pierwszy kontakt z Leszkiem Kunką - moją bratnią duszą

Od momentu poznania Leszka staliśmy się nierozłączni.

Przede wszystkim były to wspólne zainteresowania, świadomość niepowtarzalności okazji kontaktu z wielką sztuką, pasja z jaką obaj staraliśmy się nie stracić ani chwili na coś innego niż oglądanie, studiowanie, rysowanie, dyskusje. To co mogłem dać Leszkowi to moja znajomość francuskiego (Leszek go nie znał)i nieco lepsza już wtedy znajomość Paryża. On natomiast dzielił się ze mną wszystkim tym, czego nauczył go Strzemiński, który był jego mistrzem. A było tego bardzo dużo. Rozpoczęliśmy od wędrówek po Paryżu metrem i pieszo.

W metrze i na ulicach, wszędzie dopadały nas te ogromne agresywne plakaty, reklamy i ogłoszenia. To z początku było bardzo przykre, tak jak początkowo dziwni byli dla nas wciąż śmiejący się ludzie. Dlaczego oni się śmieją? Nie mogliśmy na razie zrozumieć, a cóż dopiero zarazić się tą piękną w końcu cechą, jaką jest łatwość ujawniania radości. Z czasem uświadomiliśmy sobie jak jesteśmy smutni, jak smutna jest polska ulica.

Kiedyś dotarliśmy z Leszkiem na środek placu de la Concorde. Było późne popołudnie. Staliśmy tyłem do Tuileries, otoczeni mrowiem samochodów okrążających plac, zafascynowani ekspozycją wielkiej liczby ruchów jednoczesnych na tle wznoszącej się płaszczyzny av. des Champs-Elysées. Zachodzące słońce ujęte w ramy l’Arc de Triomphe, oświetlające każdy pojazd, czyniło z tego szalenie mocne, spójne widowisko, jak potoki płynącej lawy. Wydawało się nam, prowincjuszom, że stoimy w centrum współczesnego świata. Westchnął wtedy Leszek:

Ach! Gdyby tak można było przenieść z Pabianic i postawić tu moją Matusię.