckiego, ul.Mickiewicza i placu Katedralnego, a dominująca Sacré Coeur do zwierzynieckiej cerkwi, widzianej z perspektywy mostu. Położenie Wilna wśród wzgórz, w dolinie Wilii z wyeksponowanymi, licznymi formami zabytkowych kościołów, zabytkowych ulic, uczuliło mnie na rzeczy piękne, stąd i piękno Paryża z jego przemyślanymi perspektywami, przylegało do mojej psychiki.
Kontrasty społeczne widoczne na ulicach Paryża, np.ludzie z Pól Elizejskich, ekskluzywnych hoteli, restauracji, klubów i ludzie grzejący się na kratach wentylacyjnych metra, czy kloszardzi mający za łazienkę Sekwanę, a wreszcie ci z mojej ulicy Mouffetard, leżący rzędem pod ścianą po jednym „vin rouge”, nie mówiąc już o gościach z budynku L’Arme’ de Salut, uświadamiały mi rozpiętość standardów życia znacznie szerzej, niż czyniła to żebraczka cuchnąca moczem, odwiedzająca co sobotę naszą gosposię Mańkę, czy też, skaczący z mostu Zwierzynieckiego żebrak.
Dzięki galerii sztuki przy ul. Mickiewicza, w pobliżu placu Katedralnego, tuż obok kawiarni Rudnickiego, gdzie przed szybą prowadziliśmy dyskusje o sztuce nowoczesnej po wyjściu z zajęć rysunku w Akademii Sztuk Pięknych, w których to dyskusjach spierali się Zbyszek Karpiński, zwany przez nas Flintą (prof. ASP we Wrocławiu) z moim bratem Erikiem, galerie ulic Paryża nie były mi obce.
Myślę jednak, że najważniejsze, co zbliżało mi te dwa miasta i za co je tak pokochałem, to poczucie wolności. Poczucie demokracji w Wilnie dało mi wielonarodowościowe środowisko mojej dzielnicy Zwierzyniec. W Paryżu ta zwierzyniecka wielonarodowość była zwielokrotniona zarówno na ulicy, jak i w pracowniach.
Gobeliny Jeana Lurçat
Pierwszy kontakt bezpośredni ze współczesną sztuką francuską miałem na pokazie gobelinów Jeana Lurçat i referacie o nich, w głównym amfiteatrze Sorbony. Pokazano również film o jego twórczości.
Początkowo malarz, od 1915 r. stał się twórcą nowego gobelinu francuskiego, który zaniknął wraz z ostatnim Ludwikiem. Lurçat pobudził innych twórców w tym kierunku. Rozmiary tkanin raczej duże (jedna z nich np. 4x10 m). Były to gobeliny tematyczne: triumf człowieka - to główne ich przesłanie. Poza tym na gobelinach występują tłumnie olbrzymie motyle, ryby, domowe zwierzęta, słońce, szkielety... beczki? Wszystko utkane w pełnych głębokich kolorach, najczęściej na czarnym tle. Oglądałem wystawę z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony reklamowana „La renaissance de la tapisserie française”, poważne referaty, takież miny uczestników i zwiedzających, a z drugiej strony moje wątpliwości: czym różnią się te dzieła od gobelinów średniowiecznych czy renesansowych?
Spodziewałem się, że będzie to interpretacja twórcza nie tyle treści literackich, co funkcji przestrzennej tkaniny dla wnętrz współczesnych, o różnych „wektorach” w stosunku do dawnych. Zobaczyłem uwspółcześnione w rysunku, kolorystyce i treści, utkane dekoracyjnie opowiadania - obrazy, ale nie jak tamte zharmonizowane kolorystycznie z wnętrzem, zrobione dla konkretnej sytuacji, a agresywne przedmioty na sprzedaż.