Charlotte Periand

Moje wędrówki po Paryżu odbywały się tylko w soboty i niedziele. Pozostałe dni spędzałem w pracowniach przy desce kreślarskiej lub przy sztalugach. Zdarzały się jednak czasem niespodzianki.

Kiedyś, na początku mojego pobytu w pracowni Jeannereta zostałem zaproszony przez Blanchona na wielki obiad. Dochodziła godz. 20 i mistrz dał sygnał do wyjścia. Szliśmy pieszo gadając o pięknie i brzydocie, i o tym co jeszcze warto w Paryżu zobaczyć. Po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu, no, prawie na miejscu, bo Blanchon mieszkał na VI czy VII piętrze. Myślałem, że pojedziemy windą, ale mój szef już ”sadził” na górę po kilka stopni na raz. Każdą okazję wykorzystywał dla poprawienia kondycji. Dzwonimy.

Otwiera nam...., o dziwo, Jerzy Sołtan. Dla mnie wspaniała niespodzianka. Jest oczywiście także Blanchon. W mieszkaniu tym była niegdyś mieszkanio-pracownia Charlotte Periand, zaprzyjaźnionej z moim szefem słynnej wnętrzarki, współpracowniczki m.in. Le Corbusiera. Blanchon to mieszkanie od niej odkupił. Tak jak Le Corbusier - architekt, tak Periand - wnętrzarka, była wówczas wzorem współczesnego twórcy: wydobywanie właściwości materiałów, charakteryzowanie ich przez zestawienia, np. słojów drewna, czy plecionki z płaszczyznami bezkierunkowymi, prostota form i dużo, dużo z tradycji japońskiej: przesuwane ekrany, jednobarwne tkaniny, bambus, (często gięty), dużo bieli itd. Najlepiej jednak będzie, jak opowiem o tym wnętrzu, do którego właśnie weszliśmy.

Po raz pierwszy widziałem nowoczesne wnętrze mieszkalne, zrealizowane w każdym szczególe według myśli tak wysokiego lotu projektanta. Mieszkanie, a właściwie mieszkanko, składało się z pokoju jadalno-mieszkalnego, małej kuchenki, sanitariatów i sypialni. Pokój, do którego nas wprowadzono, był podłużny. Sufit stanowił pochyły, łamany stropodach. Wzdłużna ściana zewnętrzna, mojej wysokości, a więc ca 1,75 m, miała kolor ciemno-zielony, ściana przeciwległa, znacznie wyższa (ok. 2,5 m), w której były drzwi do kuchni, sanitariatów i sypialni, była biała, a na niej malarstwo Le Corbusiera i ogromna fotografia na wypukłym ekranie, przyklejona „na spad”. Pod fotografią - niska półka na książki, o przemiennym rytmie elementów pionowych, a na niej piękna ceramika. Wnętrze przymykała szczytowa ściana w kształcie trapezu, o złamanym jednym boku, w kolorze ciemnego brązu.

Ściana była tłem dla trzyelementowej kompozycji: na niskim (około 1 m), również ciemnobrązowym cokole stały: kubistyczna rzeźba Lipschitza (ok. 60 cm), reflektor, kawałek jakiejś morskiej skamienieliny - trzy kontrastowe formy: unikalne dzieło sztuki, forma przemysłowa i struktura biologiczna, definiowały się nawzajem plastycznie. Wśród tych trzech, najsilniejsza była forma rzeźby, przeważająca lewą stronę kompozycji. Dla jej zrównoważenia, w prawym górnym rogu cokołu, zrobiona była prostokątna wnęka, która poza przywróceniem kompozycji równowagi, charakteryzowała swą prostą geometrią inne formy układu. Szeroki, ciemnoniebieski pas na stropie, przylegający do brązowej ściany, stanowił integralny element tej kompozycji. Hantle wiszące przy niebieskim pasie, obok białej ściany, urozmaicały formalnie wnętrze i informowały o kondycji gospodarza. Całość oświetlały świetliki umieszczone w poziomej części stropodachu.

Kwintesencją charakteru twórczości Charlotte Periand był stół. Stół, przy którym nas posadzono, oszołomił mnie. Był to nieregularny, siedmioboczny blat z drewna, grubości ok. 10 cm, oparty na trzech grubych, prostych, toczonych nogach, z lekkim spadkiem powierzchni do środka, gdzie znajdował się otwór, a pod nim podwieszone naczynie, co „kanalizowało” blat w razie rozlania czegoś i ułatwiało jego mycie. Boki blatu były lekko wklęsłe, zapraszające. Lapidarność formy stołu - gruby, lekko zarzeźbiony blat, podparty trzema prostymi nogami, wszystko w pięknych proporcjach, czyniła z tego przedmiotu prawdziwe dzieło sztuki. Siedzieliśmy na drewnianych krzesłach, z prosto toczonych elementów i pięknej plecionki.

Wnętrze było piękne, a obiad chociaż nie tak wielki jak się spodziewałem, również ciekawy, bo bardzo francuski: zimne zakąski, chleb i wino. Potem był befsztyk, frytki i sałata, wreszcie owoce, sery, kawa, papierosy. Blanchon z nogami na stole, co okazało się nie tylko amerykańskim obyczajem, my w błogim nastroju sytości i odprężenia, miło gawędząc, dotrwaliśmy do północy i był to już najwyższy czas pożegnać się, bo metro chodziło tylko do 1 w nocy.

Po drodze spotkaliśmy o dziwo mego drugiego mistrza, Legera.

Wracałem razem z Jerzym Sołtanem, z którym mieszkałem w jednej dzielnicy. Mówił mi, że już pracuje z Corbusierem nad urbanistyką, o ile pamiętam, Izmiru.