Pierre Jeanneret
Wchodziło się z ulicy przez bramę na zabytkowe podwóreczko. (Kiedyś widziałem, jak kręcono tu jakiś film z Jean Marais w historycznych strojach). Z bramy szło się do drzwi usytuowanych w lewym narożniku atrialnego wnętrza. Elewacje dwukondygnacjowe, w miłej, ludzkiej skali, po których pięły się delikatne pnącza i których biało malowane ściany ujawniały koronkowość zieleni. Miało to coś z nastroju obrazów Renoira. Stromymi, jednobiegowymi schodami wchodziło się do pracowni. Z prawej strony wąskiego przedpokoju, pod szklaną ścianą, za którą była mała kuchenka, stał rower. Był to główny środek lokomocji mojego mistrza. Służył mu do codziennych wycieczek do Lasku Bulońskiego. Na wprost była pracownia, a za nią sypialnia mistrza.
Jeanneret był małego wzrostu. Było to szczególnie widoczne kiedy stał obok wysokiego Sołtana. Duża głowa z bardzo przerzedzonymi włosami, ogorzała szczupła twarz, przesłonięta dużymi okularami, dolna szczęka wysunięta do przodu, energiczne ruchy - robił wrażenie człowieka przedsiębiorczego i zaradnego. Jasne wdzianko z przetartymi nieco rękawami budziło sympatię.
Po krótkiej rozmowie z Sołtanem, która przebiegała w ciepłej, żartobliwej atmosferze, Jeanneret zgodził się, żebym odbywał u niego staż. Zgodził się również na moje jednoczesne studia malarskie u Legera, do którego pracowni już zapisaliśmy się z Kunką. Nazajutrz rano, nieco stremowany, zjawiłem się w pracowni. Mistrz wyznaczył mi miejsce tuż przy wejściu, ze światłem, jak należy z lewej strony i widokiem na podwórze. Sam siedział na przeciwko mnie, a jego przygarbione plecy i łysinę zwykle pochyloną nad rysunkami, do dziś mam w oczach.
dwa prostopadłościany - sprawdzian wrażliwości i baza przyszłej dydaktyki
Zanim otrzymałem jakiekolwiek zadanie, poddany zostałem pewnemu testowi.
Jeanneret postawił przede mną dwa prostopadłościany i poprosił, żebym ustawił je jak najbliżej siebie, ale tak, żeby każdą formę czuło się odrębnie. Podejrzewając, że jest to sprawdzian mojej wrażliwości zabrałem się do tego z namaszczeniem.
Kiedy niepewnym głosem powiedziałem, że już, Jeanneret zmierzył odległość, zajrzał do notatnika i powiedział mi, że moje ustawienie jest bliskie ustawieniom Charlotte Periand (przyjaciółka Jeannereta, wybitna projektantka mebli, współpracownica Le Corbusiera), Fernanda Legera, Le Corbusiera, rzeżbiarza Gilioliego, Denise Cresuelle i jego. Byłem z siebie dumny.
Natomiast zupełnie inaczej zestawił prostopadłościany Blanchon, sekretarz Jeannereta. To ćwiczenie potrzebne było memu mistrzowi do sprawdzenia, czy intuicyjne rozstawienie prostopadłościanów (które jak się okazało były makietami budynków), jest takie, jak wyliczone przez niego dla zabezpieczenia niezbędnego dla mieszkań nasłonecznienia. My w Polsce używaliśmy do tego celu słynnej linijki słońca Twarowskiego. Jenneret za każdym razem mozolnie to obliczał w sobie tylko wiadomy sposób. Studium z prostopadłościanami uświadomiło mi oddziaływanie na siebie form i potem, w mojej praktyce pedagogicznej w zakresie struktur wizualnych, było moją bazą. Pierwszym rysunkiem, jaki mi dano do wykonania, była perspektywa zaprojektowanej przez mistrza willi o konstrukcji aluminiowej. Mój rysunek miał wydobyć tę aluminiowość, a pomagały mi w tym dwa modele konstrukcji wykonane z aluminium. Nie byłem zbyt mocny w perspektywie, musiałem więc bardzo się skoncentrować, a do pracowni przychodziło w tym czasie dużo ludzi - bardziej i mniej interesujących. Byłem świadkiem tych odwiedzin - widzem i słuchaczem. Coraz lepiej poznawałem język i ku memu zdziwieniu, w pewnym momencie, zaczął mi przylegać jak ojczysty.
moja coraz większa asymilacja
Zacząłem myśleć po francusku. Duża w tym zasługa Blanchona, który prowadził sprawy finansowe pracowni, mówił dużo piękną francuszczyzną. Właściwie były to długie monologi, przerywane przez Jeannereta charakterystycznym „bon, bas alors” w momencie, kiedy musiał się z trudem na coś zgodzić.
Poznałem również wszystkich twórców, wspomnianych już przy okazji opowieści o moim wstępnym teście. Na moje postępy w nauce języka, duży wpływ miało również uczestnictwo w zajęciach w Allience Française, a także upór, z jakim w każdej wolnej chwili, głośno, z przesadnym akcentem czytałem prasę i książki. Miałem wielką satysfakcję, kiedy potem, w czasie mojej z Leszkiem wędrówki po Francji, moi rozmówcy nie przypuszczali, że pochodzę z Polski, przypuszczali, że pochodzę z Grenoble.
Czyżby miał na to wpływ mój wileński „zaśpiew”? Wątpliwości budził mój akcent, a nie znajomość języka. W tych pierwszych miesiącach pracy u Jeannereta, mój rozkład zajęć ustabilizował się i wyglądał następująco: 3 dni pracowałem u niego, 2 dni malowałem u Legera, a soboty i niedziele przeznaczone były na zwiedzanie muzeów, galerii, z rzadka znajomych, zoo itp.
Oskar Hansen i Pierre Jeanneret
pawilon szwajcarski Le Corbusiera i P. Jeannereta
Nareszcie pierwszy kontakt z prawdziwą współczesną architekturą, z współczesną kompozycją czasoprzestrzeni.
Na początku listopada, w pracowni, zajmowaliśmy się m.in. renowacją holu pawilonu szwajcarskiego w miasteczku uniwersyteckim w Paryżu. Odwiedzając wtedy ten obiekt, gruntownie go poznałem. Zrobił na mnie ogromne wrażenie - manifestacja odwagi, wdzięku i lekkości. Byłem oczarowany. Poziomy czterokondygnacyjny prostopadłościan budynku, „uniesiony w powietrze” - ustawiony na jednym rzędzie słupów, których prześwity kadrowały i eksponowały otaczający krajobraz. Światłocień wklęsłej ściany szczytowej zewnętrznej klatki schodowej kontrastował z płaską ścianą głównego członu budynku.
Wrażenie „wzlatywania” budynku dopingował bardzo „przyziemny”, niski pawilon studenckiej stołówki. W holu wejściowym dominowały swobodnie wkomponowane schody, rozpoczynające swój bieg przy potężnym słupie. Ten potężny, o kroplowym przekroju słup, wyklejony wielkimi czarno-białymi powiększeniami mikroskopowych zdjęć i schody, widziało się od strony wejścia do holu na tle podziałów przeszklonej ściany stołówki, za którą jarzyło się malarskie panneau Le Corbusiera. Umeblowanie stołówki stanowił ustawiony równolegle do panneau, potężny stół - płyta z czarno-białego marmuru osadzona punktowo na dwóch nogach - rurach i siedziska - plecione stołki. Jeanneret pomagał mi zrozumieć semantykę panneau, ponieważ formy nie były dostatecznie realistyczne i nie dość jednoznaczne.
Były to cztery fazy „śladów człowieka”: stworzenie świata, świat antyczny, trzeciej fazy nie pamiętam i doba maszynistyczna - człowiek na ziemi i w powietrzu. Na jednej z części kompozycji intrygował napis: „garde mon aile dans ta main”. Najbardziej lubiłem patrzeć na to malarstwo poprzez przeszkloną ścianę jadalni, chodząc po holu, lub wchodząc na schody - wtedy czytelne, na ogół biologiczne w wyrazie formy malarstwa, kadrowane były „suchymi” podziałami przeszklonej ściany. Mój ruch powodował coraz nowe podziały dzieła, nowe relacje form.
To był mój pierwszy, bezpośredni i tak analityczny kontakt z dziełem nowoczesnej architektury najwyższej klasy, z architektoniczną czasoprzestrzenią. Odegrało to wielką rolę w moich późniejszych poszukiwaniach.
Zobaczyłem i przeżyłem ciągłość wnętrza i zewnętrza, kadrowanie przestrzeni, czasoprzestrzenne oddziaływanie malarstwa, czytelność funkcji i relacji form w przestrzeni, a nade wszystko radość z przebywania w tym otoczeniu głębokiego oddechu i odwagi. Zastanawiałem się nad sposobami jakimi te efekty osiągnięto. To co odczytałem to: krzywizny ścian, które pozwalają głębiej i szerzej wniknąć do wnętrza przestrzeni zewnętrznej, „bezwęgarkowe” osadzenie szyb (a nawet osadzenie ich w wycofanej wnęce), malarstwo na wygiętej ścianie, które „uciekając” wzrokowo w kierunku światła, wyprowadza nas na zewnątrz, no i oczywiście wolny parter, który pozwala na pełną penetrację przestrzeni.
Jedno tylko mam zastrzeżenie - zamknięty przedmiotowy wyraz głównego bloku, ale może to zamknięcie dopinguje wszystkie inne „otwartości” i „przestrzenności” założenia?
… i pierwszy kontakt z prawdziwie kapitalistycznym klimatem
W tym też czasie skończyłem perspektywę willi, zleconą mi przez Jeannereta. Podobała mu się. Powiedział mi, że widać, że to rysował Polak. Powodowała to wrażenie głowa dziewczyny z warkoczem, umieszczona na pierwszym planie rysunku. Zjawiła się zleceniodawczyni. Mały Jeanneret dwoił się i troił tłumacząc jej plany i elewacje.
Na zakończenie, chcąc prawdopodobnie w pełni ją przekonać, pokazał moją perspektywę. W babę jakby wstąpił diabeł. Wściekła chwyciła rysunek i rzuciła nim w mistrza, krzycząc, że w tak tani sposób chcą ją przekonać do projektu. Kiedy pozostaliśmy sami, a emocje opadły, pobladły nieco mistrz powiedział, że musiała może zidentyfikować się z tą dziewczyną z warkoczem, a przecież już nią nie była (była do pani ok. pięćdziesiątki), a może skojarzyła sobie tę na rysunku z jakąś rzeczywistą, która była dla niej zagrożeniem? Było mi bardzo przykro, że przeze mnie mistrz stracił zlecenie, chociaż nie czułem się aż tak winny. Mógł przecież tego rysunku nie pokazywać. Po prostu kobiecie „coś odbiło”.
kilka niearchitektonicznych przeżyć w pracowni - znów nowi przyjaciele
W kilka miesięcy po mnie, w pracowni pojawił się nowy stażysta Georges Patissier. Zaprzyjaźniliśmy się. Zaproponował mi kiedyś pójście do chińskiej restauracji, w Quartier Latin, w pobliżu pracowni. Podano nam oczywiście ryż, coś tam jeszcze i mnóstwo przypraw. Posypałem jedną, posypałem drugą, nawet nie tak dużo, no i spróbowałem - poczułem ogień w ustach. To było straszne. Płukałem i płukałem, i znowu płukałem, a wciąż paliło. Myślałem, że coś na trwale sobie uszkodziłem. Taka dość powszechnie zdarzająca się przygoda, ale przeżycie straszne.
Nasz mistrz nie narażał się na takie niespodzianki. On rano, w południe i wieczorem zajadał gotowaną przez siebie owsiankę na mleku, a potem na rower i do Lasku Bulońskiego. Przyszło jakieś święto, nie pamiętam - Boże Narodzenie czy Wielkanoc - mistrz postawił przede mną butelkę wódki. Nie zrozumiałem tego gestu, dopiero gdy kiedyś usłyszałem francuskie powiedzonko „soul comme un Polonais” zrozumiałem, że wierząc w mądrość ludowych przysłów, kochany mistrz chciał, żebym w święta poczuł się po polsku. Bardzo zdziwił się, gdy mu powiedziałem, że ja w zasadzie nie piję.
Jeszcze jeden dowód serdeczności Francuzów: odwiedziła nas, a właściwie mistrza, zaprzyjaźniona z nim młoda Francuzka, Denise Cresuelle, żona amerykańskiego żołnierza, który zakochał się w niej i pozostał w Paryżu. Mieli dwóch wspaniałych synków. W pewnym momencie Denise przybiegła z wiadomością o jakichś prześladowaniach Polaków-imigrantów. Kiedy sprawa przybrała dość ostrą formę, Denise zaproponowała mi schronienie w swoim domu. Wysiedlenie oczywiście mi nie groziło, bo przebywałem przecież legalnie na stypendium, ale bardzo ciepło odczułem ten gest.
Im dłużej przebywałem w towarzystwie Jeannereta, im dłużej ocierałem się o jego wielkich przyjaciół, tym zabawniejszy wydawał mi się mój strach przed „boskim” wyniosłym Guttem, a tym bardziej czułem szacunek i zaufanie do niego jako twórcy i pedagoga.