Znów Paryż
Kończyła się nasza miesięczna penetracja południa Francji. Czy przyniosła coś nowego dla naszej młodzieńczej tożsamości artystycznej? Tak. Zetknęliśmy się ze sztuką, wydawałoby się, wynikłą w wielu wypadkach z potrzeb wyłącznie funkcjonalnych, nie artystycznych, a jednak naprawdę wielką.
Monumenty starożytnych, wspaniałe malarsko,ale nie z założeń plastycznych przecież budowane miasteczka, cudowne pejzaże, tworzone przez ludzką ingerencję, łanami pól, oliwnymi gajami i cyprysowymi „wiatrochronami”. Był to inny kontakt niż w salach muzeów, czy galerii. To co widzieliśmy nie było wyjęte ze środowiska, w którym powstało.
Ale należało wracać. Z Marsylii wróciliśmy pociągiem do Paryża w ostatnim dniu maja, dniu wyjazdu Leszka do Polski.
Było późne popołudnie, kiedy wracałem z dworca. Zostałem sam. Hotel miałem wymówiony. Byłem “bez dachu nad głową”. Zdecydowałem się przedłużyć klimat wycieczki i spędzić noc na ławce, nad Sekwaną. Zszedłem po schodach na wąskie nabrzeże, zawarte między twardą kamienną krawędzią rzeki, a rzędem czarnych, wysokich pni drzew, rysujących się ostro na tle jasnego muru. Między drzewami oczekiwały mnie puste ławki. Wybrałem tę niedaleko schodów, oparłem rower o mur, znad którego dochodził szmer jeszcze żyjącej ulicy, rozłożyłem „manele” i próbowałem zasnąć. Ławka była bardzo twarda, a liście zasłaniające gwiazdy nie pozwalały mi ich liczyć. Wreszcie zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy, było jeszcze szaro. Musiał obudzić mnie brzęk metalowego naczynia, którym jeden z clochardów nabierał wodę z Sekwany. Leżąc tak na ławce i czując się jednym z nich, obserwowałem tych biedaków, schodzących do rzeki po nocy spędzonej na ławkach, schodach czy kratach metra, żeby przemyć oczy i jaśniej spojrzeć na świat.
Mimo wszystko, chciało się im mieć czystą twarz i ręce.
hotel „Esperance” na 88 rue Mouffetard
Zanim tam zamieszkałem, dobę czy dwie spędziłem w hotelu, którego nazwy dziś nie pamiętam, w pobliżu Panteonu, chyba na ul. Cujas. Był dla mnie zbyt drogi, w ogóle nie podobał mi się.
Kiedy szukając w tych okolicach odpowiedniego hotelu, znalazłem się na wąskiej, malowniczo zróżnicowanej, spadającej w dół uliczce, nieco zaniedbanej, pełnej małych kafejek z niebogatymi z wyglądu bywalcami w środku i na zewnątrz, postanowiłem tu zamieszkać.
Czułem się tak jak bym odnalazł swoją ulicę. Ulicę urozmaicał przyległy do niej mały skwerek Delacroix. Była to ul. Mouffetard. Hotel „Esperance”, którego nazwa szczególnie mi odpowiadała. Znajdował się po przeciwnej stronie ulicy niż skwer, ale w odległości zaledwie kilku minut od niego. Ząb czasu nadgryzł nieco moją przyszłą siedzibę, zarówno od zewnątrz, jak i we wnętrzu. Za kontuarem hotelowej kafejki stał tęgi facet, który na moje pytanie huknął na żonę, „rajcującą” w pobliżu z kumami. Rozejrzałem się po lokalu. Było to nieduże, ciemnawe pomieszczenie, na kilka zaledwie stolików, akwarium i kontuar. Taki rodzinny charakter, który przypadł mi do gustu.
Z kafejki wyszliśmy z szefową na małe, wąskie podwóreczko, na które w przyszłości dostawałem się nie przez kawiarnię, a przez bramę, obserwowany przez moją gospodynię poprzez otwór nad wejściem. Teraz, przez to podwórko, skierowaliśmy się do głęboko usytuowanej oficyny.
Wchodziłem za szefową krętymi, wąskimi drewnianymi schodami, „stękającymi” pod stopami mojej przewodniczki, mijając „przyklejone” do schodów,” pachnące” jakimś środkiem dezynfekującym ustępy, aż dotarliśmy do ostatniego piętra, gdzie otwarto drzwi do mojego azylu na cały prawie rok.
Kadr mojego okna wypełniał widok dachów i okien przyległych domów, no i niebo. Pokój był mały. Przy otwartych drzwiach ledwo mieściliśmy się z szefową. Umeblowanie stanowiło łóżko i stół ustawiony tak, że siedząc na łóżku mogłem przy nim pracować. Obok stołu, nieczynny, żelazny piecyk, a przy ścianie przeciwległej do okna, duża, ciemnobrązowa szafa. Pomiędzy szafą, a czołem łóżka było miejsce akurat na drzwi wejściowe. „Minimum pour maximum” - ta zasada przywarła do mnie na całe życie.
Nie trudno się domyślić, że cena za pokój była tym razem możliwa do przyjęcia. W takich warunkach rysowałem, malowałem, przyjmowałem znajomych. Podczas zimowych nocy, między dwa koce kładłem coraz większą warstwę gazet. Miałem satysfakcję, bo system zdawał egzamin.
w pracowni P. Jeannereta
Kiedy po tej miesięcznej nieobecności wróciłem do pracowni, włączyłem się do przygotowania materiałów na kongres C.I.A.M-u w Bergamo, na który miałem jechać razem z mistrzem. Na warsztacie były studia Jeannereta nad dzielnicą mieszkaniową Puteaux.
Równolegle próbowałem rysować projekt niedużego sklepu z damskim obuwiem - Bailly, według wytycznych Le Corbusiera.
Męczyłem się z tym bardzo, ponieważ głównymi akcentami tego wnętrza miało być dekorowanie ścian skórami tygrysów i lampartów, a potężnego słupa - skórą słonia. Na szczęście Jeanneret zauważył moją mękę i odebrał mi ten temat.
seks
I to zdarzyło mi się w Paryżu.
Może nikt nie uwierzy, że tylko raz i to nie z mojej inicjatywy. Było to w czasie, kiedy przestałem już malować w pracowni Legera, malowałem w hotelu, rysowałem spacerując po Paryżu, chodziłem do ZOO. Przekomarzałem się z młodymi lwami, robiąc im „a- ku-ku” z za drzewa, kiedy zamiast lwicy zajrzała mi w oczy piękna dziewczyna.
Twarz miała koloru mlecznej czekolady, a oczy jak czerń nocy, głębokie. Może jednak inaczej, bo i tak nikt mi nie uwierzy, że oczy były błękitne jak niebo, a buzia różowa, jak pupa niemowlęcia. Wzięła mnie za rękę i szliśmy nic do siebie nie mówiąc, jak gdybyśmy znali swoje przeznaczenie. Kiedy zbliżaliśmy się do mego hotelu „Nadzieja” przy ulicy Mouffetard 20 i kiedy zatrzymaliśmy się przed nim, kierowała mymi myślami nadzieja, że ona domyśli się, że moje otoczenie i ona, to dwa sprzeczne ze sobą światy... i gospodyni jak cerber pilnująca wejścia, i piąte piętro po pokręconych trzeszczących schodach,... i ustępy na półpiętrach, i moja komnata z łóżkiem przykrytym gazetami.
Chcę Cię odwiedzić powiedziała... i po paru chwilach patrzyliśmy razem przez okno w dół na połatane dachy i brudne kominy, a nie na pustą ulicę, jak w filmie „Chien andalou”. Kiedy patrzyłem w sufit widziałem pajęczyny, a kiedy spoglądałem w dół, myślałem o brudnej poszewce na poduszkę... Jak widać, nic odkrywczego w tych sprawach. Seks może odbyć się bez seksu, nawet w Paryżu... czy mi ktoś uwierzy? Ale trudno pisać wspomnienia bez seksu, szczególnie jeżeli dotyczą tego miasta.