CIAM - International Summer School - London
Do Paryża wróciłem pod koniec lipca. Wpadłem do pracowni i zawiadomiłem Jeannereta, że muszę załatwić formalności związane z wyjazdem do Londynu. Życzył mi powodzenia.
Pierwszą sprawą było odzyskanie pieniędzy za nie w pełni wykorzystany bilet na Włochy. Kazano czekać.
Następną - poszerzenie paszportu na Anglię. Tu nie miałem kłopotów, a po złożeniu podania o pomoc finansową, otrzymałem wkrótce 10500 franków. Bardzo mnie to ucieszyło, zastanawiałem się tylko dlaczego tak przychylnie mnie potraktowano. Byłem przecież bezpartyjny, nie należałem do żadnej organizacji młodzieżowej. Krystyna B. na pewno nie interweniowała, bo od czasu niefortunnej pomyłki przy moim przyjeździe, nie miałem z nią żadnych relacji. Wiem, że interweniowała z kraju p. Syrkusowa. Ale czy to wystarczyło? Może myślano, że realizacja tego zaproszenia to propaganda dla PRL-u? A może dlatego, że co jakiś czas mijaliśmy się z ówczesnym ambasadorem Putramentem przy bukinistach nad Sekwaną? A może dlatego, że moja siostra Irma była w czasach wileńskich przyjaciółką Dziewickich i znajomą Sztachelskich, a nasze nazwisko było im znane? A może Putrament też pamiętał pomyłkę z Oskarem Lange, a jemu z kolei, po prawie roku, złość na mnie minęła i pamiętał tylko anegdotyczną przygodę, którą pewnie nieraz opowiadał? Tak czy inaczej, z ambasadą polską poszło gładko.
Całkiem inaczej było z ambasadą angielską. Czas mijał, a ja wizy nie dostawałem. Depeszowałem do organizatorów Szkoły w Londynie z prośbą o interwencję. Minął już 8 sierpnia, termin rozpoczęcia zajęć, a ja wizy nie otrzymałem. Zrezygnowany posłałem jeszcze jedną depeszę. W tym czasie otrzymałem częściowy zwrot pieniędzy za włoski bilet. 10 sierpnia napisałem list do pani Syrkusowej, zawiadamiając o sytuacji.
nieprzyjazna Anglia
Był 20 sierpnia, kiedy w hotelu zastałem wyczekiwane zawiadomienie o przyznaniu mi wizy, a już 21 płynąłem przez kanał La Manche, uzbrojony jak zawsze w mój tekturowy neseserek, a w nim to co zawsze. Długa kolejka do odprawy paszportowej posuwała się sprawnie, aż do momentu, kiedy przed nią stanąłem ja. Starannie oglądano mój „czerwony” paszport, a szczególnie długo tę tak z trudem zdobytą wizę.
Zadawano mi pytania, o ile zrozumiałem: do kogo, po co, na jak długo? A z zaproszenia wynikało przecież jasno, dlaczego tu jestem. Kazano mi otworzyć mój bagaż, a kiedy okazało się, że mam tylko ten mały neseserek, celnicy zrobili się jeszcze bardziej podejrzliwi. Atmosfera stała się podobna do tej z przesłuchań w ruskim NKWD. Wyrzucono z walizeczki moje drobiazgi, ją samą poniósł gdzieś inny celnik, a mnie kazano czekać. Trwało to dość długo, wreszcie rzucono moją skrzynkę na stół operacyjny celnika, który podstemplował mój paszport zalecając meldować się w miejscach pobytu, a ja zacząłem prowokacyjnie długo zbierać moje drobiazgi: szkicownik, ołówki, szczotkę do zębów, mydło, ręcznik, gatki i koszulę, którą wszystko przykryłem. Naprawdę nic więcej nie miałem.
Byłem zdenerwowany i wściekły, bo coraz bardziej byłem spóźniony i każda chwila była mi bardzo cenna. Znalazłem się przed postojem autobusów z adresem szkoły w ręku (angielskiego nie znałem). Podszedłem do policjanta, który wzrostem skojarzył mi się znów, tym razem z litewskim „gałakutasem”. (Tak w Wilnie w czasie okupacji nazywaliśmy znienawidzonych litewskich policjantów, kojarzących się w kolorze i postawie z indykami.) Pokazałem mu kartkę z adresem i po francusku, pomagając sobie gestami, pytałem o właściwy autobus. Coś burknął, machnął ręką i oddalił się, przechodząc niemal nade mną.
Jakoś w końcu trafiłem do właściwego autobusu, a tu z kolei konduktorka nie reagowała na moją prośbę (wciąż za pomocą kartki z adresem) i gdyby nie wścibska dziewczyna, która przez ramię przeczytała moją kartkę, pojechałbym nie tylko dwa przystanki za daleko, ale zwiedziłbym cały Londyn.
konkurs
W końcu jednak znalazłem się przed ucieszoną panią Jaqueline Tyrwhitt, która gorąco mnie przepraszała za paryskie perturbacje z wizą.
Do zakończenia pozostało 10 dni z 23. Przedstawiono mi cztery tematy: osiedle mieszkaniowe, teatr, biurowiec i węzeł komunikacyjny. Wybrałem osiedle. Spytano, czy chcę dołączyć do którejś z grup, czy też chcę pracować sam. Wolałem sam. Spytano, czy potrzebna mi jakaś pomoc? Na razie nie, potem zobaczymy. Zawieziono mnie na teren przewidziany pod projektowane osiedle, a potem do pracowni, gdzie dostałem dużą deskę kreślarską, potrzebne podkłady i materiały.
Wokół mnie wrzała praca w rozgwarze wielojęzycznych rozmów. Co jakiś czas słychać było terkot „karabinu maszynowego” - to Franco Berlanda, Włoch, opowiadał o swoich partyzanckich przeżyciach. Projektował wraz z Belgami: Eliane Havenith i Etienne Drouet również osiedle mieszkaniowe, podobnie jak Bridge Kennedy, Szwedka, pracująca u Le Corbusiera na rue de Sevres i temat, podobnie jak ja, sama opracowywała.
Nad osiedlem mieszkaniowym pracowali jeszcze Szwedzi - Bertil Thafvelin i Anders Olsson.
A. Hamilton z Australii z Argentyńczykiem Ricardo Siversem projektowali teatr, a biurowiec - Austriak Othmar Egger z Anglikami Johnem Bramwellem i C. Wrightem, samodzielnie zaś J. Pence de Leon z Kolumbii.
Nad węzłem komunikacyjnym pracował L. F. Croft z Południowej Afryki.
Tylu uczestników mogłem odtworzyć z pamięci i protokołów jury.
Rozpocząłem pracę od zrobienia precyzyjnego, twardego harmonogramu: w ciągu siedmiu dni miałem zaprojektować budynek mieszkalny, urbanistykę osiedla, wykonać model, i wszystko wykreślić.
Zakwaterowano mnie u pana Samuelssona (?) - pracującego, jeżeli dobrze pamiętam, w biurze naczelnego architekta Londynu, który mieszkał gdzieś w pobliżu pl. Trafalgar. Na tym placu, u podnóża kolumny, już po „szkole”, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie: Belgowie, Sivers i ja na grzbiecie jednego z lwów.)
Pan Samuelsson, mój troskliwy gospodarz, jak to bywa u Anglików, słabo mówiący po francusku, robił mi „miłe” niespodzianki. Kiedy po całodziennym siedzeniu nad rajzbretem, po powrocie do „domu”, marzyłem po szybkim posiłku położyć się spać, zastawałem w jadalni sztywno siedzącą parę staruszków, którzy, według mego gospodarza, mieli po francusku umilać mi wieczory.
Innym wyrazem troski o mnie był mały incydent pod koniec mego pobytu. Otóż w przeddzień zakończenia projektu mój harmonogram zaalarmował, że brak mi paru godzin. (Pracować można było tylko do określonej godziny.) Wstałem więc wcześniej i bez śniadania pognałem do szkoły. Było cicho, rześko i przyjemnie. Pracowało się cudownie. Ale, kiedy koledzy zasiadali do roboty, wpadł mój wzburzony gospodarz i zrobił mi dziką awanturę: jak mogłem bez śniadania, tak wcześnie itd. Przepraszałem, usprawiedliwiałem się, ale od tego momentu relacje wyraźnie się popsuły. Dziwni wydawali mi się ci Anglicy. Zastanawiam się, czy to był wyraz troski o mnie, czy też może miał za zadanie pilnować „czerwonego”?
W szkole co jakiś czas pojawiała się zatroskana p. Jaqueline Tyrwhitt, asystentka dyrektora szkoły, samego Maxwella Fry'a, z którego twórczością mieliśmy kontakt w czasie przerw w zajęciach: dziedziniec szkoły otaczało osiedle jego autorstwa. Tylko dlaczego w najbliższym sąsiedztwie osiedla znajdował się olbrzymi zbiornik na gaz? Dlaczego autor zgodził się projektować osiedle w tak niebezpiecznym dla mieszkańców miejscu? Bardzo tolerancyjne były angielskie normy urbanistyczne, a może w ogóle nie obowiązywały?
Z drugiej strony zauważyłem kiedyś takie zdarzenie: starsza pani otworzyła kluczem furtkę w ogrodzeniu sporego zielonego skwerku i wpuściła na ten wyraźnie jej prywatny teren psa. Ten wybieg był usytuowany w środku osiedlowej zieleni. Takie dwa, wydawało mi się, aspołeczne zjawiska. Ja, wnuk norweskiego milionera, syn właściciela 3000 hektarowego majątku, „uspołeczniłem się” w czasie wojny, w ciągu kilku lat PRL-owskiej propagandy i rocznego pobytu w Paryżu wśród komunizującej inteligencji, na tyle, żeby takie wydarzenia wydawały mi się niedopuszczalne.
W projektowaniu bardzo pomogły mi studia u Jeannereta, ale również moje pierwsze projektowania w Warszawie.
Zdecydowałem się na jeden typ bardzo kompaktnego budynku z dużymi reminiscencjami bloku marsylskiego, który miałem świeżo w pamięci. Co do urbanistyki - byłem po „egzaminie” z prostopadłościanami w pracowni Jeannereta i jego „słoneczną” weryfikacją - nie miałem trudności ze skomponowaniem osiedla.
Dziewięć wolnostojących bloków ustawiłem na obrzeżu przeznaczonego pod osiedle terenu, zasiliłem je komunikacją od zewnątrz, społeczne wnętrze potraktowałem jako park, a w nim zlokalizowałem dwa przedszkola. Szkoła znalazła się poza strefą mieszkaniową, jak i zespół usługowo-handlowy, który usytuowałem w płn-zach. narożniku, na ciągu komunikacyjnym, między miastem a osiedlem. Jeden, rygorystyczny kierunek budynków, ustawionych swobodnie wokół zielonego wnętrza, nadawał osiedlu wyraz ładu i przestrzennej tożsamości w kontekście z otaczającą zabudową.
Skończyłem na dzień przed terminem i mogłem pójść zobaczyć nieco Londyn, sam, bez opieki mego gospodarza. Co zapamiętałem? Głównie londyńskie metro - znacznie głębsze, czystsze ale i bardziej oschłe, niż paryskie. Największa różnica pojawiła mi się we wnętrzach wagonów: tu cisza, nie widać ludzi tylko rzędy gazet, spod których wystają rzędy nóg „jakichś” ludzi, tam, w Paryżu gwar, śmiech i różni ludzie.
galerie
Ten skromny czas poświęciłem głównie zwiedzaniu różnych galerii sztuki. Zwiedzałem, a raczej zaglądałem do National Gallery, Tate Gallery, by wreszcie zasmucić się losem rzeźb partenońskiego tympanonu, które “dożywotnio uwięzione” w ciemnych gablotach Britisch Museum, robiły wrażenie obozowych więżniów, czy wręcz eksponatów w prosektorium, zamiast być żywym, wolnym źródłem ogólnoludzkiej kultury i wrócić do słońca Akropolu.
Zanim jednak ogarnął mnie smutek z uwięzienia, zdezintegrowania sztuki zintegrowanej, miałem miłe spotkania ze sztuką przedmiotową. Był to wspaniały przegląd malarstwa - od wczesnego malarstwa renesansowego, po nasze czasy. Moje relacje z tych wizyt, opieram obecnie o rysunki z mego szkicownika. Będą to komentarze do wybranych przeze mnie obrazów. Mam nadzieję, że te zdawkowe, ale własne spostrzeżenia, kogoś zainteresują.
National Gallery
Obraz Giotta “Zesłanie Ducha św.”.Kompozycja pozioma, poziomo przepołowiona - relacja plastyczna dwóch części: górnej - rzędu pionów postaci z dolną - trzyelementowym układem symetrycznym: dwie postacie powiązane kwadratem. Obie połowy obrazu powiązano nadrzędnie dwoma pionani postaci z lewej strony.
“Połykam” kolejno obrazy B.Gozzoli, G. di Paulo, Filipino, Ecole d ‘ Angelico, F-ra Angelico, wreszcie zatrzymał mnie obraz “Venus przyglądająca się w lustrze” Velasquez'a. Dobrze mi znana z reprodukcji kompozycja, zaskoczyła doskonałością pomysłu - czasoprzestrzennej relacji między pięknym aktem i oczekiwanym, a niespełnionym, kuszącym odbiciem. Głównymi partnerami tej kompozycji są: akt i lustro. Łono jest powiązane sytuacyjnie z lustrem, a akt i lustro konsekwentnie są zintegrowane kontrastującymi kierunkami. Geometryczność lustra jest dodatkowo wzmocniona kontrastem swobodnej formy Kupida, równoległej do niego. Kotara tła pełni podobną rolę jak Kupido - wzmacnia rolę lustra przez „dolustrzany” układ fałd, i czyni z tego elementu jądro kompozycji. Tło w ciemnych, ciężkich kolorach eksponuje omawiane wyżej relacje, z tym, że jasna, dolna część obrazu, której górna krawędz jest syntetycznym, łagodnym półkolem, charakteryzuje (przez porównanie) piękno obrysu ciała Venus. Podsumowując, czasoprzestrzenna intryga polega na tym, że zamiast sygnalizowanego sytuacją lustra odbicia spodziewanej części ciała - łona, napotykamy zdumieni twarz kobiety.
Portret Filipa IV-go, również Velasquez'a, zatrzymał mnie “mądrością Matisse’a”, jak zanotowałem w szkicowniku. Pionowa relacja trzech form: jasnej twarzy, białych pończochach z białej kartki jest wyeksponowana na niemal czarnym tle, ożywionym arabeską białego rysunku na stroju Filipa. Dostrzegłem ciągłość tradycji w syntezie wypowiedzi.
“Porwanie Sabinek” Rubensa nie zachwyciło mnie, natomiast “Triumf Sabinek” Rubensa i Van Dyck’a kojarzył mi się z malarstwem Malczewskiego.
Miałem szczęście zobaczyć kilka wspaniałych, niemal “monochromatycznych” dzieł Rembrandta -- “Portret”’ a szczególnie “Kąpiąca się w strumieniu kobieta” z charakterystycznym dla niego syntetycznym rozłożeniem światla i głębią ciemnego tła. Natomiast, wcześniejszy jego obraz siedzącej kobiety “Saskia Van Uylenburgh - Flora” zaskoczył mnie swoją kolorystyczną innością - świeże zielenie, żółcienie, zielenie przechodzące w ugry. Swobodnie malowane ubranie, kwiaty i cała kolorystyka promieniowały tym razem radością, niemal zabawą.
Kiedy zastanawiam się nad twórczością Rembrandta, jej różnymi etapami, wydaje mi się, że ten ostatni okres jego twórczości, ten najpełniej barokowy jest najgłębiej ludzki. światła na jego ostatnim portrecie nie sposób zapomnieć.
Wiele jeszcze obrazów mistrzów zanotowałem w szkicowniku, ale nie na tyle, żebym mógł o nich opowiedzieć. Jedyny spośród nich, który domaga się, żebym go wymienił, to „Bitwa” z białym koniem Uccella, o czym już pisałem przy p.c.w.o.
Tate Gallery
Następnym razem, udało mi się wpaść do Tate Gallery słynnej z dzieł Turnera i impresjonistów. Zanim do nich dotarłem, natknąłem się na czasoprzestrzenną kompozycję Williama Blake - trzy ciała, jak jedno, z jedną głową. Wrażenie ruchu na skutek wątpliwości, które kończyny należą do tej jednej głowy, podobnie, jak wiele rąk w rzeżbie hinduskiej.
Znany z reprodukcji nastrój obrazów Turnera, w orginale podobał się jeszcze bardziej. Najczęstrzy motyw w jego pejzażach - mgła, malowana ugrami, unieszkodliwia natrętny naturalizm przedmiotów, powoduje zanik konturów, a “odruchowa” technika malowania, wydaje się być bliska impresjonizmowi i wszystko to czyni z tego malarza prekursora tego kierunku. Cieszyłem się, że zobaczyłem tego twórcę, żyjącego, zanim Van Gogh się urodził.
Wreszcie znalazłem się przed płótnami tego wielkiego Holendra, który rozsławił południe Francji, a w szczególności Arles. Jeżeli chodzi o podobieństwo do Turnera, powinienem mówić głównie o Monet’cie, ale najpierw spotkałem tu Van Gogha. Zastanawiałem się - co ich zbliża? Chyba impulsywność malowania i obaj interesowali się pejzażem. Fakt, że znależli dla siebie tak różne pejzaże, źródła inspiracji im odpowiadające, spowodował, że malowanie ich było tak zasadniczo różne.
Przede mną promieniujący, widziany przez krystaliczne powietrze południa Francji obraz ”Pejzaż z cyprysami”. Dynamizm Van Gogha to “szaleństwo” - to dusza malowała, nie rozum, (tak napisałem w szkicowniku). Dalej: niebo trzyma się przez wpuszczenie doń zieleni... Szaleństwo napisałem w cudzysłowie, ponieważ prace tego artysty, szczególnie te, robiące wrażenie szaleńczych, takimi nie są, bo są konsekwentnie zbudowane: poza wzajemnym powiązaniem nieba i ziemi, ogólny nastrój pejzażu tworzą relacje żółcieni zbóż z niebieskościami gór i nieba. Poziomą kompozycję budują trzy kontrastowe formy - faktur malarskich i kształtów.
“Centralna” forma (wpływ Cezanne’a), stosunkowo mała, pełni rolę parametru, wobec dwóch pozostałych: ciemny, zwarty, statyczny element, zamknięty konturem.
Lewa, podłużna forma jest dynamicznym, strukturalno-otwartym układem poziomych, równoległych pasm. Pasma te są kompozycją kontrastujących się wzajemnie kierunków poprzecznych i zagęszczeń.
Trzecia forma jest “sięgający nieba” cyprys, jest monumentalna dzięki zestawieniu z pierwszą – formą centralną.
Piękno tego obrazu, polega głównie, na mądrym zastawieniu poziomej, dynamicznej lewej formy z prawą - zwartą formą cyprysu, a ta relacja jest podkreślana przez formę środkową. To “świadome szaleństwo” Van Gogha widać również w najdrobniejszych szczegółach jego obrazu. Np. statyczne formy zamyka zawsze w konturze, natomiast dynamiczne otwiera. Zestawia faktury dynamiczne np. w postaci pasów z formą statyczną, ciepłe barwy z zimnymi, całość utrzymuje w 3-ch walorach itd.itd.(Piszę to, żeby nie myśleć o człowieku, który uciął sobie ucho i był wariatem. Takie zdarzenie, wobec pasji malowania i związanego z nią cierpieniem spowodowanym różnego typu niepowodzeniami, czy zawiedzionej miłości, jest niczym nadzwyczajnym, po prostu chwilą słabości.)
“Park w Arles” to pionowy obraz, którego treścią są dwie korony drzew stojących obok siebie. Prawa - bogato fakturalna, lewa - niemal pusta. Nasze zaciekawienie obrazem, poza odpowiednim nasyceniem malarskim obu stron, polega na porównywaniu - na ruchu oczu, zaciekawionych plastyczną odniennością tych części obrazu. Jest to zasada komponowania - oceny przez porównanie, (którą wcześniej omawiałem). Podsumowując pejzaże Van Gogha, wydaje mi się, że natura dla niego, to tylko natchnienie, pretekst - a sedno, to mądra, głęboko przemyślana sztuka.
Najciekawszym dla mnie obrazem było pochodzące z1888-89 r (na rok przed śmiercią) “Krzesło Vincenta”. Wyraz samoograniczenia się. Szalone nieba, dynamiczne pola, niebosiężne cyprysy powstawały równolegle z tym statycznym, pełnym rozwagi, najzwyczajniejszym ze zwyczajnych krzesłem. Niektórzy patrząc na to dziurawe krzesło, kojarzą sobie z nim los Van Gogha, inni w statyce mebla widzą spokój artysty po przebytej chorobie, (lub przyjętych lekach), ja widzę wielką klasę artysty, który pod koniec życia, weryfikuje się przez ograniczenie środków. Kierunki konstrukcyjne krzesła zestawia czule z kierunkam ścian wnętrza - tła. Krzesło ustawia lekko skośnie do ścian w celu skontrastowania z tłem, aby przekątna siedziska niemal pokrywała się z krawędzią ściany; tylny, lewy bok krzesła prawie pokrywa z narożem wnętrza, krawędż drzwi prawie pokrywa z wewnętrzną krawędzią przedniej, prawej nogi krzesła, a wszystkie te zależności kierunkowe są “wyważone” formą dziury w siedzeniu krzesła (podobnie,jak forma środkowa w pejzażu z cyprysem). To moje: lekko, niemal, 2 x prawie, ma zwrócić uwagę czytelnika na świadomość plastyczną Van Gogha, który bawiąc się zależnością wykresów, przydał dziełu wdzięk.
W pobliżu były obrazy Moneta. “Siedząca na ławce kobieta” – ( obraz pionowy ), miękka, pięknie, szeroko malowana forma kobiety, która była wyeksponowana na tle kontrastu kierunków faktur: poziomego - oparcie ławy i pionowego - tła ławy.
Chciałem przede wszystkim napisać parę słów o drugim obrazie Moneta, o “Topolach”, a w pamięci mieć takie obrazy, jak “Wschód słońca”, “Dworzec Saint-Lazare”, czy cykl obrazów “Katedra w Rouen”, które kojarzą mi się z obrazami Turnera. Myślę, że ich zainteresowania malarskie były podobne, chociaż rezultaty są tak bardzo różne. Ta inność kolorystyczna wynikła z różnicy między chłodną, snującą się morską mgłą, a rozpalonym, drgającym powietrzem frontonu katedry w Rouen. Byli to “malarze różnych stanów powietrza”. Bezkonturowość ich malarstwa, to różne ruchy powietrza, uchwycone malarskim spojrzeniem. W ten sposób, w mojej „analizie”, malarstwo dokonało cudu, “zbratało” zimną mgłę z gorącym powietrzem.
Po wyjściu z Tate Gallery obserwowałem, po drugiej stronie Tamizy, Katedrę Westminster, Big-Ben i Parlament. XIX-wieczny “gotycki”, arabeskowy gmach parlamentu, wyeksponowany nad Tamizą, “odbił mi się” katedrą mediolańską, nieporozumieniem semantycznym, które już opisałem.
Big-Ben jest umieszczony na wieży o ładnych proporcjach, właściwej wysokości i w sytuacji wyróżnionej w stosunku do miasta. Jego funkcja przypomniała mi nasz hejnał z Wieży Mariackiej. Z daleka wyglądała szlachetnie. Nie miałem czasu jej zwiedzić. Może to i lepiej. Często, przy zwiedzaniu katedr gotyckich, spotykało mnie rozczarowanie, o czym już pisałem przy okazji omawiania niektórych katedr francuskich, a tak mogłem sobie wyobrażać, że chociaż wokół tej katedry, prawda została zachowana.
wizyta u Moore’a
Teraz nieco o wizycie u Moore’a, o której wspomniałem pisząc o czasoprzestrzeni w układach rzeźbiarskich. Usiłując nie powtarzać się, opiszę inne fragmenty tej wizyty. We wspomnianej już wcześniej pracowni, Moore chciał nam pokazać szczególnie, znane później powszechnie, leżące kobiety, właśnie przygotowywane do odlewania w brązie, szpachlowane, szlifowane itp. Moore obracał rzeźby do pozycji właściwego oświetlenia i tłumaczył nam zależności przestrzenne między poszczególnymi profilami rzeźbiarskimi.
Pamiętam, jak emocjonował się grą przenikających się powierzchni w widzianych, penetrujących rzeźbę otworach. Bardzo bliski był mi jego stosunek do pracy, natomiast zachwyciły mnie tylko niektóre z jego dzieł. Mówię to już z perspektywy czasu, jaki mnie dzieli od pierwszego z nimi kontaktu. Podobały mi się szczególnie te właśnie kończone - syntetyczne, oszczędne w środkach formy leżących kobiet, przetworzenie relacji form biologicznych na relację języka plastycznego. Otwory penetrujące rzeźby, będące dalekim echem form natury, dzięki transformacji plastycznej, stały się pożądanymi penetracjami czasoprzestrzeni, wiążącymi przenikające je otoczenie.
Natomiast obce mi są te dzieła Moore’a, których aplastyczne źródła inspiracji eliminują integracyjno - przestrzenny sens dzieła swą agresywną dekoracyjnością, stając się tylko krzykliwymi przedmiotami. Te zwarte formy wydają się wtórne po rzeźbach Brancussiego, a nawet Arpa, czy Gilioliego.
reperkusje zwyciestwa
Wkrótce rozstrzygnięcie konkursu.
Jury w składzie: C. van Eesteren z Amsterdamu, E. Rogers z Mediolanu, R. Jordan - prezydent stowarzyszenia architektów angielskich, Maxwell Fry - dyrektor szkoły, gratulowali mi przyznania „special merit” za osiedle mieszkaniowe. To wyróżnienie przyznano mi dlatego, że mimo spóźnienia, przeprowadziłem przemyślaną korektę programu zdwajając gęstość zaludnienia i przeprowadzając to w przekonywującym układzie osiedla, oraz proponując świeżą i prostą koncepcję typowych budynków. Uczyniło to w sumie z mojej pracy najbardziej zadowalający schemat osiedla z przedstawionych w szkole propozycji. Tak w wolnym przekładzie brzmiał werdykt jury.
Natychmiast Rogers zaproponował mi pracę - asystenturę, tłumacząc, że to co proponuję nie ma szans w Polsce. Nie wiedziałem wtedy, że Rogers miał rację (w kraju zapanował dyktat socrealizmu), ale nawet gdybym o tym wiedział i tak odmówiłbym. W Polsce czekała na mnie Matka, Zosia, zrujnowana Warszawa. Czułem się dłużnikiem tych, którzy mnie wysłali, a brzydziłem się zachowaniem większości stypendystów (w większości „partyjnych”) którzy, jak się potem mówiło, wybrali wolność. Wtedy, po moich obserwacjach relacji Jeannereta z tzw. klientelą, w zestawieniu z możliwościami (wtedy) projektowymi w Polsce, nawet dla studentów, po obserwacjach londyńskich, nie wydawało mi się pozostanie tu wolnością. Jeszcze jeden argument za odrzuceniem propozycji: na konferencji prasowej nie wierzono mi, że jestem studentem i to trzeciego roku: miałem być dojrzałym architektem, przysłanym dla szerzenia komunistycznej propagandy.
Ale na tym nie koniec: czekał nas jeszcze bankiet zorganizowany przez architektów MARS, grupę CIAM-u, która była gospodarzem tej imprezy. W międzyczasie Eliane Havenith załatwiła dla chętnych: Berlandy, Droueta i mnie wizytę u Henry Moore’a. Przeżyliśmy ją bardzo i kiedy spóźnieni przepraszając zajęliśmy odległy koniec biesiadnego stołu, podnieceni tym, co przed chwilą widzieliśmy, rozprawialiśmy dalej o rzeźbach Moore’a, wciągając do rozmowy sąsiadów. Mówiliśmy naturalnie po francusku.
Po chwili w części „prezydialnej” stołu zaległa cisza. Przestaliśmy mówić i my. Wtedy przewodniczący bankietowi powiedział coś w tym rodzaju: Hansen zna angielski, tylko prowokacyjnie używa francuskiego.
Mnie zatkało, a po chwili wstałem i powiedziałem: dlaczego mamy używać jednego uprzywilejowanego języka - mówmy w tym gronie w jakimś neutralnym: esperanto, litewskim, rosyjskim. Nie miało to chyba wielkiego sensu, ale francuskojęzyczni parsknęli śmiechem. Utrwaliłem przekonanie, że jestem wschodnim propagandystą.
Ta angielska przygoda rozpoczęła przyjaźń między przybyłymi z zewnątrz uczestnikami. Koresponduję do dziś z Siversem, Berlandą, grupą belgijską, a przyjaźń z Eliane poszerzyła się o przyjaźń między naszymi rodzinami.
powrót
Powrót do Paryża, po 10-dniowym pobycie na „obczyźnie” był radosny. Czułem się tak, jakbym wracał do wolnego świata. Odczułem to szczególnie, kiedy jak w lustrze zobaczyłem stan mojej „duszy” w szampańsko roześmianej twarzy francuskiej dziewczyny, tuż po wejściu na pokład statku, płynącego do „kraju uśmiechu”.
Na początku września znalazłem się ponownie na rue de Seine.
Kiedy skończyłem swoje opowiadanie o przygodach za Kanałem, mistrz nic nie mówiąc, serdecznie mnie uściskał. Wiedzieliśmy obaj, że był to wspólny sukces. Od tego czasu zaczął traktować mnie wyraźnie inaczej. Często wołał do swojej deski, co przedtem prawie się nie zdarzało, i tak siedząc obok siebie, potrafiliśmy gadać nie tylko o bieżących zadaniach pracowni, ale mój mistrz opowiadał mi wiele o własnym życiu, o swoich przygodach projektowych, a także historyjki z życia artystów, których dzięki niemu poznałem.