widowiska: filmy, koncerty

W miarę możliwości naszych skąpo zasilanych stypendiami kieszeni usiłowaliśmy, jak już wspominałem, zobaczyć coś poza sztuką plastyczną. Staraliśmy się chodzić na widowiska, filmy, koncerty. Było tego tak niewiele, że pamiętam je do dziś doskonale.

filmy o sztuce

Obejrzałem chyba ze trzy razy „Antrakt” René Claira, z coraz większym zainteresowaniem i uznaniem dla wielkiego twórcy. Ponury temat w zestawieniu z farsową formą, zaskakujące sytuacje, nieprawdopodobne gagi - czysty surrealizm z uśmiechniętą twarzą.

Następny surrealistyczny dreszczowiec - „Pies andaluzyjski”: zestawienie oka w ogromnym powiększeniu z ostrzem brzytwy, chodzący, włochaty fortepian (w klimacie obrazów Maxa Ernsta), niecodzienny widok z góry wybrukowanej ulicy - jak u Chirica czy Magritte’a z postaciami z obrazów Delvaux.

A potem filmy o twórczości różnych znakomitości: np. o pobycie Legera w Ameryce i prezentacja jego dzieł. W tym kolorowym filmie radość bijącą z obrazów podkreślono wzmożoną intensywnością barw jego kompozycji.

Twórczości Caldera, której główną cechą jest czasoprzestrzenność jego mobili, technika filmowa sprzyjała szczególnie. Podobnie sprzyjająca była technika filmowa dla marsylskiego bloku Le Corbusiera. Film dopingował czasoprzestrzenne cechy kompozycji obiektu. Szczególnie najazdy i przejazdy kamery przez słupową przestrzeń parteru, deformowanie rzeczywistości dla wyolbrzymiania bliskich planów i wydłużania dalekich - te kontrastowe zestawienia ujawniły emocjonalny kontakt z czasoprzestrzenią architektury. „Oczy, które nie widzą” właśnie w ten sposób mogłyby być otwierane, dzięki takim filmom.

Takie na razie były moje kontakty z Wielkimi paryskiej sztuki. A na codzień mieliśmy kontakt ze wspaniałym Paryżem, który chłonęliśmy z Leszkiem wszystkimi porami.

aktorzy

Jean Louis Barrault

Jean Luis Barraulta zobaczyłem po raz pierwszy w Alliance Française, gdzie szlifowałem moją francuszczyznę. Organizowano tam co jakiś czas spotkania ze słynnymi ludźmi. W oznaczonym terminie spotkania sala była pełna. Czas mijał, a oczekiwanego bohatera nie było. Minął kwadrans, dwadzieścia minut - wreszcie niemal bezszelestnie pojawia się. Zrzucił płaszcz i usiadł przy stoliku przeznaczonym dla prelegentów. Ubrany był w czarny sweter, który wyeksponował twarz i ręce. Siedział nieruchomo, a za chwilę gestami rąk i mimiką „mówił” nam jak jest mu przykro, że się spóźnił, że nie mógł wcześniej wyjść z teatru, gdzie przygotowuje inscenizację „Hamleta”, że nas przeprasza i przeprasza również serdecznie za to, że musi wracać do teatru, gdzie trwa próba, chociaż sercem jest z nami i ma nadzieję, że go zrozumieliśmy i wybaczymy mu. Wszystko to genialny mim zakomunikował nam bez użycia jednego słowa. Na tym spotkaniu byłem sam. Leszek do Alliance Française nie uczęszczał. Kiedy opowiedziałem mu o tym wspaniałym spotkaniu, postanowiliśmy pójść do teatru Marigny na tego mimicznego „Hamleta”. Było to w grudniu 48 r. Zapłaciliśmy dużo za bilety, ale chcieliśmy mieć dobre miejsca. I nie żałowaliśmy. Barrault nie wypowiedział ani jednego słowa, a wszystko było jaśniejsze, głębsze, a równocześnie bliższe, niż widziane dotąd oratorskie Hamlety. Przejęliśmy się tą grą tak bardzo, że postanowiliśmy pójść jeszcze raz, żeby przekonać się, w jakim stopniu jego gra jest improwizacją, a w jakim jest „matematyczną” dyscypliną. Okazało się, że ta spontaniczna w wyrazie swoboda ruchów, jest precyzyjnie wystudiowana. Oszołomiło nas to precyzyjne powtórzenie pierwszego spektaklu. Wielka sztuka nie znosi improwizacji, przypadków. Wracając do domu wspominałem pierwsze spotkanie z wielkim mimem i byłem pewny, że i jego spóźnienie w Alliance Française nie było przypadkowe. Był to jeszcze jeden temat do przekazania.

Louis Jouvet

Po zachwycie nad J. L. Barraultem postanowiliśmy zobaczyć drugiego wielkiego - Louis Jouveta, którego widzieliśmy w kilku filmach w Polsce. Kupiliśmy bilety na „Skąpca” granego w teatrze Moliera. Jouvet był dobry, ale nie wydawał nam się lepszy niż w filmie. Głównie przeżywaliśmy nie grę, ale możliwość zobaczenia tego wielkiego człowieka „na żywo”, na scenie. W tym okresie Jouvet już ciężko chorował.

Jean Gabin

Był to nasz ukochany aktor. Taki swój chłop. Wybraliśmy się do teatru L’Ambassadeur. Nie pamiętam już jaka to miała być sztuka.

Wnętrze teatru, a także publiczność robiły wyjątkowo ekskluzywne wrażenie. Zgasły światła, a tylko przed oświetloną kurtyną pojawił się sam Gabin. Robił wrażenie podnieconego. Po chwili milczenia, zaintrygowanej publiczności, w kompletnej ciszy, zakomunikował, że dziś przedstawienie nie odbędzie się, za co serdecznie przeprasza, ale musi natychmiast jechać na farmę, ponieważ dostał wiadomość, że cieli się jego ukochana krowa. Może to też był trick reklamowy? W każdym razie publiczność zareagowała entuzjastycznymi brawami i okrzykami z najlepszymi życzeniami.

Carmen Amaye

8 stycznia 1949 r. (dotąd jeszcze pozostał mi bilet) wybraliśmy się z Leszkiem na koncert tańca hiszpańskiego w wykonaniu słynnego zespołu Carmen Amaye. Dźwięki kastanietów, zagęszczony stukot butów tancerzy, wdzięczna, nieco gołębia sztywność sylwetek tańczących, gdzie dynamika ruchów tancerek podkreślona powiewnością i barwnością stroju była dopingowana czernią stroju i powściągliwością ruchów tancerzy. Wszystko to tworzyło wyjątkowy, dla nas całkiem nowy spektakl, wyjątkowe źródło inspiracji plastycznej.

Josephine Baker

Nie mogliśmy również odmówić sobie pójścia do Folie Bergére ponieważ występowała tam wciąż jeszcze sławna Josephine Baker. Publiczność inna niż w L’Ambassadeur - bardziej swojska. Rewia. Wszystkie chwyty dozwolone, aby tylko było jak najbardziej oszałamiająco. Oczywiście schody, na schodach schody i schodki, a na tym tle dużo ruszającego się pierza i błyskotek. J. B. to również dużo, dużo piór i legenda. Był także kankan w czarnych pończochach, co natychmiast przywołało obrazy Degasa i Lautreca. W sumie nie podobało mi się, ale trzeba było to zobaczyć.

opera

Opera - zatrzymano mnie na schodach. Byłem bez krawata.

Grand Guignol

Spodziewałem się zobaczyć, to co zobaczyłem. Nieduże pomieszczenie. Widzów około pół setki: turyści i kolorowa młodzież. Przedstawienie było ciągiem gagów w typie Flipa i Flapa skrzyżowanych ze sztuczkami cyrkowymi i z obrzucaniem się jajkami, mąką, tortami, pierzem itp. Najsilniejsze wrażenia to fontanna „krwi” z „przebitego” brzucha, obcięte głowy itd., itd. Cieszę się, że to widziałem i nie muszę drugi raz.

pokaz seksu

Dostałem bilet od kumpla ze stołówki, który akurat pójść nie mógł. Trzeba było i to zobaczyć. Nie pamiętam gdzie to było. Pokaz odbywał się w niedużej, zaciemnionej salce, w suterenie. W centrum kwadratowy, przykryty na czerwono, ni to stół, ni to mały ring. Wokół parę rzędów krzeseł. Wśród „podglądających” przeważały kobiety. Było mi głupio - chciałem „wiać”, ale drzwi zamknięto przed rozpoczęciem seansu i wokół panował mrok spotęgowany światłem skupionym na baraszkującej parze. Byli to ludzie ok. 25-30 lat, szczupli, może zbyt szczupli, szczególnie kobieta. Ku memu zdziwieniu w stosunkowo krótkim czasie nastąpiło klasyczne spółkowanie „à la papa”. Wszystko odbyło się na wysokości oczu siedzącej publiczności. Przyglądałem się reakcji widzów. Większość robiła wrażenie przejętych, jakby zaangażowanych. Z niesmakiem opuszczałem to pomieszczenie. Żal mi było tej pary młodych ludzi, zmuszanych do ujawniania tego co najintymniejsze.

Sala Pleyela

Nie pamiętam z jakiej okazji, na jakim koncercie znalazłem się w tej sali. Faktem jest, że chciałem zobaczyć tę słynną z doskonałej akustyki salę. Nie pamiętam jej dokładnie. Pamiętam tylko betonowy, akustycznie uformowany strop i surowy nastrój, pozbawionej wszelkich dekoracji sali, co stanowiło wielki kontrast z widzianymi dotychczas salami koncertowymi czy operowymi.

filmy

Wspomniałem już, że w pracowni Legera oglądaliśmy takie przełomowe filmy, jak „Pies andaluzyjski” czy „Antrakt” i inne. Ja szukałem jeszcze innych przeżyć filmowych. Pamiętam z okresu wileńskiego dzieciństwa pierwszy mój film - „Rango”: przygoda ojca i syna w dżungli czy puszczy. Oglądałem go z naszą korepetytorką, siedząc na zabranej z domu poduszce (żeby cokolwiek widzieć) w kinie „Hollywood” przy ul. Mickiewicza. Pamiętam również takie filmy jak „Ben Hur”, „W cieniu krzyża”, kowbojskie filmy z Tomem Mixem, Ken Maynardem i wiele innych. Bardzo je przeżywałem.

Dowiedziałem się, że w Paryżu jest kino, gdzie są projekcje starych filmów. Poszedłem na „Ben Hura”. Tam uświadomiłem sobie, jak w niewielkim okresie czasu (ok. 15 lat) nastąpił tak wielki postęp w sztuce, w tym wypadku, filmowej. To po pierwsze, a po drugie zniszczyłem zupełnie mój zachowany tak dobrze w pamięci dziecięcy odbiór (z wyjątkiem zdjęć cwałujących kwadryg, robionych z poziomu ziemi, które i teraz robiły wrażenie).

To była to pierwsza lekcja o niebezpieczeństwach powrotów. Drugą była moja, po latach, podróż do Paryża. Dzięki tym dwóm lekcjom nie pojechałem już nigdy do Wilna i w ten sposób zachowałem nienaruszony obraz z dzieciństwa i młodości.

W ramach doświadczeń filmowych koniecznie chciałem zobaczyć coś najświeższego. Takie filmy „szły” w kinie „Champs Elysées” przy Champs Elysées. Autora nie pamiętam, tytułu nie pamiętam natomiast doskonale pamiętam, że jakiś facet przepływał przez zarośla łodzią, przepływał, przepływał i wciąż przepływał, aż do skończenia filmu. Byłem wściekły, że zmarnowałem dwie cenne godziny, nie mówiąc o iluś tam frankach. Ale dziś pamiętam go doskonale.

Czy to oznacza, że był to dobry film? Nie pamiętam wielu doskonałych filmów oglądanych później. Dlaczego? Złożyło się na to wiele czynników: mój czas wypełniony po brzegi szaleńczą pracą, liczony już nie w cennych dniach, a minutach, ciągłe silne bodźce jakim byłem poddawany od przyjazdu: przez miasto, ludzi, zdarzenia, świadomość ceny mojego czasu pobytu w Paryżu, który wkrótce miał się skończyć i te dwie godziny oczekiwania w beznadziejnie nudnym, wydawało się powolnym rytmie filmu, oczekiwania na coś, co się nie zdarzyło. Ten film kazał mi zatrzymać się, pomyśleć nad innymi może wartościami. Dla mnie był to dobry film, podobny do szwedzkiego pawilonu, zanurzonego w chaosie przestrzeni Grand Palais.