kosz 4: śmieci

Głównym terenem naszych odkryć było Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Mieściło się w alei Wilsona pomiędzy placem de l’Alma z pomnikiem Mickiewicza, a placem D’Jéna. Na początku mojej edukacji plastycznej w Paryżu o sztuce współczesnej miałem bardzo ograniczone pojęcie. „Teoria widzenia” Strzemiñskiego, niezależnie od tego na ile okazywała się uniwersalna, pozwalała odbierać poszczególne dzieła w określonym porządku, dostrzegać różnice, porównywać. Wyłaniane tą drogą kierunki, grupy artystyczne ze swymi liderami, czyniły ekspozycję coraz przejrzystszą. Oczywiście najbardziej interesowały nas dzieła liderów, tych którzy stawiali pierwsze kroki w jakimś kierunku. Wgłębiając się w ich twórczość mieliśmy nadzieję zrozumieć rozwiązywany przez nich problem plastyczny, jak i cały proces twórczy. W tym celu wymyśliłem moje „koszyki”, w oparciu o które analizowałem widziane prace.

Wtem na szerokim tle twórczych poszukiwañ współczesnego malarstwa pojawiło się coś, co nas przykro zaskoczyło. Były to obrazy członków Partii Komunistycznej. Dotąd komunistów - twórców kojarzyłem sobie z moim mistrzem Legerem, Picassem, Eluardem, Aragonem, Sartrem. A tu takie obrzydlistwo - olbrzymie, straszne w formie socrealistyczne kicze Taslickiego i innych jemu podobnych, z ich liderem Fougeronem na czele. Był to kubeł zimnej wody na moją bezpartyjną wprawdzie, ale czerwoną głowę. Wtedy zrozumiałem, że idea komunizmu to całkiem coś innego, niż przewrotne wcielenie jej w życie przez partie komunistyczne, tak jak różna jest pierwotna idea chrześcijañstwa od tej wcielanej w życie przez Kościół.

Wtedy też uwierzyłem w dochodzące nas pogłoski o konflikcie między Picassem a Partią. Wtedy też zrozumiałem, że nie potrafiłbym być sterowanym człowiekiem jakiejkolwiek partii, wiedząc, że nie ma idealnej. Przestałem wierzyć w bezwzględne dobro ludzkiej natury, niepodatnej na pokusy kariery, profitów itd.

To spotkanie z kiczem, z prawdziwymi dziełami sztuki w tle, spowodowało powstanie koszyka „śmieci” w moim magazynie wiedzy o sztuce. Uważałem, że jest on pożyteczny dla uwydatnienia wartości, w moim zrozumieniu, sztuki prawdziwej. Kiedy przeszliśmy do sali, w której było parę płócien Picassa, kiedy zobaczyłem monumentalny, czasoprzestrzenny, leżący akt, silnie zgeometryzowany, cały w szarościach i fioletach, wtedy jeszcze bardziej doceniłem wielkość Mistrza, który mimo bezspornych politycznych nacisków partii, pozostał wierny sztuce.

Fougeron, który miał przecież za sobą inną przeszłość malarską, nie oparł się presji. Może był za mały, a może po prostu - karierowicz.

Obok obrazów Picassa wisiały dwa żałosne naśladownictwa Edouarda Pignona, które bez wahania wrzuciłbym do wspomnianego koszyka „śmieci”.

Przydał mi się ten kosz również wtedy, kiedy zetknąłem się z twórczością Bernarda Buffeta, nieszczęśliwego laureata Nagrody Krytyki Sztuki; nieszczęśliwego, bo podobnie jak wielu innych zdolnych twórców, słabych psychicznie, potrafił zniszczyć swój sukces. Nagrodę otrzymał za ekspresyjny obraz „Ukrzyżowanego”, obraz malowany w szarościach o przesadnie wydłużonej formie, przypominający wyrazowo Chrystusa Grunewalda. Tuż po wojnie pamięć zniszczeń, zgliszcz, śmierci... krytycy uznali, że obraz oddaje atmosferę czasów... i dali nagrodę. Biedny, bo zdolny, ale mało odporny na sukces Buffet, od tego czasu we wszystkim co malował powtarzał fragmenty, nastrój nagrodzonego obrazu - czy to był widelec, portret, czy obrazy historyczne z Jeanne d’Arc.

Mało tego, laureat założył własną szkołę i „produkował” małych „Buffecików” malujących pod mistrza.