Le Corbusier
Teraz nieco inne przeżycie, które zawdzięczam Jeanneretowi. Zdarzyło się to 12 kwietnia 1949 r. w dzień moich 27 urodzin. Mistrz zaproponował mi prezent - wizytę u le Corbusiera. Trudno wyobrazić sobie moje podniecenie: mieszane uczucie szczęścia i niepokoju. Było to ogromne zaskoczenie. Dotychczas do takich wizyt i spotkań z ludźmi, na których mi szczególnie zależało, od których chciałem się jak najwięcej dowiedzieć, do takich wizyt starannie się przygotowywałem, żeby nie zaprzepaścić szansy kontaktu na poziomie jak najbardziej poznawczym.
Ale teraz, co miałem robić? Nie pójść - byłoby przykro mojemu mistrzowi, a poza tym taka szansa mogła się już nie powtórzyć.
Tak więc tego pamiętnego 12 kwietnia winda niosła nas na VII piętro przeszklonej „plomby” projektu spółki le Corbusier - Pierre Jeanneret z 1933 r. Wysiedliśmy na podłużnej galerii- podeście i mieliśmy do wyboru troje drzwi. Jeanneret wyjaśnił: pierwsze na lewo prowadzą do kuchni, te po przeciwległej stronie do izolatki mistrza, a wejdziemy przez te obok. Tak to z uczuciem radości, ale i niepokoju, a przede wszystkim zaciekawienia, znalazłem się oko w oko z twórcą współczesnej architektury, wielkim Le Corbusierem. Szczupły, niewysoki , choć nieco wyższy od niewielkiego Jeannereta, twarz zdominowana przez okulary w wielkiej czarnej oprawie.
Weszliśmy do przestrzeni holu wejściowego. Z lewej strony rzeźbiarsko uformowane betonowe schody prowadzące gdzieś na górę, z gładkimi, połyskliwymi stopniami, z prawej wnęka na garderobę, na wprost, na poprzecznej osi jednoprzestrzenne jasne wnętrze. Stojąc w lekkim półmroku, czuliśmy pionowe światło schodów, współgrające z poziomym oświetleniem całego wnętrza. światło mieliśmy przed sobą i po obu końcach wzdłużnej osi. Wodząc wzrokiem od prawej ku lewej stronie, zachwycałem się panoramą tego wnętrza. Dwa potężne ekrany, każdy osadzony asymetrycznie na jednej osi przymykały to, czego gospodarz nie chciał pokazać przybyszom z zewnątrz, eksponując to, co pokazać chciał. Z prawej strony widziało się intrygujący fragment pracowni, a z lewej, poprzez aneks wypoczynkowy, wysłany „dywanem” z czarno-białych cielęcych skór, zespół jadalny z fotelami, podłużnym, opartym na dwóch nogach stołem, ustawionym prostopadle do światła, otoczonym zespołem plecionych siedzisk. Atmosfera wnętrza przypominała atmosferę wnętrza Charlotty Periand, w którym, jak wspomniałem, podejmował nas sekretarz Jeannereta, Blanchon.
Tu jednak przestrzeń była większa, a moje wrażenia silniejsze.
Uświadomiłem sobie, że oto widzę nowy świat, stworzony przez inne relacje przestrzenne.
Zachwycałem się syntetycznością, jednoznacznością form i kompozycyjną klarownością ich zestawień: źródło światła to nie okno, a przeszklona płaszczyzna, białe, beczkowe sklepienia dające światło odbite, granice „domu” to żywe ściany z kamienia i ekrany eksponujące obrazy, obszar mieszkalny to ciągła posadzka z modularnych kwadratów. Ogólne wrażenia ciągłości, jakby jednoprzestrzenność „domu”.
Usiedliśmy przy tym dwunożnym stole jadalni: po lewej Gospodarz, z prawej Jeanneret, dalej jakiś starszy pan, Szwajcar i jedyna osoba paląca papierosy - Gospodyni. Mnie posadzono od szczytu, twarzą do światła (ale nie czułem się jak podsądny). Koło nas kręcił się stróż tego domu, długowłosy jamnik.
Dzięki mojej pozycji zauważyłem natychmiast witraż, interpretację obrazu Mondriana, osadzony w kwadratowej wnęce-gablocie, a wszystko wmontowane na poziomie stołu w szklany ekran. W tej wnęce leżał kawał kryształu, który w zależności od położenia słońca różnie się zabarwiał - taki słoneczny zegar, który różnym zabarwieniem i zmieniającymi się odblaskami na ścianie, stole czy posadzce, informował barwą o przemijaniu czasu. Lampa nad stołem, jajowatego kształtu, osadzona była na długim, wystającym ze ściany wsporniku. Na zewnątrz, wzdłuż całej przeszklonej ściany biegł balkon.
Poczęstowano nas kawą z jakimś alkoholem. Le Corbusier nie inicjował dyskusji, odpowiadał zdawkowo. Rozmawiano o polityce, o ciągle zmieniających się we Francji rządach. Ja, chcąc zabłysnąć, powiedziałem, że miarą jakości polityka jest wymiar czasu, w którym potrafi zrealizować myśl, którą głosi. Nieszczęściem jest, kiedy tą ideą jest np. faszyzm, a szczęściem kiedy jest to demokracja. Na to Szwajcar, że teraz na ogół politycy na wszelki wypadek siedzą na dwóch ideologicznych stołkach. Wtedy, uśmiechając się, Le Corbusier powiedział, że taka pozycja może być wygodna, ale i niebezpieczna, bo grozi upadkiem i po chwili dodał, że są momenty kiedy trzeba milczeć. Nie bardzo rozumiałem kontekstu końca tej wypowiedzi z całą rozmową. Nie byłem dostatecznie zorientowany w aktualnej polityce francuskiej. A może miało to podtekst związany z zaangażowaniem (o ile wiem) Le Corbusiera we francuskiej partii komunistycznej i jego już wtedy wątpliwościach. W każdym razie tę wypowiedź pamiętałem po powrocie do kraju.
Po jakimś czasie, przepraszając gości, zabrał mnie Le Corbusier do pracowni. Po drodze pokazywał swoje pierwsze obrazy, a szczególnie wiszący przy schodach, komentując, że ten poszerza wnętrze. Żeby mnie o tym przekonać zdjął obraz i oczywiście powstała nowa sytuacja przestrzenna. Le Corbusier określił to puste miejsce jako martwe, a obraz je uprzestrzennia. Ja odczytałem to inaczej. Uważałem, że ten obraz (zbliżony zresztą nieco wyrazem do kubistycznych kompozycji Legera, których kilka wisiało w tym wnętrzu)nie uprzestrzenniał ściany, a ożywiał ją. Dla mnie była to różnica zasadnicza. Zadałem sobie wtedy pytanie, na które odpowiadałem przez całe moje tzw. twórcze życie: czy martwą ścianę, czy oczekującą niezapełnioną formalnie przestrzeń należy „ożywić” przedmiotami, obrazami? Czy treścią wnętrza mieszkania współczesnej rodziny, czy treścią przestrzeni współczesnego społeczeństwa mają być ożywiające je przedmioty? Ich dyktat? Czy nie należy ten charakter współczesnej architektury - oczekujące ekrany, potraktować jako tła eksponujące zdarzenia współczesnego życia? Tu chyba zaczęła kiełkować moja myśl, sprecyzowana później jako idea Formy Otwartej, podobnie jak doświadczenie Jeannereta z klockami, była zaczątkiem programu kształcenia w dziedzinie struktur wizualnych, jak wizyta u Picassa, która natchnęła mnie wiarą w możliwości odkryć - postępu w malarstwie. (Co to „twórcy i epigoni?”)
Kontakt z wielką twórczością może mieć dwojaki skutek- albo epigonizm, albo budzenie postępu. Zdawałem sobie z tego sprawę i myślę, że to co robiłem później było, mam nadzieję, tym drugim.
W dalszej wędrówce po apartamencie weszliśmy do pracowni. Tam pod kamienną ścianą stała sztaluga, na niej rozpoczęty obraz, a na podłodze kilka płócien odwróconych „plecami”. Parę z nich mistrz mi pokazał, natomiast o pozostałych powiedział mi uśmiechając się, że są mokre i pokaże mi je następnym razem, a teraz zobaczę coś innego. I zobaczyłem - projekt gobelinu, na który, już wcześniej zerknąłem. Szczerze mówiąc zrobiło mi się przykro, że i On dał się opętać komercjalnej histerii. On twórca „białych domów” z mego dziecięcego snu, współtwórca architektonicznego „puryzmu”. Nie zgadzała mi się relacja pomiędzy humanistycznymi hasłami Le Corbusiera, a przedmiotową rolą plastyki we wnętrzu jego mieszkania. W Pawilonie Szwajcarskim malarstwo ścienne podejmowało próbę rozwijania ściany jako tła „zdarzeń” i to było moim zdaniem „TO”. Tu, w jego mieszkaniu,. dekorowanie - bo taki charakter miał i projekt gobelinu, i „purystyczne” malarstwo, i agresywny sposób jego eksponowania, czyniło z tych przedmiotów podmioty, strefę obsługiwaną, a nie obsługującą ludzi, żyjących w tym wnętrzu.
Agresywność tych przedmiotów - dzieł sztuki nasycała formalnie wnętrze na tyle, że nikła w zestawieniu siła form postaci ludzkich - zamieniała się w tło tych dzieł, zamiast stanowić podmiot wnętrza. Wnętrze miało charakter galerii sztuki, gdzie taka odwrotna zależność jest uzasadniona (choć nie zawsze).
Wszystkie te spostrzeżenia otwarły później przede mną możliwości, wydaje mi się, właściwszego formowania otoczenia jako tła dla człowieka. Kiedy wciąż jeszcze myślałem o gobelinie, Le Corbusier wyciągnął płaską szufladę, w której znajdowały się (chyba miedziane) zarysowane rylcem płytki. Niestety, nie pokazał mi odbitek, a oglądając te małe, żmudnie wypełnione cienkimi liniami płytki, trudno było mi odczytać ich kompozycyjną zawartość, tym bardziej, że oglądając po raz pierwszy miedziorytowe negatywy, cała moja uwaga skupiła się na ich stronie technicznej, ich rzemieślniczej doskonałości. Zdałem sobie sprawę, z zegarmistrzowskiej precyzji, odpowiedzialności od wielkiej do najmniejszej skali, jaka cechuje twórczość Le C. Ale to „dopinanie dzieł”, zamykanie się przed spontanicznością, wydawało się trochę męczące.
Jeanneret zaproponował mi obejrzenie górnej kondygnacji. Wchodziliśmy z zacienionej przestrzeni holu po jasnych stopniach schodów, prowadzeni wpadającym od góry światłem. Piękna, spiralna linia schodów niemal unosiła nas ku światłu. I rzeczywiście, kiedy znalazłem się na górze, dominowało nad nami niebo zdopingowane dalekim krajobrazem. Był tam mały tarasik, obudowany wysoką, pełną balustradą i małe pomieszczenie - gościnne. Ta mikroskala przestrzeni architektonicznej, zestawiona czytelnie z bezmiarem nieba, (chaos miasta wyeliminowała optycznie wysoka balustrada), dawało fantastyczny emocjonalny rezultat, dawało świadectwo arcymistrzostwa sztuki czasoprzestrzeni Le Corbusiera.
Kiedy zeszliśmy z tarasu, zauważyłem stojącą na półce ikonę, a obok bambusową popielniczkę, przywiezioną jak powiedział mistrz, z Moskwy. Prosił mnie o odczytanie znajdującego się na niej tekstu. Był tak wytarty, że nie potrafiłem go odszyfrować. Przypuszczam, że ta półka była miejscem pamiątek działalności w Związku Radzieckim z czasów budowy Centrosojuzu w Moskwie, czy też konkursu na Pałac Sowietów. Tuż przed wyjściem pokazał nam jeszcze Le C. serię zdjęć z realizacji bloku marsylskiego. (Przedtem widziałem na ten temat film.)
Byłem pod wielkim wrażeniem śmiałości koncepcji, nowatorstwa jej idei, skali i sposobu formowania. To wielki, genialny artysta! (Zaliczam go do pierwszego koszyka „czwarty wymiar”, oraz do drugiego „poszukiwania malarskie”.)
Tak kończy się nasza wizyta. Żegnamy się z Gospodynią, zjeżdżamy we trzech na dół, ja się żegnam, a Le C. i Jeanneret jadą zobaczyć “brises soleil” w Armii Zbawienia (w których i ja mam swój niewielki udział).