konkurs na osiedla Ville Neuve St. Georges

Ten konkurs zaczęliśmy tuż po moim powrocie z Anglii. Pracownia powiększyła się o dwóch Duńczyków: Nielsena i Nieporta. Obaj blondyni, ale pierwszy chudy, wysoki, spokojny, drugi tęgawy i znacznie żwawszy. Obaj bardzo sympatyczni i dobrzy koledzy. Z wyglądu i nazwisk miał teraz Jeanneret trzyosobową drużynę skandynawską.

Konkursowy podział prac był następujący: Duńczycy rysowali budynki, ja urbanistykę, mistrz koordynował prace projektowe, a Blanchon wszystko organizował. W czasie pracy często wpadała do nas Charlotte Periand, dodając nam otuchy i zaprzyjaźniona z Jeanneretem Denise Cresuell, potem współredaktorka „Carré Bleu”, żona rudowłosego amerykańskiego żołnierza (która w okresie nagonki na Polaków we Francji proponowała mi kryjówkę).

Urbanistykę, korzystając z doświadczeń londyńskich, zaprojektowaliśmy podobnie: budynki mieszkalne na obrzeżu zielonego wnętrza, z tym, że zagęściliśmy zabudowę od północy. Tam zaproponowaliśmy potrójny rytm, powstały z powtórzenia zespołu trzech budynków, z których każdy uformowany był z budynku dłuższego i dwóch krótszych, usytuowanych uskokowo, w relacji „nożycowej”. W Londynie Rogers nauczył mnie skutecznego sposobu formowania czytelnej relacji poprzecznej dwóch odległych od siebie budynków, polegającego na precyzyjnym ustawieniu na jednej linii dwóch odległych od siebie ścian i nazwał go „nożycowym”.

Zbliżał się termin oddania pracy. Mimo, wydawało się, sprawnej ekipy, byliśmy spóźnieni. W ostatnim tygodniu pracowaliśmy po 12 godzin i więcej. Była to prawdziwa, jak mówią Francuzi „charrette”. Mistrz zasypiał w fotelu. Duńczycy podsypiali, kiedy się dało. Ja przejęty powierzoną mi misją, nie potrafiłem spać w pracowni, ale kiedy przez ostatnie dni już nie wychodziliśmy z pracowni i mnie morzył sen.

Pamiętam, jak ostatnie kreski rysowałem klęcząc na podłodze, niemal podpierając się nosem o rysunek, kiedy Blanchon, jedyny przytomny, zabierał od nas „jeszcze ciepłe” rysunki i z Denise zbiegali do oczekującego na dole samochodu. My, wyglądający jak po dobrej libacji, mogliśmy nareszcie się wyspać.

Była to moja ostatnia praca u Jeannereta, mistrza i przyjaciela. Wystawił mi wspaniałą cenzurkę, którą wśród innych cenię sobie najbardziej, bo przypomina mi kto dał mi fundament pod moją zawodową przyszłość.

Pozostało mi jeszcze około 3 miesięcy pobytu w Paryżu. Spędziłem je na jeszcze bliższym poznawaniu tego i tak niemożliwego do poznania w takim czasie miasta. Próbowałem rysować, patrzeć, rysować i zapamiętywać. Wpadałem np. do pałacu Chaillot, muzeum sztuki romańskiej i odnajdywałem tam spójność między treścią a formą średniowiecznego rysunku, ciągłość między prehistorycznymi rysunkami z Lascaux, a obrazami Picassa, czy mego mistrza Legera, w której romańszczyzna jest jednym z ważniejszych ogniw tego łańcucha.