Wrastam w Paryż, już czuję jego atmosferę

Wędrówki po Paryżu nie ograniczały się tylko do muzeów.

Interesowało nas wszystko: ulica, jej nastrój, ludzie, ale głównie sztuka i jej twórcy: Picasso, Brancussi, Magnelli, Le Corbusier, których prace oglądaliśmy w galeriach. Interesowała nas architektura dawna i współczesna, staraliśmy się w miarę naszych skromnych środków być w teatrze, w kinie i na koncercie, zobaczyć i usłyszeć takich artystów jak: Jean Louis Barrault, Louis Jouvet, Jean Gabin, Yehudi Menuhin nawet Josephine Backer.

Po szoku po pierwszym przeżytym spotkaniu z Paryżem, zacząłem spokojniej przyglądać się nowemu otoczeniu. Nawet te odrażające początkowo plakaty stawały się sympatycznymi dowcipami (np. gigantycznych rozmiarów rysunki Jean Effela). Pojawiły się również duże plakaty partii komunistycznej, które tuż po ich rozklejeniu zaopatrywano w małe znaczki z karykaturą Stalina i napisem „Ici”. Takie polskie „a kuku”.

Ktoś ucharakteryzowany na Chaplina, wędrujący wśród przechodniów, nie wzbudzał żadnego zainteresowania, dopiero zgrabna dziewczyna, z zielonymi włosami, wywoływała nikły uśmiech na twarzy znudzonego „flique’a”. Na paryskiej ulicy wszystko było możliwe i nic nie budziło oburzenia czy dezaprobaty. Było tłoczno, gwarno - życie toczyło się na zewnątrz. Stoliki kawiarniane zajmowały całą szerokość chodników, wystawione na zewnątrz owoce i warzywa przydawały ulicom barwności, a szeroko otwarte wnętrza jatek zapraszały do środka czerwienią na tle bieli. Wszystko okraszone barwnymi szyldami. Witryny tak zróżnicowane, jak zróżnicowana była społeczność Paryża: od wielkich szyb na Champs Elisées, za którymi był np. jeden mały eksponat, oświetlony dzień i noc reflektorami - do małego, zatłoczonego okna sklepu ze specjalnym papierem w Quartier Latin, otwierającym swe zatęchłe wnętrze dwa razy w tygodniu.

Arc de Triomphe

paryskie hale - gdzie zaopatrywał się „brzuch” Paryża

Wiedzieliśmy, że potężny Paryż zaopatrują w te nieprawdopodobne ilości towarów paryskie hale.

Wybraliśmy się tam kiedyś bardzo wczesnym rankiem, kiedy ulice były niemal puste, a im bliżej hal tym więcej śmieci, fruwających papierów, uprzątanych wtedy jeszcze tradycyjnie miotłami. Ta ilość dziennych „odchodów” mówiła o skali molocha. Pamiętam hale jako wielką przestrzeń, wypełnioną niemal po dach towarem w workach, skrzyniach i rzędy załadowywanych i wyładowywanych ciężarówek. Wszystko w mgiełce unoszącego się kurzu i spalin, która była szczególnie widoczna w górze, na tle secesyjnej konstrukcji dachów w sączącym się świetle wschodzącego słońca. Ten widok sprawnie przeładowywanych mas w oprawie architektury pamiętającej czasy Napoleona III i Victora Hugo, sprawiały wrażenie czegoś pewnego, sprawdzonego, czemu można zaufać.

Oskar Hansen i Tadeusz Romanowski w paryskich halach

galerie - prawie dotykam płócien „wielkich” i nie tylko

Ciekawe były nasze wędrówki po galeriach. Różne galerie promowały różnych artystów. W jednej z galerii w Dzielnicy Łacińskiej można było zobaczyć płótna Joana Miró, również w tej dzielnicy, w galerii Duncan - obrazy Maxa Ernsta. Utkwiła mi w pamięci jego mała tempera “La Horde”. Malowana w chińskiej czerwieni, złożona forma na ultramarynowym tle. W tej konturowej, jednobarwnej formie, można było wyczytać na pierwszym planie postać, dalej malejące skrzydła. Po pół wieku pamiętam tę kompozycję. świadczyć to może, że zastosowano tu właściwe środki wyrazu. Siła nadrealistycznych kompozycji, polegająca najczęściej na braku logicznej spójności między anegdotą a realnością - życiem, tym razem polegała na dysonansie pomiędzy względną czytelnością anegdoty, a użytą kolorystyką.

U Meghta oglądało się Hartunga i Magnelliego, a w galerii Louise Leirise - Picassa.

Wyliczyłem tu galerie wybrane przez nas, starannie wyselekcjonowane z “morza” galerii, zarówno kiczów, jak i ciekawych debiutów, najczęściej niezauważanych, jeżeli nie wspieranych - jak to w życiu - przez wpływowych marszandów, czy też znaczących krytyków sztuki.

Ale oprócz tych zwiedzanych prywatnych galerii, różne muzea, uczelnie itp. organizowały cykle wykładów, dyskusji, opartych najczęściej o miejscową bazę, a więc o możliwość zobaczenia autentycznych eksponatów, filmów i filmów o dziełach sztuki, czy też spotkania z wielkimi artystami, w czym, jak już wspominałem, ochoczo uczestniczyliśmy.

Dla przykładu podaję jeden z programów wykładów w Muzeum Sztuki Współczesnej. Cykl: nowoczesne malarstwo francuskie:

Muzeum Condé w Chantilly to fantastyczna galeria dawnej sztuki. Zwiedzaliśmy to muzeum podczas wypadu do Beauvais - słynnego z gotyckiej katedry St.Pierre z XIII wieku, z historycznych racji, tej do dzisiaj nie skończonej świątyni. (XIII wiek,to nasilenie walki kościoła z opozycją, stąd uporczywe szukanie siły oddziaływania formy świątyni w kierunku średniowiecznego mistycyzmu, które wyrażało się w realizacji coraz węższych i wyższych wnetrz. Wielokrotnie wznoszona z gruzów, grzebiąca przy tym ofiary, do dziś nie jest ukończona.) Katedra była dla nas symbolem wyczerpania się środków tego narzędzia oddziaływania już w XIII wieku, zapowiadając w ten sposób konieczność jego ewolucji, by wreszcie zastąpić je całkiem inną formą w XV wieku, ale tym razem z ośrodkiem dyspozycyjnym we Florencji.

Właśnie dzieło wczesnego renesansu z muzeum Condé utkwiło mi szczególnie w pamięci. Był to obraz florentyńskiego malarza - Giotta “śmierć Matki Boskiej”. Malując go w czasie, kiedy waliły się sklepienia św. Piotra w Beauvais, jak gdyby przeczuwał, że nie tędy droga. Nie w pogłębianiu mistycznych kanonów średniowiecza, a w świecie materialnym należy szukać rozwiązań.

Ta pozornie swobodna kompozycja jest asymetrycznym układem rzeźbiarsko malowanych form, w którym piony i formy obłe, oraz wyrażny rytm jasnych postaci, “budują” poziomą formę Matki Boskiej. Walorowość rzeżbiarska malarstwa Giotta czyni je realnym w odbiorze - dotykalnym niemal. Ten głęboko ludzki, odpowiedzialny język Giotta, utkwił mi szczególnie mocno po wizycie w Beauvais.

Pamiętam jeszcze dzieło dojrzałego renesansu “Trzy gracje” Rafaela. Tym razem, chodzi o wydobycie piękna kobiecego aktu. W tym celu autor maluje jedną modelkę w trzech podobnych pozach, prowokując ruch. Jest to pozorne nawiązanie do ikonograficznej, osiowej kompozycji, ale w rezultacie to wybranie układu z chęci przeprowadzenia idei poznawczej w oparciu o znajomość naszego widzenia - oceny przez porównanie. Patrząc na całość kompozycji, mamy wrażenie ruchu, na skutek ciągłego porównywania różnych stron podobnego aktu. Układ symetryczny wymusza u obserwatora porównywanie jednej strony obrazu z drugą. Jedno jabłko “rozmawia” z dwoma, jedno ramię eksponuje mostek, drugie - pierś, zróżnicowane przenikanie nóg powoduje zróżnicowane formy prześwitów między aktami, ujawniając w ten sposób subtelności profili aktu, a pozioma linia wody w tle, zwraca uwagę na jego dolne partie. Kiedy wspominam ten obraz - jego poznawczy charakter, staje mi przed oczami twórczość Picassa, z tą różnicą, że to co pokazuje Rafael w trzech pozach, Picasso przekazuje w jednej formie.

Sztuka użytkowa, obok malarstwa i rzeźby, była częstym podmiotem ekspozycji w galeriach. Utkwiła mi w pamięci wystawa poświęcona numerowi specjalnemu pisma “ L’Architecture”, którą zwiedzałem wiosną 1949 r. w galerii której nazwy nie pamiętam. Wśród różnych systemów ekspozycji plansz (obrotowych, przyściennych, ekranowych, swobodnie mocowanych itp.) znalazłem wspaniały fotel, który mnie oczarował. Nazywał się chyba A1, a jego autorami byli Włosi. Jego urok polegał na “zaproszeniu” do wypoczynku. Duża powierzchnia niedosyconego formalnie siedziska w kolorze “butelkowym”, zawieszona za cztery naroża na ażurowym, stalowym stelażu w kolorze żółtym, czyniły z tego zestawu elementów plastyczo-rzeżbiarskie, a zarazem przyjazne, komfortowe tło dla siedzącego człowieka. Jest to dla mnie, jeden z najpiękniejszych mebli. Fotel ten widziałem jeszcze przy różnych okazjach, w różnych wariantach materiałowych i kolorystycznych. (We wnętrzach ekskluzywnych, siedzisko z brezentu było zastępowane skórą.) Ten pierwszy, moim zdaniem, był najpiękniejszy.

Muzeum Kamieni było dla mnie również galerią plastyki. Robiący wrażenie - czarny, wieloboczny, polerowany wspornik, wsparty na ugrowej strukturze kryształów, dominował nad swoim sąsiedztwem. Ta monumentalna “rzeźba”, to kwarc, a w szarym wnętrzu rozbitej, pomarańczowej czaszy - stalaktytowa pieczara, to kaladon. Liczne, obłe, wieloobwodowe formy, na zewnętrznych obwodach rozjaśnione i rozmieszczone w podobnych sytuacjach, powodowały wrażenie przemieszczania się, ruchu, to kwarc ”sferolityczny”. “ Czarne kwiaty” z wnętrzami w formie różnokolorowych kręgów, to Agat-Onyks. “Patrzące kamienie”, a może lepiej “rozbiegane oczy”, formy przedrzeźniające oczy - z soczewkami, tęczówkami i twardówkami, pojedyncze i podwójne, rozmieszczone swobodnie w podobnych sytuacjach, robiące wrażenie przemieszczania się, to Agat. Forma obła w kolorze szarym, robiąca wrażenie brudnej, na której są rozsiane drobne, delikatne, różowo-białe „kwiatki” - co to za kamień? Nie zapisałem. Było ich znacznie więcej, ale myślę, że ta informacja na tę okazję wystarczy.

książki - szukam wartości trwalszych

Najbardziej interesowały mnie książki, które dotyczyły fascynującej twórczości Picassa, oraz wszystkie te, które napisał Le Corbusier. W te pierwsze zaopatrywałem się w księgarni w Dzielnicy Łacińskiej, natomiast „białych kruków” (nie było ich na rynku) Corbusiera szukałem przez antykwariaty, które zawiadamiały mnie o znalezionych egzemplarzach.

Tak z sum zaoszczędzonych ze stypendium i pomocy finansowej Mamy i Zosi, skompletowałem niemal wszystkie książki twórcy współczesnej architektury.

Sekwana - jak rzeka może wpłynąć na oblicze miasta

Między innymi w poszukiwaniu książek, chodziłem często nad Sekwanę.

Sekwana to kręgosłup Paryża – stanowią razem nierozerwalną całość. Spacery wzdłuż brzegów Sekwany, czy też mostami w poprzek, ujawniały oblicza Paryża i należały do najbardziej przez nas lubianych i „edukujących”. Ta rzeka w mieście, przypominająca mi nieco Wilię płynącą przez Wilno na odcinku przed mostem nad Wilenką, dzięki szerokości swego koryta i lekkiemu łukowi nurtu, otwierała przed nami wielkie niebo. To wielkie niebo czuło się tu szczególnie, wobec braku nieba nad przyległymi ciasnymi ulicami miasta. Brzeg uformowany na dwóch poziomach, stwarzał nam możliwość różnego kontaktu z rzeką.

Taras górny, szeroki chodnik przyległej ulicy, ograniczony jest od strony rzeki niskim murkiem, na którym gospodarują bukiniści (kupiłem tam wiele cennych dla mnie książek). Korony drzew rosnących na dolnym tarasie, tworząc zielony baldachim nad tarasem górnym, eksponują prześwitującą przez konary jasność szerokiej rzeki. Ławki na dolnym tarasie, ustawione między drzewami, wzdłuż muru oporowego, dawały schronienie zakochanym i kloszardom, którzy w ciepłe dni, schodzili rano umyć się w rzece. Sam tego doświadczyłem, nocując kiedyś z konieczności na ławce nad Sekwaną. Do brzegów cumowały również mieszkalne barki z rozwieszoną na sznurkach, łopoczącą na wietrze, bielizną.

W różnych okresach historii, rozumiejąc znaczenie rzeki, sytuowano w stosunku do Sekwany niemal wszystko, co stanowi i dziś o obliczu Paryża. Od rozrzeźbionej bryły Notre Dame dominującej nad Ile de la Cité, poprzez równoległy do rzeki rozwój osi Louvreu: od trzynastowiecznej fortecy, poprzez dziewiętnastowieczny pałac Napoleona III, park Tuileries i plac de la Concorde, po osiową kompozycję, poprzeczną w stosunku do rzeki osiemnastowieczną Ecole Militaire i dziewiętnastowieczną Tour Eiffel i Palais de Chaillot.

Nastąpiło tu nawarstwienie widoków miasta o charakterze oficjalnym, społecznym, z miastem prywatnym, kameralnym, wzdłuż brzegów Sekwany. Powstał obraz miasta bardzo bogaty wielowarstwowo: nie izolacja, a przenikanie się Paryża dostojnego, reprezentacyjnego z Paryżem głęboko ludzkim. Nieco mniejsze znaczenie rzeki w strukturze miasta zauważyłem w Londynie, a nasza Warszawa jest wręcz do Wisły odwrócona tyłem.

Oskar Hansen z Kazimierzem Ostrowskim nad Sekwaną

Notre Dame - właściwa i niewłaściwa „reżyseria” średniowiecznego spektaklu

Chodząc wokół i oglądając Notre Dame, uświadomiłem sobie, że nie jest to odbiór taki, jaki założyli jej twórcy. Wydobyto katedrę jako przedmiot z jej średniowiecznej obudowy, wyburzając zabudowę od strony rzeki (L’Acheveché i Hotel Dieu) i powiększając plac du Parvis Notre Dame.

Spowodowało to zupełnie odmienne od średniowiecznej semantyki postrzeganie katedry. Odnalazłem jednak drogę, która dawała, jak mi się zdawało, namiastkę właściwego odbioru. Dochodząc wąską uliczką od strony północnej (Cloitre Notre Dame) zobaczyłem zaledwie wąski fragment ściany budowli, który poszerzał się w miarę zbliżania. Kiedy wyszedłem z uliczki znalazłem się tuż przed potężną ścianą, której nie mogłem objąć wzrokiem.

Byłem przytłoczony masą budowli, rozczłonkowanej niezliczonymi pionami spadających ku ziemi przypór, a gdy spojrzałem w górę zobaczyłem niebo najeżone pinaklami, groźnymi potworami - rzygaczami, diabelskimi maszkaronami.

Tak przeniesiony w rzeczywistość średniowieczną, zrozumiałem, ile odwagi i przekonania o słuszności własnych idei, musieli mieć ci, którzy przeciwstawili się tej potędze. Zrozumiałem też, ile w tej budowli było mądrości twórców, którzy chcieli wywołać strach przed niepojętym, nieogarnionym, a co najważniejsze - groźnym; przerażać potęgą, zmuszać do posłuszeństwa, przeciwdziałać tendencjom reformatorskim - heretyckim. W tym działaniu najważniejszą rolę grała reżyseria odbioru: zaskoczenie przez nagłe ujawnienie potęgi, dzięki ciasnej dookolnej obudowie katedry. Zachowanie (rekonstrukcja) obudowy przekazałoby prawdę historyczną i wzbudziło nasz szacunek dla mistrzostwa dawnych „reżyserów”.

Jeżeli spoglądamy dziś na Notre Dame z pozycji sugerowanej przez przewodniki turystyczne, tzn. z drugiego brzegu Sekwany,zobaczymy całą jej bryłę na tarasie rzeki, jak wyjętą z przestrzennego kontekstu makietę, jak przycisk na biurku - zamiast dominanty, ale osadzonej w miąższu średniowiecznego miasta. Tak potraktowana historia przekazuje nam, współczesnym, urodę, lekkość i czystość konstrukcji, a zaciera sens przekazu twórców: człowiek jest pyłkiem, ma się bać, być posłuszny, wielbić, nie wiedząc, czy jest chociaż postrzegany.

Tam, pod Notre Dame zrozumiałem ostatecznie przestrzenną reakcję humanistycznego renesansu na mistycyzm gotyku. Tam też zrozumiałem, jak skutecznym środkiem oddziaływania jest architektura - m.in. dekoracjonizm socrealizmu, walczący o poklask „ludowych mas”. W porównaniu z działalnością „zabytkowiczów” francuskich, jestem pełen uznania dla ludzi odbudowujących nasze warszawskie Stare Miasto.

Dzięki przywróceniu całego układu możemy podziwiać gotycką katedrę we właściwym kontekście przestrzennym i z bliska, i z daleka, w sylwetce miasta. A i sama architektura katedry warszawskiej, jak większości innych w Polsce, jest prostsza, (co tłumaczymy na ogół różnicą w technologii: tam kamień, tu cegła). Ale ta architektura nie wywoływała takich stresów, bo z dala od centrum władzy kościelnej, była bardziej tolerancyjna, podobnie jak całe społeczeństwo tego obrzeża Europy. Nasuwa mi się tu refleksja: architektura kościołów stawała się agresywna w okresach zagrożeń. Gotyk straszył mistycyzmem w obronie przed średniowieczną herezją, barok przepychem przed reformacją, a np. w Polsce lat 70 i 80 ekspansją mnogich, postmodernistycznych świątyń, dla wyeksponowania swej obecności wobec ateizującego się społeczeństwa.

Wracając do francuskiego gotyku - jego mistyczny charakter zachował się najlepiej we wnętrzach katedr i kościołów mniej zmienionych, niż ich wyraz zewnętrzny (chociaż i w niektórych wnętrzach zmieniano z czasem nastrój - rozjaśniając witraże, zmieniając ołtarze, malowidła itp.).

W czasie naszej z Leszkiem wędrówki po środkowej i południowej Francji, zobaczyłem prawie wszystkie ważniejsze kościoły, w tym głównie gotyckie. We wszystkich autentycznych, nie przerabianych wnętrzach gotyckich świątyń, odczuwałem podziw dla mistrzostwa budowniczych i jak mówiłem, reżyserów nastroju. Miałem odczucie znikomości człowieka wobec potęgi Boga: niebosiężne, ostrołukowe sklepienia, poświata sącząca się przez niewielkie szybki kolorowych witraży, odrealniały wnętrze ciemne, nieczytelne, rozmyte w trzech lub pięciu nawach. Nie można było w takim wnętrzu czuć się pogodnie i bezpiecznie. Warto tu wspomnieć o sakralnym, „gotyckim” malarstwie Georgesa Rouaulta, które może być interesujące tylko dla kogoś, kto nie przeżył nastroju np. St. Chapelle. Można coś interpretować tylko wtedy, kiedy interpretacja jest lepsza niż pierwowzór i nie zatraca sensu pierwowzoru.

Gotyk będzie wracał jeszcze wielokrotnie w moich wspomnieniach - w czasie moich wędrówek po Francji i po Norwegii, gdzie, wydaje mi się znalazłem źródło jego inspiracji.